Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2012-01-25 20:30:00

Moja historia - aga66

Zaczęło się w grudniu 2010 r.....

27 wieczorem nakładając balsam i przesuwając ręką po prawej piersi nad brodawką wyczułam zgrubienie. Za chwilę wróciłam ręką w to miejsce – zgrubienie nie zniknęło. Palce wielokotnie wracały, a guzek wciąż tam był. Piersi badałam regularnie, ostatnie usg robiłam w październiku 2009 r. i nic złego nie znaleziono, do tego systematycznie, co miesiąc, sprawdzałam je sobie sama, także nie podejrzewałam najgorszego. Zresztą postanowiłam nie zaprzątać sobie głowy bzdurami, gdyż za dwa dni wyjeżdżałam do Krynicy Morskiej na Sylwestra.

Wyjazd był super, piękna, mroźna zima (nad morzem nie było przed Świętami Bożego Narodzenia odwilży). Zabawa udana (byliśmy z 15-osobową grupą). Nie myślałam o moim odkryciu aż do wieczora soboty noworocznej. Zabawa się powoli kończyła, następnego dnia wyjeżdżaliśmy do domu, wraz z codziennością powrócił niepokój. Rano jeszcze byłam na spacerze nad morzem. Potem chciałam już tylko zostać sama w pokoju. Nie poszłam na obiad, ani nie zeszłam na pogaduchy i winko do kawiarni hotelowej, złapałam doła. Mąż nie chciał mnie zostawiać, ale wysłałam go z resztą towarzystwa. Musiałam być sama ze swoimi myślami. Było coraz gorzej. Usiadłam po ciemku w pokoju, za oknem bajkowy krajobraz, pięknie prószył śnieg. A ja miałam coraz bardziej zamglone oczy. Po policzku zaczęły spływać łzy, najpierw jedna, druga, potem całe potoki.....Nie wiem dlaczego, ale podświadomie czułam, że moje odkrycie sprzed kilku dni to jednak nic dobrego.
Następnego dnia wróciliśmy do Warszawy.
W poniedziałek rano poszłam do pracy. Postanowiłam jakiś czas wstrzymać się z wizytą u lekarza, gdyż mimo złych przeczuć miałam nadzieję, że to jednak torbiel (guz był gładki i przesuwał się pod palcem) i może się wchłonie.
Minął miesiąc. Rano 27 stycznia 2011 r. (czwartek) guz był oczywiście na swoim miejscu. Postanowiłam już dłużej nie czekać. Poszłam do pracy. Na miejscu mamy przychodnię lekarską, więc zadzwoniłam do recepcji i poprosiłam o pilne zapisanie mnie do lekarza ginekologa. Na wizytę zaproszono mnie ok. 13. Jak pokazałam pani doktor moje odkrycie wybiegła z gabinetu i natychmiast kazała się połączyć z E-M w Jerozolimskich. Okazało się, że mam szczęście, bo tego dnia mogłam mieć tam zrobione usg piersi. Zapisano mnie na godzinę 17. Czas dłużył się okropnie. O 16:15 skończyłam pracę, wyszłam z budynku i poszłam na przystanek. Byłam tak bardzo zdenerwowana, że dwa razy wracałam do pracy po zapomniane przedmioty (nie wiem zupełnie dlaczego, ale miałam bardzo złe przeczucia). W końcu udało mi się jakoś ogarnąć i dojechać do miejsca mojej kaźni. Zameldowałam się w recepcji i na szczęście poproszono mnie od razu do gabinetu. Rozebrałam się i położyłam. Wszystko działo się jakby obok mnie. Badanie robił mi lekarz onkolog (od czerniaka) z COI na Ursynowie. Leżałam z gołą klatą, głowica jeździła najpierw po lewej piersi – dwie małe torbielki. Lekarz rozmowny, żartowniś. Następnie przeniosła się na prawą. Stres sięgnął zenitu. Moje odkrycie okazało się 0,5 cm torbielą, ale.......na pograniczu kwadrantów wewnętrznych (jak to fachowo powiedział lekarz) było znalezisko, które na ekranie wyglądało jak czarny romb. Lekarz zmarszczył czoło, spoważniał, kilkakrotnie najeżdżał na to miejsce. Orzekł, że należy wykonać biopsję, która wyjaśni rodzaj guza. Zapytałam, czy może pobrać mi ją od razu. Powiedział, że tak. Niestety z guza ciężko było cokolwiek zassać. Okazał się być guzem litym. Usiadłam i nieśmiało powiedziałam pod nosem: no i co, niedobrze to wygląda? Lekarz na to wyartykułował trzy słowa, które długo dźwięczały w mojej głowie: ma pani raka....
Wyszłam z przychodni. Zadzwoniłam do Męża i do Rodziców i tak po prostu (do dziś nie wiem dlaczego) powiedziałam im: mam raka. Koło mnie przechodzili jacyś ludzie, jechały samochody i tramwaje. A ja tak szłam i szłam przed siebie.......
Na wynik czekałam cały tydzień i jeden dzień. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile jeszcze przede mną takich tygodni oczekiwania.
Był piątek 4 lutego. Z odebranym właśnie wynikiem (liczne grupy komórek atypowych, probabiliter carcinoma ductale invasivum mammae) w dłoni pomaszerowałam pieszo na Nowogrodzką do PFESO, gdzie dwa dni wcześniej zapisałam się na wizytę do jednego z przyjmujących tam chirurgów onkologów zatrudnionych w COI na Ursynowie. Lekarza poleciła mi moja koleżanka, którą właśnie ten doktor operował 10 lat wcześniej w marcu 2001 r. W trakcie wizyty lekarz zapoznał się z wynikiem BACC, spojrzał na opis usg i porozmawialiśmy chwilę. Powiedział, że na dalszą diagnostykę zabierze mnie do COI. Zapisał mi numer telefonu komórkowego do siebie i umówił się ze mną na poniedziałek 7 lutego rano. Odetchnęłam z ulgą, bo pomyślałam sobie, że bez względu na wynik badań (złudzeń to ja już nie miałam żadnych) przynajmniej coś się zacznie wokół mojej skromnej osoby dziać.
Oj się działo. Najpierw rejestracja dla pierwszorazowych, następnie krótkie spotkanie z moim lekarzem (wpisał mnie od razu do zeszytu na operację, czas oczekiwania ok. 4 tygodni), po którym z pękiem skierowań udałam się dalej. Pierwszy był rentgen klatki piersiowej, następnie mammografia i na końcu usg z biopsją gruboigłową. Około 13-tej opuściłam COI i z wielkim opatrunkiem na piersi udałam się do domu.
Oczekiwanie na wyniki trwało 3 tygodnie. Toż to jedna wielka katastrofa. Był to chyba najgorszy okres w moim życiu – takie bezproduktywne czekanie. W międzyczasie dostałam telefon ze szpitala, że zwolniło się miejsce i mogę być operowana wcześniej. Niestety w pracy poczęstowano mnie jakąś zarazą. Katar to by nawet przeszedł, ale opryszczka niestety nie, także musiałam dalej cierpliwie czekać na swoją kolej.
Czekałam aż 5 tygodni, gdyż mój lekarz pojechał na narty (modliłam się w duchu, co by tylko nogi nie złamał). Wreszcie dostałam wytęskniony telefon, że zapraszają mnie za tydzień, czyli w poniedziałek 14 marca 2011 r. na zabieg.
11 marca w piątek obchodziłam swoje 45 urodziny (mam nadzieję, że gorszych już nie będzie). Miała być wielka babska impreza, a w zamian była operacja „w pakiecie”, więc pakowałam się do szpitala.
Pierwszy dzień w szpitalu był jednym wielkim koszmarem. Nic się nie działo, tylko rozmawiał ze mną mój chirurg, który zaproponował mi operację oszczędzającą. Zgłupiałam, szłam z zamiarem pełnej mastektomii - mogli mi wtedy obciąć nawet głowę (wcześniej już wspominał o tej oszczędzającej, ale ja wtedy nie wiedziałam o czym ten człowiek w ogóle do mnie mówi). Miałam na dodatek sama podjąć decyzję, a byłam ciemna jak tabaka w rogu. Dostałam czas do następnego dnia, czyli do wtorku rano. Mózg mi się lasował, czacha dymiła, tak rozmyślałam. Pytałam Męża, co mam zrobić – powiedział, że to ja mam zadecydować (pomógł mi tym, że hej). Dopiero Rodzice stwierdzili, że może warto spróbować, bo zawsze zdążę sobie w razie czego później poucinać więcej. W tamtym czasie ja wcale nie byłam taka pewna, że będzie jakieś później. Do tego pracowała nade mną Ania, z którą byłam razem na sali i też ten sam lekarz zaproponował jej oszczędzającą. Rano stwierdziłam, że „raz kozie śmierć” – spróbujmy (i tak ostateczną decyzję podejmuje lekarz podczas zabiegu). We wtorek na szczęście zajęto się mną, więc wychyliłam się trochę z „doła”. Ekg, limfoscyntygrafia, rozmowa z lekarką anestezjolog. Mój doktorek na wstępie powiedział, że operacja będzie najpewniej w czwartek, bo ma jakieś opóźnienia, ale zrobiłam chyba taką minę, że obiecał spróbować w środę (mimo, że powinien tego dnia przyjmować w przychodni). Jak obiecał, tak też zrobił. Byłam przewidziana do operacji jako trzecia tego dnia (po dwóch starszych paniach z cukrzycą). Przed operacją założono mi tzw. kotwiczkę pod kontrolą usg - ok, a następnie mammografii - masakra.
16 marca operacja – pikuś. Wjechałam na blok taka zadowolona, jakbym przyjechała na imprezę. Ciężko im było mnie okiełznać (ubawiłam cały zespół do łez), taka byłam rozkoszna, że jeden z ufoludków stojących nade mną szybko nałożył mi maskę celem uśpienia. Po chwili poczułam, że ktoś mnie szturcha i usłyszałam „pani Agnieszko, pani Agnieszko”. Otworzyłam oczy. Leżałam na jakiejś dużej sali, wśród marudzących sześciu chłopów, wokół kręciło się dużo osób. Byłam podłączona do jakiejś pikawki. Miałam więc zajęcie na dłuższy czas i obserwowałam jak mi spada ciśnienie i tętno. Zaczęłam się przyglądać dokładniej swojemu otoczeniu. Obok wisiał zegar. Nie było koło mnie klina i nie leżała żadna butelka, więc doszłam do wniosku, że chyba jednak udała się biopsja wartownika. Stwierdziłam w związku z tym, że operacja nie była bardzo rozległa i proszę o odwiezienie mnie na górę do mojej sali (nie mogłam już wytrzymać marudzenia tych chłopów-oni są jednak słabsi od nas kobiet). Oczywiście nie obyło się bez komplikacji. Nie mogli mnie zaintubować (moja powiększona tarczyca!), także złamali mi ząb. Na szczęście się udało i nie musieli mnie wybudzać (a była też taka możliwość – chyba bym ich wtedy zatłukła).
Szpital opuściłam w piątek 18 marca. Na wypisie była informacja, że mam się zgłosić na wizytę do przychodni 8 kwietnia, dostałam też 33 dni zwolnienia (zdziwiło mnie to, bo liczyłam na jakieś dwa tygodnie) O matko, znowu to czekanie na wyniki.
Te ponad trzy tygodnie spędziłam na „robieniu doktoratu” z tematu raka piesi w internecie (m.in. strony naszego portalu).
Okropnie cierpiałam, strasznie bolała mnie pierś, która była mocno obrzmiała (później się okazało, że miałam strasznie rozrzedzoną krew, która kiepsko krzepła).
Przyszedł ten dzień. Udałam się na wizytę. Pan doktor wydrukował mój wynik i spokojnym głosem poinformował mnie o wielkości guza (był zdziwiony jego wielkością po operacji, 2,5 cm), czystych węzłach (dwóch), czystych marginesach, braku hormonów i Her 2 3+ (T2N0snMO). Kiwałam mądrze głową, bo dzięki „doktoratowi” wiedziałam o czym ten facet w ogóle do mnie mówi. Nawet nie zadałam mu żadnego pytania. Po przeczytaniu histopatu powiedział, że kieruje mnie zaraz po Świętach Wielkanocnych na chemię, też mnie to wcale nie zdziwiło, taka byłam wyedukowana!. Moja edukacja nie pozwoliła mi jednak wiedzieć, że jest coś nie tak z moją piersią. Lekarz poprosił mnie o rozebranie się, bo chciał (na moje szczęście) zobaczyć, czy nic się złego nie dzieje. Jak ujrzał mojego cycusia z przeogromnym krwiakiem, to się złapał za głowę i zapytał, czy to tak od dawna i czy mnie to nie boli. Bolało, a jakże i to jeszcze jak. Każdy ruch, to był istny horror. Natychmiast zaprowadził mnie za rękę do zabiegowego i zlecił ściągnięcie zawartości, a było tego 12 potężnych strzykawek (jak zobaczyłam grubość igły, to mało nie uciekłam). Przyjeżdżałam jeszcze 7 razy na ściąganie krwi – bolało okropnie, bo miałam ręką wyciskaną zawartość, a w tym czasie ta igła tkwiła w środku. Mimo bólu zabieg przynosił jednak ulgę.
Zaraz po Świętach, czyli 27 kwietnia odważnie zgłosiłam się do lekarki chemiczki. Niestety okazało się, że nie zrobiłam echa serca (szkoda, że nikt mnie nie poinformował, że mam zrobić) i moja chemia przesunęła się o kolejny tydzień. Zaplanowano mi 8 chemii. 4 AC i 4 Taksole. 4 maja z wynikiem echa w łapie (musiałam zrobić oczywiście prywatnie poza COI, ach te terminy) stawiłam się ponownie. Ponieważ wyniki krwi sprzed tygodnia były ok, dostałam wytęsknione skierowanie i udałam się na pierwsze piętro przychodni na oddział chemii dziennej (zmieniono mi w międzyczasie chemię na 3 FEC i 3 Taxotere). Tam opuściła mnie cała bojowość z jaką przyszłam. W zabiegowym założono mi wenflon. Zajęłam sobie miejsce na sali i czekałam na pielęgniarkę. Kiedy przyniesiono moje woreczki i podpięto mi najpierw czerwony lek z niedowierzaniem patrzyłam na kapiący specyfik, zastanawiając się co ja tu w ogóle robię. Tak patrzyłam, lek kapał, a mnie kapały łzy...
Całą chemię przeszłam bardzo ciężko. Po 3 czerwonych bardzo wymiotowałam – nie działały żadne leki przeciwwymiotne, byłam strasznie osłabiona, okropnie bolała mnie głowa, tak że przez pierwsze dni nie mogłam zmrużyć oczu, a nie działał na mnie żaden lek przeciwbólowy. Do tego popękany, jakby pocięty nożem język, afty i zajady. Po drugiej chemii założono mi port (oddzielna historia z komplikacjami, nie mogli mi go zamontować, trwało to ponad półtorej godziny). Następnie musiałam robić sobie 30 zastrzyków w brzuch, taką miałam gęstą krew – gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że będę sobie sama wbijać igłę i to w brzuch, to popukałabym się chyba w czoło! Swoje lub jego.
W międzyczasie na początku czerwca wyjechałam na tydzień przewietrzyć się nad polskim morzem.
Trzy Taxotere też nie były lepsze. Po pierwszym czekałam kiedy zaczną się wymioty, a tu nic z tego. Okazało się, że dobrze działały sterydy. Do trzeciego dnia...Jak przestawały działać, to tak bolały mnie kości (swoje dokładała Neulasta) i mięśnie, że wiem już co przeżywali kiedyś ludzie łamani kołem. Oczywiście, żeby nie było za fajnie cały czas miałam koszmarną grzybicę, chyba wszystkich śluzówek oraz najpierw zaparcia (hemoroidy), które następnie ewaluowały w druga stronę. Nie ominęła mnie również neuropatia oraz problemy z wątrobą, przez którą miałam przesuniętą o tydzień ostatnią chemię (tak zaszalały próby wątrobowe). Po każdym Taxotere zgłaszałam coraz bardziej zaawansowaną neuropatię. Nie zmniejszono mi ilości leku (dostawałam 100). Po trzecim, ostatnim wlewie doszło do tego, że miałam niewładną (opadała mi) lewą stopę i lewą rękę. Do dzisiaj zresztą (styczeń 2012) neuropatia mnie nie opuściła.
Ostatnią chemię otrzymałam 1 września, następnie zrobiono mi przerwę do 28 września (w czasie której przeleciałam przez Zakopane), kiedy to rozpoczęłam należną mi w pakiecie z operacją oszczędzającą radioterapię. Zapodano mi 17 fotonów na całą pierś i boost w postaci 6 elektronów. Naświetlania to był oddzielny rozdział. Przez całe leczenie pracowałam (podczas chemii też brałam kilka dni wolnego po wlewie i wracałam do pracy), więc zapisałam się na lampy na godzinę 17. Niestety ani razu nie udało mi się naświetlić o czasie. Czekałam z reguły od 1,5 do 2 godzin pod słynnym Clinacem nr 2 (pod innymi ludzie przychodzili, wychodzili, a pod moim siedziała cały czas grupa ok. 20 osób). Mój rekord oczekiwania wyniósł 4 godziny. Ponieważ byłam wymordowana chemią, sił nie miałam prawie wcale. Na ostatnie trzy dni lamp wzięłam urlop, bo już nie dawałam rady z codziennym kieratem (o 7 rano wychodziłam z domu do pracy, 8 godzin w pracy, następnie godzina jazdy do COI, wielogodzinne siedzenie pod drzwiami radioterapii i 1,5 godzinna podróż z Ursynowa na Żoliborz). Do domu wracałam ok. 8-9 wieczorem.
W dniu imienin mojego Męża Andrzeja, 30 listopada, zatankowałam za jego zdrowie pierwszą herceptynę.
Dzięki wszystkiemu co przeszłam przez ostatni rok miałam o czym napisać. Moje całe życie obróciło się do góry nogami. Zmieniłam się, pewnie na lepsze. Dostrzegam różne zwykłe rzeczy, na które wcześniej nigdy bym pewnie nie zwróciła uwagi. Zwolniłam tempo.
W chorobie bardzo wspiera mnie mój Mąż, Rodzice, Teściowie, Rodzina oraz większość znajomych, w tym Wy Koleżanki Amazonki. Muszę stwierdzić, że jestem bardzo zdziwiona, ale większość osób w moim otoczeniu naprawdę zdała egzamin z człowieczeństwa.
Z dnia na dzień czuję się coraz lepiej. Cycuch i łapka jeszcze dokuczają, nóżki jak nie moje, ale i to pewnie kiedyś minie...

27 stycznia 2012 r.

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Amazonki.Net

Forum

  • lulu (offline)

     

    Avatar

    2012-12-22 18:23:48
     

    Jest co poczytać.
  • bozena_stanczyk (offline)

     

    Avatar

    2013-03-26 10:54:47
     

    Te nasze historiechyba nigdy się nie zestarzeją.Każda z nas wnosi podobne uczucia,emocje a jednak każda jest inna .Czytałam z ciekawością.Wiele przeszłaś i pięknie to opisałaś.
  • Ruda Kropka (offline)

     

    Avatar

    2014-08-22 18:13:05
     

    Pięknie opisane , życzę dużo cierpliwośći.

Poczytaj również

  • Avatar

    2017-01-24 17:09:18

    Interpretacja wyniku mammografii

    Proszę o interpretację badania mammografii u 62 latki. Piersi o budowie tłuszczowo-gruczołowej, uwagi: asymetryczne...
  • Avatar

    2017-01-24 17:06:20

    Czy konieczna jest radioterapia

    U mojej mamy zdiagnozowano nowotwór piersi: Carcinmoa invasivum (NST) G-1 mammae (B5). Stwierdzono mikrozwapnienia....
  • Avatar

    2017-01-24 17:03:46

    Obrzęk piersi

    Jestem po 8 wlewie paklitakselu. Następnego dnia po wlewie pierś zrobiła się obrzmiała, wyczuwam w środku duże zgrubienie,...