Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-04-01 16:03:48

W życiu szczęście trzeba mieć (2)

Zaczęło się latem

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

zdjęcie: ze zbiorów autora

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

 

Zaczęło się latem. W połowie wakacji (wszyscy troje jesteśmy nauczycielami), kiedy załatwialiśmy wszystkie sprawy związane z końcem roku, kiedy odwiedziliśmy wszystkie super i hipermarkety w Warszawie i okolicy, po kilku wypadach do lasu, na grzyby, których nie było Ela spytała:
- Czy my w te wakacje gdzieś pojedziemy?
- Możemy jechać - odrzekłem - dokąd i kiedy wyjeżdżamy?
Ustalanie dokąd nie trwało długo. Dziewczyny zaproponowały Gdańsk. Żadna z nich tam nie była, a słyszały, że to ładne miasto. Ja byłem, ale 40 lat temu więc niewiele pamiętam, a i miasto inne niż wtedy. Moja propozycja wyjazdu w sobotę, czyli pojutrze upadła bo:
- Trzeba coś uprać, cos kupić - stwierdziła Ela.
- No to w niedzielę - zaproponowałem - z rana, na drogach nie będzie tłoku. Pojedziemy omijając „siódemkę”.
Nawet gładko poszło. I stanęło na tym, że jedziemy w niedzielę. Ja przygotowałem trasę. Dziewczyny poprały, kupiły co trzeba i w drogę.
- Proponuję, żebyśmy gdzieś zanocowali po drodze - w trosce o moje oczy po operacji siatkówki odezwała się Małgosia.
- Dam radę do samego Gdańska - odparłem - Przecież w zeszłym roku byliśmy w Licheniu, w Częstochowie.
- Ale to połowa tego co do Gdańska - upiera się Małgosia.
- Przecież z Częstochowy pojechaliśmy do Krakowa - upieram się z kolei.
- No tak, ale drugiego dnia, jak odpocząłeś - mówi Ela.
- Wróciliśmy w jeden dzień- próbuję się targować.
Na próżno. Nie ustępują. Skoro tak to proponuję okolice Ostródy na wypoczynek. Po drodze zwiedzanie Nidzicy i Grunwaldu.
Rześkie, poranne powietrze, niedzielny bezruch na drogach powoduje, że szybko mijamy Sochaczew, Wisłę w Wyszogrodzie. W Płońsku przecinamy „siódemkę” na Ciechanów i Mławę. Tu niestety wyjeżdżam na drogę samobójców i zabójców, gdyż jest to najprostsza droga do Nidzicy. Kraina Warmii i Mazur wita nas piękną pogodą i okazałym zamkiem krzyżackim na planie prostokąta. Otaczające zamek obronne mury robią wrażenie, niemniejsze 29 metrowa studnia na obszernym dziedzińcu z krużgankami. Na obiad za wcześnie, natomiast akuratna pora na kawę. Dziewczyny piją herbatę i w drogę.
Położenie pól bitewnych Grunwaldu wymaga zjazdu z „siódemki”. Docieramy tam wąską, krętą drogą. Dość ruchliwą o tej porze, ale bez kolizji. Tu się nikt nie spieszy. Przeważnie rodzice z dziećmi na niedzielnej przejażdżce. I tacy jak my, którzy chcą zobaczyć przy okazji miejsce słynnej bitwy. Zwycięstwa polskiego oręża nad Zakonem Krzyżackim. Szkoda, że nie wykorzystanego politycznie.
Dziewczyny są tu pierwszy raz. Ja byłem w 1965r. W 555 rocznicę bitwy odbył się zlot harcerzy. Byłem wtedy uczestnikiem obozu „MAKI” (Mazowiecka Akcja Kształcenia Instruktorów). W podobozie czerwonych beretów, czyli drużyn wielospecjalnościowych (łączność, strzelanie, sporty walki, itp.) Opowiadam, z za których krzaków atakowała moja grupa, żeby ominąć wartowników i dotrzeć do obelisku (komendant urządził nam grę terenową).
- Ty nam nie odpowiadaj o pierdołach tylko powiedz, gdzie się, co odbywało. Skoro już tu byłeś to pewnie to wiesz - mówi Ela.
- Pewnie, że wiem - odpowiadam - i prowadzę dziewczyny do miejsca gdzie zilustrowane jest ustawienie wojsk krzyżackich i polsko - litewsko - ruskich. Przy okazji pytam, czy wiedzą, że tylko przebiegłość Jagiełły zapobiegła klęsce zamiast zwycięstwa? Czesi mieli zamiar się odwrócić i ruszyć z Krzyżakami na nas i tylko stojący ciasno za nimi Litwini uniemożliwili ten manewr? Nie wiedzą.
- A Ty skąd wiesz pytają?
- Z książki Korkozowicza „Kaptury i przyłbice” i „Nagie ostrza”. Książki, która opisuje przygotowania do wojny, walkę wywiadów i kontrwywiadów i takie właśnie kulisy jak
z Czechami.
Obyci z tłumami, w czasie corocznej rekonstrukcji bitwy przez nasze bractwa rycerskie, gastronomowie nie mieli kłopotu z nakarmieniem nas, nawet smacznym obiadem, po którym ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Ostródy. Niestety „siódemką”. Tu istne wariactwo. Mijają nas z lewej i z prawej. A przecież ja mam setkę na liczniku. Samochodów tym więcej, im bliżej Ostródy. Nie mam pojęcia co się dzieje. W tygodniu to normalne. Załatwili sprawę w Warszawie i przed nocą chcą być w Gdańsku. Ale
w niedzielę? I to w tę stronę? W stronę Warszawy, wieczorem to bym zrozumiał. Zrozumiem trochę później. Na razie skręcam w prawo w boczną dróżkę.
- A ty dokąd? - pyta Ela
- Uciekam przed wariatami - żartuję - Pojedziemy przez łąki - mówię i zatrzymuję samochód przed domem z napisem: wolne pokoje. Już wcześniej widziałem informację przy drodze. Na tym polega przewaga kierowcy nad pasażerem. Musi widzieć wszystko.
Dziewczyny oglądają kwaterę, pytają o cenę. Ja z Filipem spaceruję. Warunki dobre, cena przystępna, na jedną noc. Bierzemy. Gospodyni proponuje, abyśmy się odświeżyli i jechali do miasta, bo tam jest dziś „Lato z radiem”. Wszystko jasne. Stąd to całe wariactwo. Wieczorem będzie wesoło w drugą stronę.
Filip usłyszał, że będzie jazda i biega od Eli do Małgosi i do mnie.
- Poproś pana to cię zabierze - napuszcza psa na mnie Ela.
Filip wskakuje mi na kolana, opiera łapy o klatkę piersiową. Z lewej strony trochę zabolało. Może mocniej Filip się oparł?
- Pojedziesz - mówię. Filip czeka przy drzwiach. Ogon mu się mało nie urwie.
Jesteśmy w Ostródzie. Pełno ludzi, samochodów. Udaje się znaleźć miejsce na zaparkowanie blisko stadionu miejskiego. Tam się odbywa główna impreza. Idziemy sprawdzić wyobrażenia z rzeczywistością. Dużo piwa. Zapach czuć w powietrzu. Im dłużej trwa impreza, tym bardziej mieszają się zapachy z piwem związane. Na scenie „Żuki” udają „Czerwone Gitary”. Na zmianę z lokalnym zespołem młodzieżowym. To byliśmy sobie w stanie wyobrazić. Niewyobrażalna natomiast była wielkość największego w Europie garnka i patelni. 5 000 l nic nie mówi. Widok robi wrażenie. Ela i Małgosia idą podpatrzeć jak się w takim garnku gotuje. Tak samo jak w małym, tylko składniki wrzuca się workami. Ja z Filipem oglądam popisy kierowców w konkursie o tytuł mistrza kierownicy „Lata z radiem”. Zadanie niełatwe. Niektórzy radzą sobie naprawdę wspaniale. W finale czeka nagroda - „Skoda Super B”. Na estradzie konkurs dla publiczności prowadzi znany aktor. Co chwila podkreśla walory samochodu, którym jeździ. Pewnie za to jeździ tym samochodem, że co chwila podkreśla walory tego samochodu.
Zupa ugotowana. Ela z Małgosią próbują spróbować. Ustawiają się w kolejce. My
z Filipem niestety z boku. Dużo ludzi z okolicznych domów biegnie z garnkami. Będą mieli jedzenie na cały tydzień. Niestety to nie są bogacze. Dużo biedy. Niektórzy po pewnym czasie wracają z nowymi garnkami. Wraca Ela:
- Daj spokój! - mówi - szkoda mojego zdrowia. Mało mnie nie zgnietli. Nie ma jak dojść do garnka.
Pokazuję ilu ludzi z okolicznych domów, biednych domów „walczy” o garnek zupy. Oni walczą o to, by nie być głodnymi. Dla nas to tylko atrakcja.
Przyszła Małgosia.
- Jak zupa, smaczna? - pytamy
- E, tam, nawet nie tknęłam. Miałam w rękach miskę z zupą, ale nie było jak odejść od barierki. O mało mnie nie zgnietli. Dziewczynie wylali zupę na włosy, oddałam miskę i dałam się „wynieść” fali.
Ktoś ten bałagan filmuje. Wystarczyłoby inaczej ustawić barierki. Nie z myślą
o komforcie obsługi, a o bezpieczeństwie uczestników. Wprowadzić ruch w jedna stronę. Wchodzisz, bierzesz miskę i przechodzisz dalej. Nie cofasz się, nie zderzasz z tym, co jest z miską za tobą. Byłoby szybciej, bezpieczniej. Ale pewnie krócej. A tak wydawanie zupy trwa i trwa i trwa. Jest czas na usmażenie dania na patelni. Mało kto zwraca uwagę na to, co na scenie. W powietrzu coraz więcej zapachu piwa i tego z toy-toyek. Do występu Rynkowskiego jeszcze dużo czasu. Piwa nie pijemy, do zupy nie ma jak się dostać, inne atrakcje nas nie interesują. Idziemy nad jezioro. Podziwiamy zmiany w stosunku do tego czasu, gdy byliśmy na harcerskich obozach. Nierówne płyty zastąpione elegancką kostką brukową. Wymienione ławeczki, uporządkowana zieleń. Tylko jeziorko „zakwitnięte” jak wtedy. Jezioro Drwęckie. Otoczone zewsząd lasami. Z przepływającą przez nie rzeką Drwęcą, z licznymi wokół ośrodkami wypoczynkowymi. Ostródę otacza 7 jezior. Oprócz Drwęckiego jeszcze np. Szeląg Wielki. To nad nim, w uroczym Zakątku w 1965r. były „MAKI”. Pamiętne z wyprawy pod Grunwald, ułożonej przeze mnie piosenki do melodii z filmu „Czarny Orfeusz”, śpiewanej na obozowej giełdzie piosenki i ze skierowania na kurs spadochronowy. Chęć była, ale same chęci nie wystarczały. Potrzebna zgoda rodziców. Zgody nie ma. Właśnie wtedy była seria wypadków ze spadochronem. Komuś się nie otworzył, komuś splątały się linki. Obaj zginęli. - Nie ma mowy. Chcemy Cię żywego - mówi mama.
Siedzimy na przystani. Pod pomostem pluszcze woda. Na prawo przed nami zachodzi słonce. Nim schowa się za horyzont odzłaca się migotliwie w, pomarszczonej lekkim wiaterkiem, tafli jeziora Drwęckiego. Nieco w lewo rosnący z każdą chwilą las masztów dobijających do pomostów żaglówek. To stanica wodna Przylądek.
Jakże miłe wspomnienia wiążą się z tym miejscem. Dwa harcerskie obozy w latach 1971/1972. Wspaniałe miejsce. Polana tuż nad jeziorem, dookoła lasy, daleko od szosy i dróg uczęszczanych, marzenie. Chcieliśmy ten teren na stałą bazę obozową. Niestety dostaliśmy zgodę na dwa obozy. Pokazano nam mapy, na których Przylądek istnieje jako stanica wodna, ośrodek sportów wodnych, głównie żeglarstwa.
Kim są ci my? Grupa absolwentów grodziskiego „pedała”. Żeby było jasne, tak nazywano potocznie działające do końca lat 60-tych Liceum Pedagogiczne i nieco dłużej Studium Nauczycielskie. Byliśmy instruktorami harcerskimi i zuchowymi, nauczycielami, którzy mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęli pracę w żyrardowskich szkołach. Byliśmy paczką młodych ludzi, którym było ze sobą dobrze, których łączyły wspólne zainteresowania, pasja (praca z młodzieżą i dziećmi była i jest naszą pasją) i to, że nie było nam wszystko jedno. Chcieliśmy coś zmieniać, ulepszać, poprawiać. I robiliśmy to. I robimy to.
Różne były drogi dochodzenia do tego samego miejsca w tym samym czasie. Jedni zostali nauczycielami, bo byli wcześniej instruktorami ZHP, inni zostali instruktorami ZHP, bo będąc nauczycielami zakumplowali się z już w tym związku działającymi. Niektórzy się pokochali. Wyrosło z tego kilka małżeństw funkcjonujących do dzisiaj. Ja z Elą też.
Jak w harcerskiej piosence: „Połączyły nas kłótnie i spory, w kręgu ognia znaczone wieczory”. Harcerskie obozy miały swój rytuał: pobudka, kąpiel w jeziorze, sprzątanie
w namiotach i wokół, apel z rozkazem dziennym, różnorakie zajęcia w ciągu dnia, a to szkolenie z samarytanki, pionierki, czy terenoznawstwa, a to gra terenowa sprawdzająca nabytą wiedzę i umiejętności, czy też obozowa olimpiada sportowa (z podium, medalami, flagą olimpijską), czy festiwal piosenki harcerskiej. Wieczorem ognisko. „Płonie ognisko i szumią knieje” - na początek. „Już rozpaliło się ognisko dając nam dobrej wróżby znak, siedliśmy przy nim wszyscy blisko, bo w całej Polsce siedzą tak”. Potem gawęda. O tym jak minął dzień, co ważne w życiu, a co mniej, trochę o przeszłości, trochę o przyszłości. Dużo piosenek, rozmów. Pękają lody w wielu sercach. „Siedzą harcerze przy płomieniach, ciepły blask ognia skupia ich, wszystko co złe to szuka cienia, do ognia dobro garnie się”. Czas mija szybko. Pora kończyć. O 2200 cisza nocna. Wcześniej apel wieczorny. Na polanie dogasa ognisko, w blasku ognia złociste lśnią skry, zapadł wieczór, poranek już blisko, a ty śnisz promienne sny” - śpiewają dziewczyny - Nikt ci nie dał złocistych szyszaków, taki szary
i prosty masz strój, lecz bez srebra, bez szarż i bez znaków tyś nam wodzem na życie i bój”. Lubię te piosenkę. Świadczy o akceptacji przez dzieciaków tego co robię, co mówię, co im proponuję. Ma sens poświęcenie im wolnego czasu. Trzy tygodnie obozu to nasz prywatny czas, za który jedyną zapłatą jest ich satysfakcja, radość, uśmiechnięte twarze. I nadzieja, że hasła z harcerskiej lilijki „Ojczyzna, Nauka, Cnota”, które im wpajam nie są puste, że są i będą dla nich ważne. Honor i Ojczyzna przy każdym przyrzeczeniu przywoływane są i będą w ich życiu obecne. A Bóg? Jest miejsce i dla Boga. Nie na sztandarach i mundurach. Fakt. Ale w sercu i na szyi. I w harcerskim pożegnaniu dnia:
„Idzie noc,
Słońce już zeszło z gór,
Zeszło z pól,
Zeszło z mórz,
W cichym śnie, spocznij już,
Bóg jest tuż”.
W modlitwie, którą wielu odmawiało przed snem i w niedzielnej mszy, na którą chodził kto miał ochotę. Nie czwórkami, nie ze sztandarem, ale kto chciał to uczestniczył. Szliśmy na wycieczkę do miasta. Harcerze dostawali 2 godziny wolnego. Jedni (większość) szli na mszę, inni połazić po mieście. Później wszyscy szliśmy na lody i wracaliśmy do obozu. Dziś postąpiłbym tak samo. Tylko co z tym wolnym? Czy wolno?
Chwilowa rzeczywistość jest jaka jest, ale wychowujemy dla przyszłości, aby była lepsza. Wychowujemy w pamięci dla przeszłości. Bez pamięci o naszych korzeniach, o naszych dziejach nie ma nas. Co im mówimy o przeszłości? Wszystko co wiemy. Są trudne pytania. Nie uciekamy od odpowiedzi, które też nie są łatwe. Nie wszyscy wiedzą o Katyniu. Ja wiem. Do nauczycieli też trzeba mieć szczęście. Ja miałem. Mój polonista z technikum, „Dziadek” nam powiedział. Prosił tylko, abyśmy się zbytnio nie chwalili. „Dziadek” uczył nas w/g dwóch programów: ministerialnego i własnego. W tym drugim były lektury, których koledzy z innych szkół, a nawet z innych klas naszego technikum, których nie uczył „Dziadek” nie poznali. Między innymi „Maraton” Kornela Ujejskiego. Wprawdzie dziwiło nas to trochę, co może być niebezpiecznego w dążeniu do wolności. To samo będzie później z piosenką Niemena: „Dziwny jest ten świat”. Jaka nienawiść? W ustroju powszechnej zgody między narodami - nienawiść? Dlaczego dziwny? Nasz świat jest piękny, wspaniały, najlepszy. Ale to będzie później.
Jeszcze jesteśmy w Przylądku: „Bratnie słowo sobie dajem, że pomagać będziem wzajem”. Iskierka - uścisk dłoni przez komendanta w lewo lub w prawo, oczekiwanie na powrót. Gdy iskierka wróci mówimy sobie dobranoc, zabieramy dzieciaki do obozu. Przy ognisku zostają strażnicy ognia. Wyróżnienie. Obdarzeni najwyższym zaufaniem. Pilnowali, aby płomień był odpowiednio duży. Teraz dopilnują by żadna iskra nie przedostała się poza kamienny krąg. Na koniec przysypią piaskiem.
Moim i moich instruktorów marzeniem było, aby na obóz zabrać wszystkich chętnych. Aby to było możliwe wszyscy musieli pracować przez cały rok. Najczęściej zimą wylewaliśmy lodowiska, wypożyczaliśmy łyżwy, sprzedawaliśmy gorącą herbatę i cukierki. Organizowaliśmy zabawy np. „Andrzejki” z wróżbami. Chłopcy pilnowali porządku, dziewczyny prowadziły bufet, pieniądze wpłacaliśmy na książeczkę SKO. Istotnym wsparciem naszych poczynań były dotacje z Komitetu Przeciwalkoholowego. Wystarczyło, że podałem liczbę dzieciaków z takich rodzin. Dziś trzeba podać nazwiska. Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych przeprowadza wywiad wśród sąsiadów, wielu ludzi mówi po prostu dziękuję. Rada Pracownicza ŻZTT, naszego zakładu opiekuńczego, też odpowiadała solidną kwotą na nasze prośby. Ich pracownicy to w wielu przypadkach rodzice naszych harcerzy, stąd przychylność. Jednego roku, gdy poszedłem jak zwykle z pismem do Dyrektora usłyszałem:
- Dam wam pieniądze, ale nie za darmo. Mam na terenie kupę złomu, za który przy różnych kontrolach płacę karę. Zabierzcie ten złom, sprzedajcie, pieniądze wasze.
Kierownik transportu polecił jednemu z kierowców, aby nas obsłużył. Dostaliśmy fartuchy ochronne i zabraliśmy się do roboty. To znaczy ja i starsi chłopcy z naszego szczepu. Było tego ze 6 ton. Niemało forsy. A z Rady Pracowniczej też dostaliśmy swoje. Wszystkie zarobione i, nie ukrywam, wyżebrane pieniądze pozwalały zmniejszyć kwotę jaką musiały płacić dzieciaki. Czasem zabieraliśmy kogoś za darmo. Oczywiście w pełnej dyskrecji.
Dziś to byłoby niemożliwe. Wyjeżdżają Ci, których rodzice są w stanie zapłacić. Pomóc można nielicznym. Zresztą nie wiem, czy dziś bym się zdecydował taki obóz poprowadzić. I to nie dlatego, że młodzież inna, jak mówią trudniejsza. Młodzież zawsze jest do dogadania. Tylko nie można jak to teraz mówią ściemniać, czy tak jak wcześniej mówili wciskać „bałaha”, czy sprzedawać kit. Trudno byłoby mi zrozumieć pewne przepisy. Oto w radio podali, że po kontroli SANEPID-u kazano zwinąć obóz harcerski, bo na 30 osób były tylko dwie Toy-Toyki a powinny być trzy. I nie było wyparzacza do naczyń. Mieliśmy jedną latrynę (dół z siedzeniem z żerdzi). Mistrzem w wykonywaniu tego potrzebnego obiektu był Adam Ch. Solidna konstrukcja. Wytrzymywała ciężar jednego zastępu (6-7 ludzi). Musiała być gładziutka bo każda skarga dziewczyn, że weszła im zadra oznaczała zgodę na zrobienie mu kocówy. Zazwyczaj umiejscowiona w gęstych krzakach, dodatkowo osłonięta gałęziami. Odległość od obozu 100 m. Śmieliśmy się, że biegiem 30. Chodziło się parami. Ktoś musiał stać na straży. Dla bezpieczeństwa obowiązywało hasło: ”je tam kto?”. Gdy padała odpowiedź: „tu się nie je tu się sro” - było zajęte. Gdy nie było odpowiedzi, wiadomo, wolne.
Jedyna latryna obsługiwała 40 osób. Nie trzeba było kontroli Sanepidu. Sami pamiętaliśmy o przysypaniu piaskiem i wapnem. Gdy zastęp służbowy zapominał nosy pozostałych uczestników jednoznacznie o obowiązkach przypominały.
Wyparzacz do naczyń? Menażki myło się w jeziorze piaskiem. Myło się dokładnie. Gdy w czasie kontroli menażek, któraś była tłusta, cały zastęp szedł i pomagał delikwentowi w myciu. Dzięki Bogu i przestrzeganiu higieny obywało się bez chorób, zatruć i sensacji żołądkowych.
Zwyczajowo na miejsce rozbicia namiotów naszego podobozu wybieraliśmy najwyżej położony teren. Tak też było w Drzewiczu, koło Chojnic. Jak to Ela zobaczyła podniosła larum. Chcesz nas pozabijać lub potopić? Faktycznie, zejście do jeziora, do mycia dość strome. Ale już mieliśmy z chłopakami obgadane jak to urządzimy. Dziewczyny pod okiem Eli wzięły się za rozstawianie namiotów, ja z chłopakami za schody. W ruch poszły saperki, siekierki, młotki. Wyrąbaliśmy w ziemi schody i umocniliśmy żerdkami, aby się nie osuwała ziemia. Przed wieczorem zdążyliśmy jeszcze z pomostem do mycia. Poręcze zostały do zrobienia na drugi dzień. Gdy likwidowaliśmy obóz doprowadzaliśmy teren do stanu pierwotnego. Kto nie wiedział jak stały namioty miał problem ze znalezieniem śladów po okopaniu. Schody zostały na prośbę leśniczego.
„Mówiłeś druhu komendancie, że zaufanie do nas masz, że wierzysz w nasz szczere chęci, bo Ty harcerskie serca znasz”. Znam harcerskie (dobre) serca. Miałem i mam do was zaufanie dziewczyny i chłopaki, którzy na moje: „czwórka” - odpowiadaliście:
„równo, sztywno, z bukietem w ręku”.
Gdybym nie miał zaufania nie zdecydowałbym się na zabieranie was w te wszystkie miejsca, w których na 3 tygodnie stawały płócienne, nasze domy. Gdybym nie miał zaufania nie osiągnąłbym z wami tek wiele. Nie byłoby teatrzyku „Pod pachą” (laureat I nagrody w Wojewódzkim Festiwalu Małych Form Artystycznych. Zespołów: „Iskierki”, „Promienie”, „Ku słońcu”, które wygrywały Wojewódzki Festiwal Piosenki Harcerskiej.
Gdybym nie miał zaufania nie byłoby nocnych alarmów, gier terenowych, czy przyrzeczeń harcerskich wymagających pewnej tajemniczości. A kiedy może być większa tajemniczość niż w nocnej wędrówce przez las, w nieznanym celu, do nieznanego miejsca. Musiałem mieć do nich zaufanie, żeby powierzyć im, powierzone mi przez rodziców dzieci. To w Przylądku odbyło się jedno z najpiękniejszych przyrzeczeń harcerskich naszego szczepu. Dzieciaki spodziewały się alarmu. Tymczasem młodzieżowi instruktorzy, wg wcześniej opracowanego harmonogramu, na podstawie obliczonego czasu dojścia do polanki nad jeziorem, gdzie miało zapłonąć ognisko, budzili zastępy po kolei. Po cichu. Tłumacząc, że tylko oni. Że nie wolno pobudzić innych. Szli w ciszy przez las, nie używając świateł. Każdy zastęp inną drogą. zatrzymanie na skraju lasu. Punktualnie o 2400, 12 uderzeń w patelnię, jak 12 uderzeń zegara. Podpalam ognisko. Z lasu, z kilku stron wychodzą zastępy śpiewające „Płonie ognisko”. Nie widzą się nawzajem. Noc idealnie ciemna. Idą prosto do ogniska. Pewni, że są tylko oni i ogień. Lekkie zdziwienie, gdy przy ognisku spotykają inne zastępy. Większa ciekawość co będzie dalej. Wygłaszam gawędę: o Piastowych wojach, o styczniowych i listopadowych powstaniach, o partyzantach z II wojny i o roli, jaką w ich walkach z wrogiem odgrywał las. Śpiewamy: „O polski lesie, dlaczego tak kochamy Ciebie?”. Podobno nie wolno. Dlaczego? Może dla refrenu: „wolności zaświeci nam jutrzenka” („Maraton” też był zakazany). Piszę podobno nie wolno, bo ja „śpiewałem” zawsze. Śpiewałem jako uczestnik harcerskich obozów i śpiewałem z moimi harcerzami. Uczestnikami harcerskich obozów, które prowadziłem jako komendant. Dalej mówię, że dziś nikt od was nie wymaga walki. Macie się uczyć, być dobrymi ludźmi. Wrażliwymi na ludzką krzywdę, na piękno przyrody. Las nam służy do wypoczynku, do zabawy, ale pamiętajcie o roli jaką odegrał w walkach o polskość, o wolność, pamiętajcie o historii, szanujcie ją.
„Idziemy naprzód i ciągle pniemy się wzwyż by zdobyć szczyt ideałów, świetlany, harcerski krzyż” - śpiewamy towarzyszącą wszystkim przyrzeczeniom piosenkę. Odczytuję rozkaz. Odbieram treść przyrzeczenia. Młodzieżowcy przykręcają do mundurów nowym harcerzom krzyże. Wracamy w ciszy do obozu. Zostają strażnicy ognia. Trzeba spać. Pobudka normalnie o 700. Bez ulgi. „Nam trud nie straszny, ani znój”.
Rano na apelu widać wyraźnie kto złożył przyrzeczenie, lewa pierś znacznie wysunięta do przodu. Zobaczcie ja też mam krzyż.
Zaufanie zaufaniem, ale dodatkowe środki ostrożności też się przydawały. Szczególnie w górach, jak w Szczyrku. Planujemy nocną grę. Proponujemy z Grzegorzem podejście umożliwiające zobaczenie ogniska w ostatniej chwili. Dziewczyny protestują. Chcecie pogubić dzieciaków? Nie chcemy. Idę przodem, Grzegorz na końcu. Trzymamy długą linkę. dzieciaki trzymają się linki. Wszyscy doszli, wszyscy wrócili. Pomogło zaufanie. Pomogła wyobraźnia.
Zaufanie w obie strony. Ja ufałem (ufam) im. Oni ufali (ufają) mi. Stąd problemy ich nurtujące nie były mi obce. Stąd mogłem pomóc w wielu trudnych sytuacjach. Rozwód rodziców. Pijący tata. Brak zrozumienia. Nieakceptowanie przez mamę.
- Proszę Pana, będę ojcem - mówi Radek w czasie jednej z wiosennych wędrówek po okolicy.
- I co dalej? - pytam.
- Będę lepszym ojcem dla mojego dziecka, niż mój ojciec był dla mnie.
Wierzę mu. Kiedy odbiera z moich rąk świadectwo ukończenia szkoły podstawowej rodzi mu się syn. Potem jeszcze troje. Wiem, że jest dobrym ojcem.
Kiedyś dostałem zastępstwo za matematyczkę. W VIII klasie. Przecież nie będę mieszał dzieciakom w głowach i udawał, że znam się na czymś, na czym znam się raczej słabo. Gdyby była zła pogoda zliczaliby wszystkie liczby od 1 do 100. Ale pogoda jest piękna, świeci słońce, jest ciepło. Biorę piłkę nożną dla chłopaków i siatkową dla dziewczyn.
Chłopcy szczęśliwi. Liczenie goli sprawia im większą przyjemność niż równania czy nierówności. Dziewczynom odbijanie nie wychodzi. Zbyt często jak na ich umiejętności piłka pada na ziemię. Po którymś razie nawet jej nie podnoszą. Zbijają się w gromadkę i o czymś szepcą. Twarze rozognione. Domyślam się, że temat fascynujący. Podchodzą do mnie nieśmiało, jedna zaczyna:
- Chciałyśmy z druhem porozmawiać (pół szkoły mówiło na mnie druhu, z racji harcerstwa, nie widziałem powodu do podwójnego tytułowania, panem na lekcji, druhem na zbiórce).
- No to rozmawiajmy - mówię.
- Ale chciałyśmy, aby druh się z nas nie śmiał.
- A czy ja się kiedyś z was śmiałem? Skąd wam to przyszło do głowy?
- Bo my byłyśmy z tym u kilku nauczycielek i dowiedziałyśmy się, że jesteśmy za młode, za głupie i w ogóle.
- No to co to za problem, na który jesteście za młode, za głupie i w ogóle?
- Ale my chcemy, aby druh potraktował nas poważnie i powiedział nam całą prawdę.
- A będę umiał - pytam?
- Na pewno - krzyczą dziewczyny.
- I żeby druh nikomu nie mówił o naszej rozmowie - odzywa się któraś.
- I pewno chcecie, żeby chłopcy nie słyszeli?
- No, no tak.
Odchodzimy nieco od boiska, siadamy na ławeczce, część dziewczyn obok mnie, część kuca przede mną. Chłopaki nawet nie zwrócili na nas uwagi. Pewnie myślą, że omawiamy przygotowania do obozu, albo planujemy występ teatrzyku.
- Czy dziewczyna w naszym wieku może zostać matką? - pada pytanie.
- Co to znaczy zostać matką? - pytanie za pytanie.
- No czy może urodzić dziecko?
Chwile myślę. Skoro z tym do mnie przyszły to musi być dla nich ważne. Skoro obiecałem, że potraktuję je poważnie to muszę to zrobić. Ale jak? Co im powiedzieć? Prawdę!
Upewniam się, że wszystkie już są „dojrzałe”. Tłumaczę. Biologicznie tak. jest to możliwe. Organizm przygotowany na zapłodnienie. Ale być matką to nie tylko urodzić. to zapewnić byt, rozwój. To nieprzespane noce w czasie choroby. To lęk o każdy krok dziecka. Każdy. Ten pierwszy i te późniejsze w życie. Wasza psychika jeszcze na to nie gotowa. Wy same wymagacie jeszcze takiej troski, opieki - mówię.
Z dziewczyn wyraźnie spada napięcie. Rumieńce na twarzy przybierają naturalny odcień. Jeszcze mówię, że gdyby któraś miała z tym kłopoty niech przyjdzie. Trudno. Powiedziałem A, powiem też B. Dziewczyny uspokajają. Żadnej z nich to nie dotyczy.
I raczej nieprędko będzie dotyczyć. Chciały po prostu wiedzieć jak jest naprawdę. Dziękują za poważne potraktowanie. Dalsza rozmowa dotyczy przygotowań do obozu (w samą porę, bo dołączają chłopcy).
Kiedy już zapomniałem o tej sprawie spotkała mnie niespodzianka. Koniec roku szkolnego, pożegnania, kwiaty. Za chwilę ostatnie posiedzenie Rady Pedagogicznej. Przyszły dziewczyny.
- Możemy druha poprosić na chwilę?
- Znowu - pytam udając przerażenie.
- Chciałyśmy podziękować za tamta rozmowę.
Bukiet róż (czerwonych, tyle ile było dziewczyn) ląduje w moich rękach, dziewczyny rzucają się na szyję.
- Do zobaczenia na obozie - krzyczą.
- A cóż to ma pan za zasługi u dziewczyn, że tak dziękują? - pyta jedna z pań.
- Duże - odpowiadają dziewczyny - Mogła je dostać pani.
Dziś cieszy mnie każda dobra o nich wiadomość. Cieszy, że tych dobrych wiadomości o nich jest znacznie więcej. Cieszy, że pokończyli szkoły, studia, mają ciekawe zawody, zajmują wysokie stanowiska, są porządnymi ludźmi. Cieszy, gdy w mijającym tłumie słyszę co chwilę ich :„dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry”.
Kiedyś pojechałem z klasą, której byłem wychowawcą już w Międzyborowie, do żyrardowskiego MDK. Droga od dworca PKP do MDK-u to właśnie takie nieustanne: "dzień dobry".
- Czy pan tych wszystkich ludzi zna? - zapytała jedna z uczennic.
- Znam - odpowiedziałem - to moi uczniowie
Znam ich i oni mnie znają. Chcą znać. Czegóż chcieć więcej.
Być może jeszcze usiądziemy przy wspólnym ognisku. Może jego blask opromieni nasze twarze? Może zaśpiewamy jeszcze razem: "Bo wszyscy harcerze to jedna rodzina"? Może na 40-lecie powstania szczepu? (2008r.).
Póki co siedzimy na przystani w Ostródzie. Cycek trochę pobolewa. Pewnie jakaś wrzodzianka się robi. Pęknie i będzie po bólu. Zrobiło się chłodno. Decydujemy o powrocie na kwaterę nim zacznie się wyścig na "siódemce".
Rano Ela wyszła po świeże bułki. Właśnie sklep przyjechał. Fajna sprawa taki sklep. Oglądałem to zjawisko pracując w szkole w Budach Michałowskich. Zazwyczaj przyjeżdżał w okolicach długiej przerwy. Czasem wcześniej, czasem później. Wtedy dopasowywało się przerwę. Zakupy robili wszyscy. Nauczyciele, obsługa i uczniowie według tego, co napisali im na kartkach rodzice. Kupowało się wszystko po co trzeba by było jechać do miasta. Chleb, masło, wędliny, herbatę, cukier, papier toaletowy, zeszyty, itp. Już tam nie pracuję. Sklep też tam nie przyjeżdża. Już nie ma tam szkoły. Bo nie ma tam już ludzi.
Wróciła Ela z bułkami. Świeżutkie, cieplutkie, smaczne. Po śniadaniu kawa, herbata, pakowanie bagaży i w drogę. Pogoda sprzyja. Nie jest zbyt gorąco, deszcz nie pada, droga luźna (jeszcze). Między Ostródą a Miłomłynem krzyż, kwiaty i znicze. Tu zabił się Waldemar Goszcz. Odruchowo zwalniam. Nie z ciekawości. Zawsze zwalniam w takich miejscach i tzw. "czarnych punktach". Zwalniam ja i jeszcze jeden kierowca jadący z przeciwka. Reszta ani myśli tego robić. Według statystyk ⅓ kierowców respektuje "czarne punkty". Znaczy to, że na trzech dwóch nie zwraca uwagi. Pędzą jak pędzili. Chcą się zabić. Żeby tylko siebie.
Przed Elblągiem podejmujemy decyzję, że zwiedzimy Malbork. W ten sposób po Nidzicy, Ostródzie zaliczymy kolejną perłę elitarnego stowarzyszenia Polskie Zamki Gotyckie. Przed nami gotycka budowla, wzniesiona przez Krzyżaków w latach 1274-1457. Jedna z największych twierdz średniowiecznej Europy. Przykład średniowiecznej architektury obronnej. Zjeżdżamy na parking pod Zamkiem i udajemy się na zwiedzanie. Niestety - poniedziałek. W poniedziałek muzeum nieczynne. Niektórzy przyjechali specjalnie by pokazać Malbork dzieciom aż ze Śląska. Ja też psioczę. Ela mnie uspokaja. Obejrzymy z zewnątrz. Mam to gdzieś. Z zewnątrz juz raz oglądałem. I to wcale nie w poniedziałek.
Miałem chyba 16 lat. Rodzice załatwili z FWP wczasy statkiem po Wiśle.
Z Warszawy do Gdańska. 7 dni. Powrót autokarami. Wyżywienie i noclegi na statku. Atrakcje też. Ponadto zwiedzanie po drodze miast leżących nad Wisłą. Babcia i tata pracowali w "lniarskich", mama na "bawełniance". Wczasy organizował Związek Zawodowy Przemysłu Lekkiego i Skórzanego (o ile dobrze pamiętam). Ze mną był mały kłopot, bo byłem uczniem Technikum Telekomunikacyjnego. Nijak nie związanego z branżą. Problem rozwiązała mama. Zaniosła moje zdjęcie do Rady Zakładowej. Panie wyrobiły mi legitymację ucznia szkoły przyzakładowej (włókienniczej) i już w majestacie prawa mogłem wsiąść na statek.
I właśnie wtedy odnogą Wisły (Nogat) dopłynęliśmy do Malborka. Przewodniczka poinformowała, że oto mamy przed sobą słynny Zamek Krzyżacki w Malborku i mamy
30 minut na jego zwiedzenie. Po czym panowie dali nogę do najbliższego sklepu monopolowego w celu uzupełnienia zapasów. Nie wiem, czy do Tczewa im starczyło. Konkurencja była ostra. Panie z brzegu spoglądały na potężną sylwetkę zamku, w bezruchu, jakby liczyły ile to okien do umycia na święta by było.
My z chłopakami biegiem, fosą wzdłuż murów, wspinając się gdzie niegdzie po różnych występach, ledwośmy się w 30 minut wyrobili.
I co? Dzisiaj znowu z zewnątrz? Filip szarpie w krzaki. Prowadzę go w ustronne miejsce. Kiedy wracamy Ela uśmiechnięta. Częściowo spełni moje marzenie. Wprawdzie muzeum zamknięte, ale jest do zwiedzania trasa skrócona. Z przewodnikiem. Mamy juz bilety. Biegnę z Filipem do samochodu. Psów wprowadzać nie wolno. Parkingowy pomaga znaleźć miejsce w cieniu, żeby pies się nie ugotował. Mówi, że poprzedniego dnia w mieście zostawiono psa w samochodzie. Na początku w cieniu, ale po 4-5 godzinach (tyle trwa trasa zwiedzania Zamku) słońce się przesunęło, samochód się nagrzał, pies się upiekł żywcem. Brak wyobraźni. Jak można nie pamiętać, że ziemia kręci się.
Filip jest bezpieczny. Cień, wiaterek, słońce schyli się za mury. I dobrze. Skrócona trasa zajmuje 3 godziny.
Rano po śniadaniu ruszamy prosto do Gdańska. Przez Tczew. Tak radzą miejscowi.
W Kieżmarku remont mostu. Korek do dwóch godzin. W Tczewie włączamy się na "jedynkę". Ruch umiarkowany. Przed Pruszczem robi się gęściej. Jedziemy w sznurku, ale jazda płynna. Drogowskazy kierują w lewo na obwodnicę i prosto do Gdańska. Czemu tylko my jedziemy prosto? Przed nami i za nami nikogo? W Pruszczu wszystko się wyjaśnia. Roboty drogowe, przebudowa chodników, skrzyżowań na głównej arterii miasta. Przed nami i za nami nagle gęsto. W bok nie ma gdzie skręcić. Nie ma jak ominąć tego bałaganu. Trzeba się wlec. Na szczęście my na urlopie. Nie musimy się spieszyć. Nawet się nie denerwujemy. Postanowiliśmy tym razem zacząć od noclegu. Jak nie w Gdańsku to gdzieś blisko. Co i rusz tabliczka "wolne pokoje", "zimmer". Wolelibyśmy bliżej morza, ale widać, że będzie gdzie spać w razie czego. Niepostrzeżenie Traktem Św. Wojciecha docieramy do Centrum Gdańska. Rynek Główny zatłoczony. Właśnie trwa Jarmark Dominikański. Ela radzi, żeby gdzieś stanąć i zapytać co dalej.
- Dalej jedziemy prosto - oświadczam.
- Czemu prosto? - pyta Ela.
- Bo jedziemy nad morze.
- A skąd wiesz, że nad morze trzeba prosto?
- Bo czuję wiatr od morza.
- Na wiatr to się jeszcze nie orientowałam w terenie! - mówi Ela.
- Ja tez nie. Żartowałem.
- To skąd wiesz jak jechać?
- Widzisz te wysokie dźwigi? - pytam.
- Widzę.
- To port. A jak jest port to musi być morze.
Ela nie przekonana. Ja oczywiście żartuję. Po prostu korzystam z dobrego oznakowania Gdańska. Tabliczki "Zaspa", "Przymorze", "Brzezie" pokazują jazdę na wprost. To są dzielnice leżące nad morzem. To akurat wiem. Informuję Elę o tym. Teraz pilnujemy drogi razem.
- W prawo - informuje Ela.
- Zgadza się - mówię - już mamy odpowiedni pas.
Po chwili widzimy przed sobą pas zieleni. Za nim, w prześwicie morze i plażę. Sporo ludzi. Jedni na plażę, inni z plaży. Pora obiadowa. Zjeżdżamy na parking i rozglądamy się za kwaterą. Jakieś adresy w wystawach sklepowych. Gdy pytamy okazuje się, że nieaktualne od wczoraj. W niedzielę był najazd gości i wszystko, co było wolne już zajęte. Nadzieja w Ośrodku Wypoczynkowo - Szkoleniowym Policji. Niestety wszystko zajęte. Mimo, że nie jest tanio. Polecają nam ośrodek wojskowy. Niedaleko, z domkami kempingowymi. Gdy już wychodzimy pani z portierni pyta: czy na długo? Gdzieś 10 dni. Poleca nam znajomą, która ma mieszkanie nadające się na kwaterę. Na Orunii. Z dobrym dojazdem do Centrum. Autobus obok domu. Zresztą mamy samochód. Właścicielka mieszkania jedzie z nami. Ładne, czyste mieszkanie. Z ciepłą wodą (kabina prysznicowa). Kuchnia, lodówka, telewizor do naszej dyspozycji. Niedrogo. Blisko sklepy. Bierzemy. Panią odwozimy. Samochód na parking - my na plażę. Ze zjedzeniem smacznego obiadu nie ma problemu. To nie te czasy, gdy trzeba było jechać na wczasy zorganizowane by mieć nocleg i wyżywienie załatwione. Posiłki o wyznaczonej porze. W najlepsze słońce trzeba było zejść z plaży, gdy przyszła pora obiadu. Najciekawsze atrakcje trzeba było ominąć, gdy się chciało zjeść kolację. A i rano na śniadanie tez o wyznaczonej porze. Ani wcześniej wyjechać, czy wyjść, ani dłużej pospać. Na szczęście od pewnego czasu jest inaczej. Jemy kiedy chcemy. Śpimy też. Zwiedzamy to, co nam się podoba. Duża czysta plaża, obok mnóstwo kramów, sklepików. Ścieżka rowerów. Molo. Spędzamy tu czas do wieczora.
Następne dni wypełnione na zmianę Jarmarkiem Dominikańskim i zwiedzaniem Gdańska oraz wypadami do Gdyni, Oliwy, Sopotu. Tysiącletnia historia przytłacza na każdym kroku. Bramą Wyżynną (powstała w latach 1574-1576) wchodzimy na główny trakt handlowy Głównego Miasta, ulicę Długą. Piękne kamienice z domem Uphagena i kamienicą Schumanów robią wrażenie charakterystycznymi fasadami. Piękna gotycka budowla ratuszu (muzeum miasta dziś), fontanna Neptuna z brązu, czy Dwór Artusa. Długi Targ tętni życiem. Rozstawiają swe kramy twórcy pamiątek z bursztynów, malarze, kawiarnie, galerie. W czasie jarmarku tak samo tętnią życiem równoległe i dochodzące uliczki. Wielojęzyczny tłum mija z podziwem Złotą Kamienicę. Największy kościół w Polsce (105 m długości, 41 m szerokości, wysokość 66 m, wieża 78 m) - Katedrę Najświętszej Maryi Panny, jak i inne kościoły zostawiamy na ostatni dzień. Przez Zieloną Bramę wychodzimy na Długie Pobrzeże z zabytkowym żurawiem gdańskim i przycumowanym przy spichlerzach "Sołdkiem", które to obiekty stanowią Centralne Muzeum Morskie. Błądzimy uliczkami Starego miasta słuchając słynnych kurantów (grane przez kilkadziesiąt dzwonków) Kościoła Św. Katarzyny.
Problem cycka wrócił. Rano wyszedłem z łazienki, Ela krzątała się w kuchni.
Co Ci się tak cycek wciągnął? - zapytała.
Pewnie z zimna - odparłem i szybko nałożyłem koszulkę.
Ja wiedziałem, że nie z zimna, a Ela pewnie bardziej by dociekała, gdybym był kobietą. Ponieważ nie jestem dała mi spokój. A z resztą czas wypełniły nam wypady do uroczej Oliwy, pięknie położonej u stóp zalesionych wzgórz. Z perłą w postaci organów Kościoła Cystersów (obecnie bazylika). Z Oliwy tylko krok do Sopotu, słynnego jeszcze przed wojną kurortu. Spacer po molo. Na zmianę. Najpierw Ela z Małgosią, potem ja. Ze względu na Filipa. Psów wprowadzać nie wolno. Ludzie mówią, że to przez Niemców. Dali duże pieniądze na remont i modernizację mola, ale postawili warunki. Jednym z nich jest zakaz wprowadzania psów. Rzeczywiście, molo dziś wygląda inaczej niż ponad 40 lat temu. Wtedy prosto z autobusu popędziliśmy na wyścigi, kto pierwszy do końca molo. Dziś trzeba najpierw stanąć w kolejce do kasy, potem skasować bilet w jednej z kilku bramek.

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Józef Adamczyk (j2003)

Forum

Poczytaj również