Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-04-01 17:00:57

W życiu szczęście trzeba mieć (7)

Weźmiemy panu wszystko

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

zdjęcie: ze zbiorów autora

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

 

26 listopada, rano, pojechaliśmy w dwa samochody (Ja z Jackiem, Ela z Franką) do szpitala na Grenadierów. Z kartką od dr. Gajowniczka zgłosiłem się w rejestracji, gdzie otrzymałem informację, żebym zgłosił się pod gabinet nr 1. Pod jedynką kilka pań i JA. Wypełnianie papierów trwa krótko. Ela pyta dr. Gajowniczka o wynik biopsji. Ten potwierdza: rak, ale proszę się nie martwić. Damy radę. Całkowicie się z nim zgadzam.
Na izbie przyjęć sporo ludzi. Oddajemy papiery i czekamy. Pani Ż. sadza męża koło mnie, sama załatwia swoje zgłoszenie do szpitala.
- Takie już są nasze żony - mówi pan Ż. - nawet w takiej chwili myślą najpierw o nas.
Myśli pewnie, że ja też z żoną.
- Pani Adamczyk - słyszę z okienka.
Podchodzę i mówię:
- Chyba pan Adamczyk.
- A tak - odpowiada pani patrząc w dokumenty.
Prowadzą mnie do pokoju, gdzie mogę się przebrać, wiozą windą na górę. Wchodzimy do pokoju pielęgniarek. Pani z moimi dokumentami mówi:
- Przywiozłam pacjenta onkologicznego.
- A ja dla pacjenta nie mam łóżka - krzyczy Czarna - Mógłby pan doktor wcześniej zadzwonić.
- Pan doktor uzgodnił na dziś moje przyjęcie 7 listopada - mówię.
- Pan usiądzie na korytarzu i poczeka - odzywa się Czarna.
Siadamy: JA, Ela i Franka. Obok nas siada facet w „ciąży” (przepuklina na pół metra). Wysyła syna, żeby powiedział, że on chce na salę dr Kalińskiego i nigdzie indziej. Po kilku minutach przychodzi dr Kaliński i zabiera go do swojej sali. (Każdy lekarz opiekuje się konkretnymi pacjentami w swoich salach). Z góry zbiega pani doktor. Wchodzi do pielęgniarek. Za moment wypada, rozgląda się po korytarzu, energicznym ruchem ręki
w rękawiczce wskazuje na mnie:
- Pan Adamczyk? - pyta.
- Tak, to Ja - odpowiadam.
- Proszę za mną, zbadam Pana.
Wchodzimy do sali dr Kalińskiego. Trzy łóżka zajęte, jedno wolne. Podchodzimy do tego wolnego.
- Pan zdejmie szlafrok, bluzę od piżamy.
Zdejmuję. Doktor po raz kolejny maca mi cycek. Po raz kolejny słyszę pytanie:
- Kiedy pan to zauważył po raz pierwszy?
- W wakacje - mówię - żona zauważyła, że brodawka się wciągnęła.
- Wcześniej nic pan nie czuł, nie widział?
- Nie - odpowiadam.
- E, tam - mówi doktor.
Chcę dodać, że kiedyś tam widziałem różową plamkę na piżamie, ale myślałem, że to krostka. Nie zdążyłem.
- Dobrze - mówi doktor - ma pan jakieś badania?
Podaję EKG, morfologię, OB.
- A prześwietlenie? - pyta doktor.
Mówię, że robiłem wiosną i doktor pierwszego kontaktu powiedziała, że nie trzeba.
- A ja mówię, że trzeba - mówi pani doktor. - Jak się pan czuje?
- Dobrze - odpowiadam.
- Czy w rodzinie ktoś chorował na raka? - pyta doktor.
- Mama - mówię - ale miała 70 lat jak zachorowała i pani dr Witowicz powiedziała, że mnie nie powinno to dotyczyć.
- Ale pana dotyczy. Proszę iść na prześwietlenie. Później pielęgniarka pobierze od pana krew. To będzie pana łóżko.
Po prześwietleniu i pobraniu krwi doktor prosi mnie do pokoju pielęgniarek.
- Jutro będzie operacja - informuje.
- Proszę tu podpisać - podsuwa mi dużą kartkę, wcześniej u dołu składając swój podpis.
Podpisuję się obok i słyszę:
- Podpisał pan, a nie wie co. Weźmiemy panu cały sutek z dołem pachowym i brodawką.
- Wszystko wam podpiszę - mówię. Bierzcie co chcecie byleby tylko pozbyć się tego gada.
Przecież wiem, że rak to nie gad tylko skorupiak pancerzowy.
Doktor łapie papiery i znika na górze, a ja siadam na korytarzu i czekam. Po 12:00 Franka nie wytrzymuje. Idzie do pielęgniarek i pyta:
- Czy pan Adamczyk to dzisiaj dostanie łóżko?
- A jeszcze nie ma? - pyta Czarna.
- No nie, siedzi na korytarzu.
Czarna przeprasza, mówi że myślała, że jak wisi karta to już łóżko jest moje. Zmieniają szybko pościel i mogę wreszcie się położyć. W międzyczasie dają obiad. Nawet smaczny. Dziewczyny mówią, że będą jechać. Umawiamy się, że jak będę wiedział coś więcej o operacji to zadzwonię.
Po obiedzie rozpoznanie sali. Ten w ciąży to Rysio. Z przepukliną do poprawki. Jest jeszcze Artur po operacji jelita grubego, lada moment wyjdzie i Piotr wczoraj operowany na przepuklinę. Leży, stęka, nie da się namówić, że powinien się ruszać bo będą zrosty. Boli go i tyle.
Rysio z Arturem idą na papierosa. Piotr usypia, aż chrapie. Czytam więc książkę, by nie myśleć o operacji, ale za moment przychodzi anestezjolog. Informuje, że będzie mnie prowadzić w czasie operacji. Wypytuje o choroby, o przebyte operacje. Mówię, że dwa lata temu miałem dwie operacje oka lewego (rozwarstwienie siatkówki) w pełnej narkozie. Doktor informuje mnie, że dostanę proszek wieczorem i zastrzyk pół godziny przed operacją. Operowany będę w drugiej kolejności.
Dzwonię do Eli. Mówię o tym, że będę operowany jako drugi. Umawiamy się, że przyjadą około 17:00. Przy operacji przecież ich nie może być, a potem będę w „słabym kontakcie”.
Wieczorem próbuję zasnąć. Już mi się prawie udaje, gdy słyszę jakiś szum na korytarzu. Faceci z pogotowia wożą na wózku kogoś, kto strasznie stęka. Szukają dla niego wolnego łóżka. W salach wszystkie łóżka zajęte. Z korytarza przychodzi Rysio (był na papierosie) i mówi:
- przywieźli jakiegoś „Lucypera”, wyzywa pielęgniarki, przeklina, stęka, jak go dadzą do nas mamy z głowy spanie.
Kładzie się na swoje łóżko, jakby bał się, żeby pielęgniarki nie pomyślały, że jest wolne. Za chwilę przychodzą dwie pielęgniarki z łóżkiem polowym, które rozkładają między łóżkiem Rysia i moim. Rysio pyta:
- Czy musicie tego „Lucypera” dać do nas?
- Tylko u was jest jeszcze miejsce - mówi jedna z nich.
Próbują rozłożyć polówkę. Idzie im to niesprawnie, co chwile któraś „obrywa” sprężynującym podgłówkiem. Widać, że z trudem powstrzymują się od przekleństw.
W końcu łóżko gotowe i wprowadzają pacjenta. Lekarz zleca pobranie krwi i zrobienie badań. Okazuje się, ze facet miał zapalenie woreczka żółciowego, było pogotowie, coś tam mu dali i powiedzieli, że jak nie będzie lepiej to trzeba iść do lekarza. Lepiej nie było więc żona wezwała pogotowie, które przywiozło go do szpitala.
- Kiedy to pogotowie było pierwszy raz? - pyta doktor.
- Dwa tygodnie temu - mówi żona.
- Rany boskie! - to jedyne słowa lekarza.
Prosi o przekazanie wyników badań, gdy tylko będą gotowe. Zaleca jakieś leki
i obserwacje chorego. O spaniu nie ma mowy. „Lucyper” co chwile woła pielęgniarkę. A to siku, a to prosi o basen. Wylewa na siebie wszystko z kaczki. Kobity dwoją się i troją przy nim. Facet je wyzywa. Mówi, że są od tego jak d... od srania, by przy nim robić, bo on jest chory.
Gdybym był kobietą na pewno nie zostałbym pielęgniarką.
Tak mija więcej niż pół nocy. Nie pomaga proszek. Nie idzie usnąć. „Lucyper” stęka, Rysio kurwi na czym świat stoi, pielęgniarki ganiają we wszystkie strony:
- Siostro basen.
- Siostro kaczkę.
- Siostro - idzie.
To wszystko „Lucyper”.
W końcu jest spokój. Można się zdrzemnąć. Rano normalne szpitalne życie. Pomiar temperatury. Podawanie leków. Śniadanie. Nie dla mnie. Musze być na czczo. Po śniadaniu Rysio i Artur idą na papierosa. Piotr usypia. „Lucyper” zmęczony nocą też. Czytam książkę. Przychodzi pielęgniarka, pyta, czy ogoliłem pod pachą - odpowiadam, że tak.
Zagląda doktor Borczewska. Pyta czy się wyspałem?
- W miarę - mówię.
- Będzie trochę opóźnienia, na pół godziny przed dostanie pan zastrzyk. Do zobaczenia na operacji.
- Do zobaczenia - mówię - choć w czasie poprzednich operacji lekarzy nie widziałem.
Za pierwszym razem było kolorowo. Dostałem proszek, po którym znalazłem się
w środku białej kuli. Po chwili biel zamieniła się w zieloną łąkę. Na łące drzewa
z czerwonymi jabłuszkami. Czyżby tak wyglądał raj? Czy to odlot? Jeszcze tylko głos jak zza ściany: - Proszę pana, prosimy na operację - i nic więcej nie pamiętam. Dopiero głos Eli: - Kochanie już po wszystkim, jesteśmy z tobą. Potem spałem do rana.
Druga operacja bez odlotu. Połknąłem proszek i czekam i nic. Przyszły dwie panie, kazały się położyć na łóżko i zawiozły na salę operacyjną. Zobaczyłem ile osób pracuje przy operacji. Pani anestezjolog wsadziła mi rurę w usta, kazała nabrać trzy razy powietrza i juz mnie nie było. Za to wróciłem do siebie znacznie szybciej.
Jak będzie dzisiaj? Czy z odlotem? Rysio żartuje, że za trzecim razem robią na żywca. Zaraz się okaże. Przychodzą dwie panie, zapraszają do podróży w lepszy świat. Pewnie, że lepszy. Wrócę bez tego świntucha, który się zagnieździł w moim cycku. Jedziemy korytarzem. W śluzie oddzielającej korytarz od sali operacyjnej i pokoju lekarzy jedna z pań mówi:
- wyskakuj pan z majtek.
Zdejmuję spodnie od piżamy. Mam na sobie tylko zielone prześcieradło. Wwożą mnie do sali. Zielone kafelki, zielone fartuchy i nakrycia głowy. Zielony - kolor nadziei. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Co tam mam nadzieję. Jestem pewny. Wierzę w to, że wszystko dobrze się skończy.
- Proszę o rękę - mówi jedna z pań.
- Już zajęta, od 34 lat - odpowiadam.
- Proszę do celów operacyjnych, przypnę pana do przyrządów.
Daję prawą rękę, do palca przypinają mi klipsa łączącego z aparaturą kontrolną.
- Muszę pana ukłuć. Założę venflon - mówi pielęgniarka.
Przychodzi anestezjolog.
- Jak się pan wyspał - pyta.
- Tak sobie - odpowiadam.
- Jak to? - pyta pani doktor - po takim proszku jakim pana poczęstowałam?
- Proszek zadziałał - mówię - ale mieliśmy w pokoju na dostawce lokatora, który spania nie ułatwiał.
- Ile podać - pyta pielęgniarka?
- 100 - odpowiada pani doktor.
- Po setce to mi się kręci w głowie - mówię.
- Ile pan waży? - pyta pani doktor.
- 88 kilo.
- Podamy 850 mówi doktor. Najpierw 200.
Wszystko słyszę. Stuk układanych narzędzi, rozmowy. Ani odlotu. Ani ochoty na spanie. Czyżby miało być jak mówił Rysio, na żywca?
doktor rozwiewa moje wątpliwości - Zaraz pana ukrzyżujemy.
- Na gwoździe? - udaję przerażenie.
- Nie, na pasy.
Sprawne ręce pielęgniarek przypinają mnie do stołu. Jeszcze się rozglądam. Próbuję zobaczyć lekarzy. Nic z tego. Anestezjolog podaje mi ustnik przypięty do rury i mówi:
- Proszę nabrać dużo powietrza i liczyć do trzech, potem pan będzie nasz.
- Raz – mówię biorąc głęboki oddech.
- Dwa – powtarzam czynność.
Nie zdążyłem powiedzieć trzy, po prostu po wdechu już mnie nie było.
Jeśli, jak w dowcipie, lekarze zakładają maski przed operacją po to, by pacjent ich nie poznał, to w moim przypadku nie musieli. Nie jestem w stanie powiedzieć kto mnie operował, za każdym razem gdybym miał to powiedzieć na podstawie tego co widziałem
Po chwili (tak mi się wydaje, naprawdę minęły trzy godziny) znowu słyszę głosy, jakiś szum.
- Proszę pana, halo – słyszę jak przez sen.
- Słucham – odpowiadam sennym głosem.
- Jak się pan nazywa?
- Józef Adamczyk.
- Gdzie pan jest?
- Na operacji.
- Już jest po – słyszę – jedziemy na salę pooperacyjną, tam pan sobie pośpi dalej.
Znowu nic nie wiem. Śpię głęboko. Koło 17:00 się budzę. Podświadomość dała znak, że niedługo mogą przyjechać Ela, Małgosia i Franka.
Mija 17:30. Są. Zagląda Ela. Za chwilę Małgosia i Franka. Słyszę ich glosy. Później dowiem się, że tętno skoczyło na 102. Ela pyta dyżurnego lekarza, czy może na chwilę do mnie zajrzeć. Pan doktor mówi, że parametry są na tyle stabilne, że nie widzi przeszkód abym wrócił na swoją salę. Zaraz będzie obchód i decyzja.
- Jak się pan czuje? – pyta lekarz.
- Dobrze – odpowiadam – trochę nogi są ciężkie.
- Po narkozie to normalne, proszę poruszać palcami – poleca.
Ruszam palcami, dłonią w nadgarstku, uginam i prostuję ramię w łokciu.
- Jest dobrze – mówi pan doktor – zaraz pan pojedzie na swoja salę. Rodzina już czeka.
- Wiem, widziałem – odpowiadam – cieszę się z tego, że jest dobrze.
Przychodzą pielęgniarki. Wciągam spodnie od piżamy. Jedziemy na salę. Hop z lóżka na łóżko. Kroplówki na wieszaki przy suficie i możemy rozmawiać.
- Jak się czujesz? – pyta Ela.
- Dobrze – odpowiadam.
- Ty się zawsze dobrze czujesz, a potem takie kwiatki – mówi Małgosia.
- Naprawdę czuję się dobrze. Wprawdzie nogi ciężkie, ale bólu nie czuję. Świadomość, że nie ma tej cholery. Naprawdę jest dobrze.
Fizjologia robi swoje, a ja przypięty do kroplówek, a gdyby nie to i tak nie mógłbym iść do łazienki. Mam leżeć. Mówię więc, uprzedzając rodzinę i współlokatorów, że za chwilę będzie jak w przedwojennym przysłowiu :„Kto piardł ten talara wart, a kto tylko pobździewa niechaj śmierci się spodziewa”. Jestem wart dwa talary.
- Faktycznie czujesz się dobrze – mówi Ela.
Kończy się mecz Groclinu z Manchesterem. 0:0. Remis, który daje awans. Wygraliśmy. Oni i ja. Wisła odpada. Dzwonię do Jacka, że czuję się dobrze. Dziwi się, że mówię takim grubym głosem. Tłumaczę mu, że to była mastektomia, a nie kastracja. Dziewczyny się żegnają. Mają kawał drogi do domu. Jutro będą znów. Przychodzi pielęgniarka z kaczką i każe sikać. Kaczkę biorę, ale sikać mi się nie chce. Za pół godziny przychodzi znów.
- Czy już pan sikał? – pyta.
- Jeszcze nie - odpowiadam.
Straszy, że będzie założony cewnik. Odpowiadam, że nie trzeba. Jak przyjdzie moja pora nie nadążą wylewać. Pora przyszła. Trzy kaczki w godzinę.
Rano przyszła dr Borczewska z pielęgniarką.
- Jak się pan czuje? – pyta.
- Dobrze – odpowiadam.
- Da pan radę iść na zmianę opatrunku, czy robimy na łóżku?
- Spróbuję.
Doktor się odwraca i wychodzi. Zakładam kapcie i idę za nią.
- Proszę pana, gdzie pan tak leci? – pyta pielęgniarka.
- Na zmianę opatrunku - odpowiadam.
- Ale ja mam pana asekurować.
- Nie ma potrzeby - odpowiadam.
W gabinecie doktor mówi do pielęgniarki.
- Siostro będziemy odsysać.
Podważa palcem bandaż od góry i z dołu.
- A może nie - mówi.
- Proszę nożyczki.
Przecina bandaż. Odkłada na lewo, na prawo. Rana sucha. Nic się nie sączy.
- Ale ładnie - mówi doktor - proszę neomycynę.
Kilka psiknięć na ranę. Zdjęcie redonu (taka butelka, do której spływa drenem krew
z rany i chłonka)), założenie plastykowego pojemnika (znacznie lżejszy). Nowy bandaż. Dociśnięcie ligniną. Sprawdzenie drenu i gotowe.
- Można chodzić? - pytam.
- Można - odpowiada pani doktor.
Gdybym był kobietą leżałbym piętro wyżej i pewnie przyszłaby rehabilitantka na usprawnienie ręki. Gdybym się upomniał też pewnie by przyszła, ale co im będę głowę zawracał. Znam się trochę na tym sam to zrobię. Ruchy palcami, dłonią w nadgarstku, zginanie i prostowanie w łokciu, na ile opatrunek pozwala ruchy całym ramieniem. Na wzmocnienie całego gorsetu mięśniowego przyjdzie pora.
Do obiadu trochę czytam, trochę emocjonujemy się skokami (będą, czy nie), Rysio wojuje z lekarzami, czy będzie operacja, czy nie. Przychodzą na konsultację internista
i kardiolog. W końcu anestezjolog. Będzie operacja. Dr Kaliński przychodzi
z dokumentami, Rysio podpisuje. Operacja w poniedziałek.
- Ale tego małego mi nie utniecie? - pyta żartobliwie Rysio.
- Utniemy - mówi pan doktor - właśnie pan podpisał zgodę.
Śmiejemy się. Rysio mówi:
- A niech tam. Swoje już zrobił. Za to z tą ciążą ciężko żyć.
Po obiedzie Piotr i Artur idą do domu. Mamy nowego partnera w sali. Jest na obserwacji jeden dzień. Jutro wychodzi.
Na drugie łóżko kładą faceta, którego pobili w jego własnym mieszkaniu. Pokazuje całą teczkę dokumentów - wyroki, obdukcje, protokoły. Z policji, dotyczące jego walki
o mieszkanie. A chciał podobno iść młodym ludziom na rękę. Teraz chcą go wyrzucić
z własnego mieszkania.
Coś mokrego poczułem pod pachą i zobaczyłem krew na poduszce. Nie ciągnie dren. Czyżby wypadł? Pielęgniarka mówi, że to niemożliwe, jest głęboko i przyszyty. A to, że cieknie to się podobno zdarza.
Przyjechały dziewczyny. Mówię, że jestem po zmianie opatrunku. Że rana suchutka, że pani doktor zadowolona. Ela chce rozmawiać z dr Borczewską. Jest na operacji. Na ostry dyżur przywiozło kogoś pogotowie. Rodzina nie poinformowała o wszystkich dolegliwościach z układem krążenia. Facet nie daje się wybudzić. Lekarze w nerwach. Ela odpuszcza rozmowę o mnie. Odkłada na spokojniejszy czas.
Wieczorem obchód. Przyszedł lekarz, którego widzę pierwszy raz. Z nim dwoje młodych, pewnie stażyści. Zagląda w karty, głośno komentuje, młodzi piszą. Podchodzi do mnie i na cały głos:
- A to ewenement. Mężczyzna z rakiem sutka. Olbrzymi guz. Nie czuł pod ręka jak się mył? Czuł tylko się bał - sam sobie odpowiada.
- A teraz się nie boi?
Jestem wściekły na niego. Pewnie, że się bałem. Teraz już wiem dlaczego nie każdy dobry chirurg może być onkologiem. Brakuje im tego „coś”, wyczucia, delikatności.
Dr Borczewska i dr Gajowniczek myśleli właśnie tak samo. Dlaczego tak późno? Ale jednocześnie rozumieli. Lepiej późno niż wcale.
Skoro już jest i na mnie nakrzyczał niech choć będzie z niego jakiś pożytek.
- Coś mi cieknie obok drenu zamiast do butelki panie doktorze.
Każe podnieść piżamę, ogląda butelkę i mówi:
- Jak ma ciągnąć jak jest zatkane?
Zagina rurkę, wyciąga butelkę, usuwa skrzep, ściska butelkę, wkłada rurkę i mówi:
- Pan zobaczy jak teraz ciągnie!
Za to mu dziękuję.
Noc spokojna. Rano przyszły panie wyklepać spirytusem plecy. Rysio pyta czy swoich też tak mocno walą?
- Swojego mocniej, bo wiem za co - mówi jedna z nich.
Temperatura w normie. Obchód. Zmiana opatrunku. Już bez bandaża. Tylko gazik na plastry. Doktor mówi, że w niedziele po obchodzie, jeśli nic nie będzie się działo
z opatrunkiem do domu.
Dzwonię do Eli z tą informacją. Jest przerażona. Przecież dopiero co była operacja. Czy nie za wcześnie? Tłumaczę, że nic mi już nie robią. Kroplówek nie trzeba. W domu lepiej!
Po południu pełno gości. Cieszą się, że się dobrze czuję i że jutro wychodzę ze szpitala. Mnóstwo słodyczy i owoców. Będzie komu zostawić. Rysio ma przed sobą całą niedzielę i parę dni po operacji. Do pobitego nikt nie przychodzi, a apetyt ma niezły.
Niedziela. Natrysk. Trzeba uważać na dren. Każdy ruch nie taki jak trzeba ostro szarpie. Ból jak cholera. Odświeżony, ogolony idę na mszę. Czekam na obchód i na Elę. Ela ze Staśkiem (zastąpił Frankę za kierownicą) są pierwsi. Czekamy na lekarza. Przychodzi kolo południa.
- Opatrunek w porządku. Nie będę panu zmieniał. Siostro proszę poinformować pacjenta o obsłudze drenu - mówi pan doktor.
Przekazuje informacje od dr Borczewskiej, że gdyby coś się działo to w poniedziałek mam się zgłosić na oddział, jeśli zaś wszystko będzie w porządku, to na wtorek po wypis i na zmianę opatrunku do poradni.
Droga do domu. W niedzielę ruch nieduży. Szybko wyjeżdżamy z Warszawy. Mkniemy Katowicką. Żyrardów. Szary, smutny dzień. To przecież koniec listopada. Pies, który zawsze na mnie skakał, gdy tylko przekraczałem próg domu, siedzi w połowie przedpokoju, macha ogonem i wyciąga łeb, żeby go pogłaskać. W pokoju tak samo. Metr ode mnie macha ogonem i czeka, żebym go pogłaskał. Robię to. Pies szczęśliwy, ale dalej siedzi z dala. Pytam:
- Coście z nim zrobiły!
- Tłumaczyłyśmy mu, że jak pan wróci ze szpitala nie będzie można na niego skakać bo się zrobi panu krzywdę - mówi Małgorzata.
Efekt niesamowity. Wiedziałem, że pies jest mądry, ale aż tak?
Obiad w domu. Zwykła wodzianka smakowałaby nadzwyczajnie, a jest pyszny rosół, kurczak, dużo surówek. Co chwilę ktoś dzwoni do drzwi. Rodzina dziwi się, że jestem już w domu. Pytają czemu nie leżę. A czemu mam leżeć? Na siedząco wygodniej. Jak ręka? Nie boli? Nie puchnie? - niemal jednocześni pytają siostry.
Pytanie zasadne bo mamy w rodzinie młodą dziewczynę po usunięciu raka sutka, u której występuje obrzęk chłonny kończyny górnej i zaburzenie czynności. Właśnie to mając na uwadze staram się ćwiczyć czynnie rękę i staw łokciowy oraz izometrycznie odwodziciele w stawie ramiennym. Jak mi wyjmą dren rozpocznę ćwiczenia czynne zwłaszcza w płaszczyźnie czołowej. Oczywiście nie ma mowy o noszeniu na lewej ręce zegarka, mierzeniu ciśnienia, czy dźwiganiu czegokolwiek.
Żeby nie było obrzęku, który występuje w 2 na 5 przypadkach po usunięciu węzłów chłonnych, robię delikatny masaż ręki. Od palców w stronę łokcia i barku. Za pomocą ręcznika. Zresztą przy moim szczęściu może będę w tej trójce pozostałej.
- Czemu przy nowotworach usuwa się węzły chłonne? – pyta szwagier.
Czuje się jak na egzaminie z anatomii u doc. Borowca (kier. Zakładu Anatomii Warszawskiej AWF). Tłumacze rolę chłonki w procesach odpornościowych. W tym żółtym płynie, różniącym się od krwi brakiem czerwonych krwinek i większą ilością limfocytów, zanurzone są wszystkie komórki naszego organizmu. Zapewnia łączność między komórkami wypełniając przestrzenie między nimi. Trafia do naczyń włosowatych, które przekształcają się w pnie limfatyczne, potem w przewody o coraz większej średnicy. Wreszcie łączą się w okolicy szyi z żyłą główną, niosącą krew do serca. Zanim to jednak nastąpi chłonka trafia do węzłów chłonnych, które usuwają i niszczą bakterie chorobotwórcze (i ich toksyny) zanim dostaną się do krwi. Wytwarzają też przeciwciała, które niszczą ciała obce.
Zmiany w węzłach chłonnych (powiększenie, stwardnienie, bolesność przy ucisku) sygnalizują wiele chorób. Od próchnicy zębów po przerzuty nowotworowe, nie mówiąc
o chorobach samego układu limfatycznego (ziarnica złośliwa, chłoniak). Przy czym powiększenie węzła może świadczyć o przerzutach z odległych narządów, ponieważ każdy narząd jest „przypisany” konkretnej lokalizacji węzłów chłonnych. Ponieważ węzły chłonne znajdujące się pod pachą mają połączenie z naczyniami klatki piersiowej i sutka i tą drogą mogłyby się rozprzestrzeniać komórki nowotworowe, wycina się węzły pachowe. Chodzi o likwidację „chorej drogi”.
Dla szwagra wystarczy. Na egzaminie nawet na trzy z dwoma byłoby mało. Musiałem dodać rolę śledziony (tworzy limfocyty i krew) i migdałków. Musiałem ponazywać (również po łacinie) pnie, przewody, czy węzły.
Ktoś pyta, czy nie za wcześnie wyszedłem ze szpitala? Odpowiadam, że nie kowal o tym decydował, a lekarz. Poza tym żadnych zabiegów, nie licząc pomiaru temperatury
i smarowania pleców spirytusem, już nie robiono, leków nie podawano, a leżeć w domu jest przyjemniej. Zresztą taka jest teraz tendencja. Jak najkrótszy pobyt w szpitalu. Moim zdaniem słusznie. Wszyscy się cieszą. Ja też, ale uspokajam, że na pełna radość przyjdzie pora po otrzymaniu wyników badania histopatologicznego.
Jeśli będę miał szczęście może będzie to rak przedinwazyjny nienaciekający. Stanowią 15% wszystkich nowotworów. Żeby znaleźć się w tej grupie trzeba sporo szczęścia. W życiu szczęście trzeba mieć. Do tej pory miałem. Wierzę, że tym razem też tak będzie.
A jeśli nie? Jeśli będzie któryś z nowotworów inwazyjnych, które naciekają podścieliska oraz dają przerzuty naczyniami chłonnymi i krwionośnymi? Wśród nich takie paskudy jak: przewodowy naciekający, zrazikowy naciekający, galaretowaty, rdzeniasty, brodawkowaty, cewkowaty, gruczołowo – torbielowaty, apokrynalny, z metaplazją i jeszcze parę. Wtedy chemia. Co ja gadam? W życiu szczęście trzeba mieć. Dlaczego miałbym nie mieć?
Jedziemy do Warszawy. Pierwsza wizyta po opuszczeniu szpitala. W poradni sporo ludzi. Same kobiety. Franka wchodzi z jakąś pacjentką do doktor Borczewskiej i mówi, że jest z panem Adamczykiem.
- A co się dzieje? – pyta pani doktor przerażona.
- Nic się nie dzieje – mówi Franka – przyjechaliśmy po wypis i na zmianę opatrunku.
- Wypis w sekretariacie na chirurgii, a opatrunek pod 1, niech pan Adamczyk weźmie kartę – mówi pani doktor.
Ela z Franką idą po wypis, ja do rejestracji po kartę choroby. Moja karta wędruje do jedynki. Siadam i czekam. Za chwilę proszą mnie do gabinetu. Przychodzi pani doktor, ogląda ranę. Wszystko w porządku.
- Ranę przykryjemy gazikiem na plastry, dren zostawiamy do piątku. Ćwiczy pan rękę? – pyta doktor.
- Trochę – odpowiadam.
- Ćwiczyć ostro, bo będą przykurcze. Pan klaśnie nad głową.
Klaszczę chociaż trochę boli.
- Bardzo dobrze – mówi doktor i idzie do następnych pacjentów (pacjentek), których pełna poczekalnia.
W poczekalni spotykam Artura. Jest szczęśliwy, bo odebrał wynik badania histopatologicznego i nie ma raka. Cieszymy się i idziemy na oddział do Rysia. Rysio po operacji zbolały. Życzymy mu zdrowia, obiecuję, że odwiedzę go w piątek.
Ela z Małgosią pracują, ja sam w domu. Telewizor brzęczy od rana do wieczora. Bardzo dużo audycji o chorobach nowotworowych. Przyczyny. Wczesne wykrycie – ważne. Szanse na wyleczenie. Rak to nie wyrok – pewnie, że nie. Reportaż z Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Kobiecina płacze. W marcu zdiagnozowano u niej raka piersi. Jest grudzień, a ona nie zna terminu operacji. Może w marcu przyszłego roku obiecują jej lekarze. Rak wcześnie wykryty gwarantuje 100% wyleczenia. I co? Rak wykryty, zalecana operacja, brak terminu.
Wróciła Ela i Małgosia. Mówię o reportażu. Gdybym chciał być operowany koniecznie w Centrum może też bym czekał na termin! Na szczęście są takie szpitale jak Grochowski. Na szczęście są dobrzy chirurdzy – onkolodzy jak dr Borczewska
i dr Gajowniczek. Może to jest rozwiązanie? Przecież w każdym szpitalu jest sala operacyjna. Fakt, nie każdy chirurg jest onkologiem, ale ilu ludzi można uratować, gdyby było ich więcej?
Dziewczyny w pracy ja znowu przed telewizorem. W programie „Na zdrowie” znów
o raku. Ktoś głosi tezę, że przyczyną raka piersi może być nadmiar β-karotenu. Czyżby? Jeśli tak to sobie pomogłem. Zjadłem dużo capivitu, klarinu i innych preparatów zawierających β-karoten. Ze względu na moją zoperowaną siatkówkę. W gazecie czytam, że angielscy naukowcy podejrzewają, że jedną z przyczyn raka piersi mogą być dezodoranty. Jeśli to są ci sami naukowcy od aspiryny to im nie wierzę. I słusznie. Nasze autorytety z dziedziny onkologii prof. Jan Steffen, prof. Wronkowski kategorycznie odrzucają te poglądy. Według nich podstawowe przyczyny raka to: papierosy, stres i uwarunkowania genetyczne oraz dieta. Cały dzień przed telewizorem. Ostatni dzień z drenem i właśnie dziś się zatkał. Poczułem nagle pod pachą wilgoć. Macam – chłonka. Zaglądam do drenu – zatkany. Jakieś farfocle zatkały całą rurkę. Zaginam rurkę, wyciągam butelkę, coś się ciągnie. To chyba nici chirurgiczne. Wyciągam to świństwo z rurki i z butelki, przepłukuje butelkę, wciskam
w rurkę, ciągnie jak trzeba. Latam pilotem z kanału na kanał: „Informacje”, „Fakty”, „Wiadomości”. Wiadomością dnia jest informacja o katastrofie śmigłowca z premierem. Śmigłowiec rozbity mimo to wszyscy żyją. Na szczęście. W życiu szczęście trzeba mieć.


Na Leszka patrzę z podwójnej perspektywy. Premier slaby, kolega dobry. Premier slaby bo nie zrealizował wielu zapowiedzi, z którymi wiązałem nadzieję. Głównie związanych z oświatą i sportem. Nietrafione decyzje personalne. Zastanawiam się: chciał, czy musiał? Trzymanie się jak gówno kapcia osób, które poprzez udział w aferach skompromitowały partię, rząd, jego. Znając Leszka z dawnych lat mam obawy, czy nie firmuje cudzych działań? Czy nie trzyma kierownicy, którą ktoś kieruje z tylnego siedzenia? Dzielę się tą obiekcją ze znajomymi.
- Nie bądź głupi – słyszę – Duży cwaniak ,wie co robi!
Pewnie tak. Pewnie wpływ na to, że chciałbym go lepiej oceniać ma to, że naprawdę był dobrym kolegą. I to wtedy, kiedy razem byliśmy na kolonii w Pasymiu (1959r.), czy w czasie wspólnych lekcji wychowania fizycznego, jak i później kiedy ja działałem dalej w harcerstwie, a Leszek w ZMS-ie. Przez moment (krótki) byliśmy w tej samej drużynie harcerskiej – 4 MDH im. Jarosława Dąbrowskiego. Potem nasze drogi się rozeszły. Ja zgodnie z dewizą: „jak harcerzem to na zawsze”, on poprzez ZMS zrobił karierę polityczną. Mimo to nie zapomniał. Kiedy w czasie obchodów 1 Maja w Żyrardowie, po obchodzie, szliśmy z Elą w mundurach do domu on szedł z całą świtą partyjną (był wtedy sekretarzem KW PZPR Skierniewicach). Zaskoczenie duże, kiedy odszedł od towarzyszy i podszedł do nas całkiem prywatnie. Rozmowa trwała kilka minut. Co robię? Co słychać? Itd. Zdziwiony trochę byłem, bo na co dzień nie kontaktowaliśmy się.
Drugie takie spotkanie w roku 1995. Jubileusz 50-lecia ZSZ w Żyrardowie. Obaj jesteśmy absolwentami. Ponadto ja zaproszony jako Prezes Oddziału ZNP, Leszek jako Minister Pracy i Płacy. Czekamy na Jego przybycie. Rozmawiam z kolegą ze szkolnych lat. Idą. W drzwiach mnie dostrzega, przeprasza całą świtę, podchodzi do mnie, witamy się. Krotka rozmowa. Głównie pyta mnie, czy widuję Marka? Czy wiem co u niego słychać? Z Markiem przesiedziałem całą podstawówkę, Leszek zaprzyjaźnił się z nim w ŻZPln. Zgodnie z prawda informuję go, że czasami, bardzo rzadko, widuję go na osiedlu , mówimy sobie cześć i to wszystko.
Nurtuje mnie to: chciał, czy musiał? Wiem coś o metodach działania towarzyszy. Sam zresztą nim byłem. W 1979r. w sali gimnastycznej spróchniałe okno spadło dzieciakowi na głowę. Krew, pogotowie, komisja. Okna do wymiany natychmiastowej. 100 000 przeznaczone na ten cel. Czas mija, nic się nie dzieje. Pytam dyrektora: co z remontem? Czy czekamy aż znowu komuś głowę rozwali?
- Są kłopoty, gdzieś podziały się pieniądze – słyszę.
- Jak to gdzieś podziały się pieniądze? Te pieniądze były na okna i tak ma być – mówię.- Będzie otwarte zebranie partyjne to trzeba spytać.
- No wiesz, mnie nie wypada – mówi dyrektor.
- To ja spytam – odpowiadam.
Na zebraniu Inspektor, Dyrektor MZEAS-u, NKŚ (Nauczycielski Komitet Środowiskowy PZPR). Informacja o ogólnej sytuacji w oświacie(trudna). Dyskusja – nikła. Pytania są? Są.
- Kiedy będzie remont okien w naszej sali gimnastycznej? Podobno są kłopoty. Brak pieniędzy.
Odpowiada Dyrektor MZEASu. Z odpowiedzi niewiele wynika. Ponawiam pytanie
o pieniądze. Są, czy nie ma?
- Są.
- No to przekażcie. Dyrektor wykonawcę znajdzie.
Po zebraniu jeden z członków NKŚ-u, zresztą kolega, powiedział:
- Nie podskakuj, bo Cię usadzimy.
- Może zwolnicie mnie z pracy? – spytałem.
- Są inne sposoby.
Co to za sposób przekonałem się rok później. Oczywiście pieniądze się znalazły. Okna wymieniono.
W czasie wakacji 1980r. zadzwonił do mnie Dyrektor Skierniewickiej „piątki”. Od września mają status szkoły sportowej. Przysługuje im stanowisko V-ce Dyrektora d/s sportu i właśnie mi je proponuje. Umawiamy się na rozmowę po wcześniejszych formalnościach w Wydziale Oświaty. Jadźka się nie zgadza. Jest po ruchu służbowym. Gdzie ona teraz znajdzie nauczyciela itp. Informuję o wszystkim Dyrektora „piątki”. Ten podejmuje działania w Kuratorium. Telefon od Kuratora:
- Czemu Pani Inspektor blokuje awans nauczycielowi?
- Czy planuje Pani podobne stanowisko?
- Nie planuję – odpowiada Inspektor.
- W przypadku awansu, ruch służbowy ma mniejsze znaczenie – informuje Kurator.
Jest zgoda. Idę po teczkę z dokumentacją przebiegu pracy zawodowej. Teczki nie dostanę. Musi po nią przyjechać nowy pracodawca. Informuję o wszystkim „piątkę”.
Jutro przyjedzie V-ce Dyrektor. Mam ją odebrać ze stacji i pokazać, gdzie jest Wydział Oświaty. Przyjechała Irena. Przeszliśmy szybko na Ty, wiedząc że będziemy razem ciągnąć ten wózek. Irena odbiera moją teczkę. Ja jeszcze chwilę zostaję z Panią Inspektor. Coś podpisuję.
- Skąd to się wzięło, że oni Pana tam chcą? Jak zauważyli?
- Widocznie z daleka lepiej widać – odpowiadam.
Irena chce zrobić zakupy na targu, moja teczka wyraźnie jej przeszkadza. Prosi mnie bym wziął ją do domu i przywiózł jutro jak będę jechał na rozmowę. Nie widzę problemu.
Nie widziałem też powodu, by nie skorzystać z okazji i nie zajrzeć do arkusza obserwacji pracy nauczyciela. Taka ciekawostka. Dwie grupy społeczne miały takie arkusze: pensjonariusze zakładów psychiatrycznych i właśnie nauczyciele. Opinie dobre. Zaangażowanie w pracę. Lubiany przez młodzież. Sukcesy artystyczne i sportowe z podopiecznymi. Prowadzenie obozów harcerskich. Postawa moralna właściwa. Czego chcieć więcej?
Więcej jest coś w złożonym w harmonijkę dokumencie: informacje z przeglądu kadr oświatowych. Opinie takie same jak w arkuszu obserwacyjnym. Dobre. Ale w rubryce: przydatność na stanowisku kierowniczym (czy cos w tym rodzaju) czytam:
- „Nieprzewidywany w rezerwie kadrowej”.
W podpisie towarzysze. Są inne sposoby – przypomniałem sobie. Nie przewidzieli tylko, że są inne miasta, w których tez potrzebne są „kadry”. A oni tam nie sięgają.


Kolejna zmiana opatrunku. Dren wyjęty. Doktor decyduje o pozostawieniu rany bez osłonki. Wypisuje zwolnienie i prosi, abym po pieczątkę poszedł do sekretariatu na oddział. W sekretariacie siedzi Czarna. Daję zwolnienie i proszę o pieczątkę.
- A pan u nas leżał? – pyta Czarna?
- Leżałem, na 18.
- A, pan z tym – pokazuje na lewą pierś.
- Już bez tego – odpowiadam.
Czarna przeprasza, mówię, że nie szkodzi. Najważniejsze, że go już nie mam.
Idę do Rysia. Na wszystkich łóżkach obce twarze. Pytam o pacjenta spod okna. Wczoraj wyszedł do domu. Pytam czy wszystko było w porządku? Tak. O lasce, ale sam poszedł. Cały czas chodził o lasce. Jak go puścili do domu to musi być w porządku. I bardzo dobrze.
Dalsze leczenie polega na ściąganiu chłonki. Dwa razy w tygodniu. Po dwóch tygodniach jedziemy na zdjęcie szwów. Już od progu pani doktor woła:
- Wygrał pan szczęśliwy los na loterii – i czyta – guz 25 mm, tkanka tłuszczowa bez nacieków, w węzłach chłonnych komórek rakowych nie stwierdzono. Ma pan szczęście!
Pewnie, że mam.
- Teraz do Centrum na Ursynowie. Tam zdecydują, czy będzie potrzebna radioterapia – mówi doktor.
Na korytarzu Ela i Franka pytają, czy są wyniki. Są. Idziemy długim korytarzem
w stronę szatni.
- I co? – pyta Ela.
- Guz 25 mm, tkanka tłuszczowa bez nacieków, w węzłach chłonnych komórek rakowych nie stwierdzono – mówię.
- Czy pani doktor widziała?
- Widziała.
- I co powiedziała?
- I powiedziała, że jest dobrze! – słychać z tyłu.
To pani doktor, która szła za nami tym samym korytarzem. Dziewczyny się śmieją. Dziękują pani doktor. Idziemy na kawę. Z tego samego automatu co zwykle, ale dziś smakuje szczególnie. Gdy wyjeżdżamy z Warszawy zza chmur wychodzi słońce. Uśmiecham się. Skończyły się szare, smutne dni. Zawsze mówiłem Eli, że znów dla nas zaświeci słońce.
W czasie jednej z wizyt, oczekując na ściągnięcie chłonki, chodziłem po korytarzu, Ela siedziała przed gabinetem, Franka drzemała przy kaloryferze. Pan Ż. zagadnął do mojej żony i do Franki:
- Czy panie dotyczy ten sam problem, co spotkał moją żonę?
- My, do towarzystwa – mówi Ela.
- Mnie ten problem dotyczy – odzywam się.
Patrzy z niedowierzaniem i pyta:
- Ale cycka panu nie urżnęli?
- Urżnęli.
Przez chwilę trwa cisza, po której pan Ż. stwierdza, że nie może się z tym pogodzić. Ela mówi, że trudno, że zdrowie ważniejsze, że lepiej mieć mniej piersi (pani Ż. miała operację oszczędzającą), ale zdrowym być. Pan Ż. w końcu się zgadza. Opowiada, że z żoną tyle lat, że zwiedzili pół Europy. Szczegółowo mówi o wycieczce do Rzymu. Widać i słychać w jego głosie, że pani Ż. miała szczęście w chorobie. Ma wsparcie w mężu. Nie zostawił jej sam na sam z cierpieniem.
Ja też mam szczęście. Mam kochająca żonę i rodzinę. Są ze mną w chorobie, tak jak byli, gdy byłem zdrowy. Żona czasem nadopiekuńcza. Bardziej strachliwa. To ja ją musze przekonywać, że rak to nie wyrok. Że wygram walkę, bo nie poddałem się. Bo nie przestraszyłem się operacji. Bo zaufałem lekarzom. Czemu miałbym im nie ufać?
Dostaję zaproszenie na Wigilię do szkoły. To taka wieloletnia tradycja. Spotykają się nauczyciele, rodzice, uczniowie, pracownicy szkoły, zaproszeni goście. W tym roku szczególnie uroczysta, bo połączona z podziękowaniami dla wszystkich, którzy wsparli budowę gimnazjum. Moja dziesiąta Wigilia w Międzyborowie. W 1995r. przyszedłem tu do pracy. 10 Wigilii, każda inna. Jeden element jest wspólny. Kolęda: „Podnieś rękę Boże Dziecię”, czytanie Ewangelii wg św. Łukasza i życzenia, łamanie opłatkiem. Wszyscy ze wszystkimi.
Jedną zapamiętałem szczególnie. Koleżanki wymyśliły scenariusz , w którym jest mama i tata i dzieci. Siedzą przy stole i rozmawiają o cudzie Narodzenia Pana. Ja mam być ojcem. Na stołach wigilijne potrawy: pierogi, barszcz, ciasta. Ugotowane i upieczone przez rodziców i nauczycieli. Na Sali ważni goście. Dziś szczególnie ważni i wyjątkowo ich dużo. Wśród nich biskup Józef Zawitkowski i wiceminister oświaty Hanna Kuzińska, przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki i Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, są starostowie, grodziski i żyrardowski, prezydenci miast i wójtowie okolicznych gmin, przedstawiciele Kuratorium Oświaty i bardzo wielu instytucji zaprzyjaźnionych z naszą szkołą i zasłużonych dla niej. Głównie w związku z budową gimnazjum. Widzę szary mundur i skautowski kapelusz Danusi Rosner. Też prawie prosto ze szpitala.
Najpierw występy dzieciaków. Ładny układ taneczny do muzyki „Dziadka do orzechów” P. Czajkowskiego. Oczywiście kolędy. Tym razem scenariusz osnuty na rozmowie „babci”, w którą wcieliła się emerytowana nauczycielka w f naszej szkoły Barbara Siemianowska, z wnuczkami na temat tradycji świątecznych, dawnych dni w Międzyborowie. Dużo ciepła w słowach „babci” i dzieci. Nie zabrakło też rodziców i nauczycieli. Wszyscy podkreślają wartość tych świąt w życiu Rodziny. I każdego z nas. Jest też święty Mikołaj. Ciągnie duże sanie. Jego asystenci (też przebrani) niosą prezenty. Wśród obdarowanych zaprzyjaźniony Dom Dziecka (prezenty zbieraliśmy wcześniej) i wszyscy, którzy bardzo pomogli przy budowie Gimnazjum. Rozpoznajemy Mikołaja. To Maciej Śliwerski, wójt Gminy Jaktorów, przewodniczący Społecznego Komitetu Budowy Gimnazjum.
„Pójdźmy wszyscy do stajenki”. Ewangelia w/g św. Łukasza. Ciepłym głosem zwraca się do wszystkich ksiądz biskup. Nie na darmo zwany jednym z najlepszych mówców wśród księży. Jego kazania to poezja. Zresztą publikuje pod pseudonimem X. Tymoteusz. Dziś też mówi pięknie. Tak pięknie, że nie mogę nie przytoczyć: „To wielkie przeżycie być na Wigilii, dzieciaki pięknie przybliżyły nam to wydarzenie. Dziękuję ci, za przeczytanie dokumentu, że działo to się wszystko za Cezara Augusta. Zaczęła się wtedy nowa era, a nic się nie stało. Nic. Wszyscy sobie spokojnie spali, nikt nie wiedział, co dzieje się tej nocy. A przecież tyle się stało.
Nie mogę do końca pojąć w żadnym kazaniu tej Tajemnicy, że Bóg, którego nie można ogarnąć rozumem, stał się tej nocy człowiekiem, a żeby było jeszcze trudniej zrozumieć, wziął ciało z Matki Dziewicy. I dlatego te święta są dla mnie wielką Tajemnicą.
Dlatego też wszystko związane z Bożym Narodzeniem staramy się ubrać w przeżycia, które są bliskie człowiekowi. W naszej kulturze i literaturze Boże Narodzenie jest bogato wystawione. Szopka, pastorałki, kolędnicy, choinka, św. Mikołaj, dania wigilijne, kolędy to takie wszystko ciepłe, serdeczne.
W taką noc chciałoby się wszystko powiedzieć. Ksiądz, to jest takie stworzenie, które nie ma swojego domu i idzie tam, gdzie go zaproszą. Chcę byście odczuli jak bardzo się cieszę i wam dziękuję, że tu jestem. Mama nauczyła mnie, że chleba nie je się samemu. Chlebem trzeba się dzielić. Pierwsze Msze św. Nazywano „Łamaniem Chleba”. A wiecie co to znaczy dzielić się chlebem? Nawet gdybym miał ostatni kawałek chleba, to się z tobą podzielę. A wiesz co to znaczy? Że cię bardzo kocham. I przy opłatku nie trzeba mówić już nic. Chciałbym teraz każdego z was do serca przytulić. Weźcie ten chleb i podzielcie się miłością”.
Więc się dzielimy. Wszyscy ze wszystkimi. Pierwsza jest Danusia Rosner. Mówi, że uciekła ze szpitala, bo nie mogła nie przyjechać do nas. Ja mówię, że też uciekłem… spod łopaty. Że rzadko się zdarza u mężczyzn, ale się zdarza rak sutka. Mnie się zdarzyło. Ale już jestem po operacji.
- Chłopie, daj pyska – mówi Danusia – Tyś się przecież drugi raz narodził!
Później Józio z Józiem, czyli z Biskupem. Koleżanki i koledzy z pracy. Cieszą się, że jestem. Ja też się cieszę. Jest mnie mniej, ale jestem. Rodzice moich siatkarzy. Cieszą się, że mnie widzą, życzą zdrowia, pytają kiedy wracam. Chłopcy już nie mogą się doczekać. Mówię, że wrócę jak tylko lekarze pozwolą. Ani chwili krócej, ani chwili dłużej. Pośpiech wskazany przy łapaniu pcheł i przy jedzeniu ze wspólnej miski. Nie w leczeniu raka. Kiedy usłyszę: „jest pan zdrowy”, natychmiast wracam do pracy. Jest co robić. Ale muszę mieć zdrowie i siły. Miłe spotkanie z Heniem ze Skierniewic. To u niego byłem zastępcą do spraw sportu w szkole sportowej. Jego synowa u nas pracuje. Jeszcze pani minister powie: „Panie Wójcie, Drodzy Państwo, ta Wigilia zawsze zostanie w mojej pamięci”. Jeszcze Danusia z córką zaśpiewała piękną kolędę i kolejna Wigilia w szkole w Międzyborowie przejdzie do historii. Jeszcze jedna z moim udziałem. Dziesiąta. Oby było ich jeszcze wiele.
Dzwonię do Franki, żeby po mnie przyjechała. Jeszcze nie prowadzę sam samochodu.
Czekając na Frankę rozmawiam z Heniem. Pyta jak to się stało, że wylądowałem
w Międzyborowie. Wie, że po Kuratorium wróciłem do czwórki. Opowiadam o tym, jak na początku 1995r. przyjechałem z ankietami do pracy magisterskiej Małgosi. Kierowałem żyrardowskim SZS, miałem kontakt z okolicznymi gminami i z województwem. I z ludźmi, którzy pracowali w różnych szkołach. Dużych i małych. Miejskich i wiejskich. Przekrój w sam raz do zbadania opinii na temat: „Dylematów etycznych współczesnego nauczyciela”. Za pomocą ankiet. No więc przywiozłem ankiety. Przy okazji dostałem propozycję przeprowadzenia obozu sportowego w czasie ferii z miejscowymi uczniami, na miejscu, w sali gimnastycznej. Głównie koszykówka. Przygotowania reprezentacji do zawodów szkolnych organizowanych przez SZS Żyrardów. Ponieważ nie planujemy wyjazdu zgadzam się. Cieszę się, że mogę na coś się przydać. Forsa też. W czasie obozu dostaję propozycję poprowadzenia 14 godzin wf-u. Kolega ma kłopoty ze zdrowiem. Długie zwolnienie. Dobry moment, bo mam „goły” etat w czwórce. Plan tak ułożony, że idzie zmieścić te 14 godzin. Dzieciaki chętne. Moje pomysły na w f i sport przypadają do gustu. W połowie maja pani dyrektor prosi na rozmowę.
- Czy nie zna pan nauczyciela, który chciałby przyjść na etat w fu do naszej szkoły?
- A co z panią Anią i Markiem? – pytam.
- Jest praca dla nich i dla trzeciego wuefisty – mówi pani dyrektor.
- W takim razie, znam – mówię.
- Mógłby pan go przysłać na rozmowę?
- Już siedzi przed panią – oświadczam.
Pani dyrektor lekko zszokowana.
- Chciałby pan u nas pracować? – pyta.
- Tak.
- Czemu pan chce odejść z „czwórki”?
- Mam pełno „ptaszków w głowie” (czytaj pomysłów), chciałbym je zrealizować, a tam się nie da.
Napisałem podanie, pani dyrektor urzędowe pismo o przeniesieniu mnie do Szkoły Podstawowej w Międzyborowie i jestem prawie 9 lat.
- Puścili Cię bez niczego? – pyta Henio.
- Puścili. Po pierwsze było w ruchu służbowym (do 31 maja nauczyciele powinni zgłosić chęć zmiany szkoły). Po drugie jako Prezes Ogniska ZNP i Kierujący Oddziałem Miejskim ZNP nadepnąłem paru osobom na odciski. Dlatego mnie nie próbowali zatrzymać.
Nie robiłem nic wielkiego. Działałem zgodnie ze statutem w obronie praw pracowniczych. A, że znałem obowiązujące wtedy prawo oświatowe to udało się nie dopuścić do zwolnienia paru osób. Udało się wyegzekwować pieniądze na fundusz socjalny. Zgodnie z zasadą: „jak zgodziłeś się robić za psa, to musisz szczekać”. I szczekałem. Nie wszystko się podobało władzom, ale to nie moje było zmartwienie. Były strajki. Różne. Nasz „czwórkowy” w sprawie powołania wicedyrektora, na którego nie zgadzało się Kuratorium. Satysfakcja, bo wygrany. I ogólnopolskie. Mogła być z nich większa satysfakcja i korzyści, gdyby nie polityka.
Ale nie o odciskach miało być. O cycku i o tym, że się udało.
Udało się reaktywować miejskie obchody Dnia Edukacji Narodowej. Oczywiście wspólnie z władzami i z NSZZ „Solidarność”, ale pomysł był mój. I tego mi nikt nie zabierze. Udało się zorganizować kilka Wigilii dla pracowników oświaty. Udało się z tego przedsięwzięcia „wyjść z twarzą”. Tak sądzę, bo proszono mnie bym pokierował Związkiem przez następne 4 lata. Nie mogłem się zgodzić bo uważam, że Prezesem się jest, a nie bywa. Trudno „być”, gdy rano Żyrardów się opuszcza, a wieczorem do niego wraca. Poza tym reakcja na poruszone przeze mnie problemy było pytanie: Skąd to wiem? lub Skąd pan to wie? Nie jak problem rozwiązać, tylko kto poskarżył. Skoro nie pracuję w żyrardowskiej szkole, a wiem, że jest problem, to ktoś musiał mi poskarżyć. Powiedz kto, a my go załatwimy. Tak to odbierałem.
Rok 1995 nie był pierwszym kontaktem ze szkołą w Międzyborowie. {Pierwszy raz był w 1984r. Zimą. Jako wizytator metodyk ds. sportu w Kuratorium miałem obowiązek pomóc szkołom sportowym (w województwie były dwie) w zorganizowaniu obozów.
Z siatkarską „siódemką” z Żyrardowa nie było problemów. Nie licząc małej awantury
o miejsce. Załatwili ośrodek wypoczynkowy ŻZPln w Lucieniu. Las, woda, przyroda. Pięknie, ale na lato, gdy się pracuje nad siłą, wytrzymałością, sprawnością ogólną. Ale nie w zimie. Tuż przed najważniejszymi zawodami sezonu (Igrzyska Młodzieży Szkolnej), kiedy trzeba dużo ćwiczyć z piłką i grać, grać, grać. A tam hali (nawet salki) nie ma. Skończyło się skargą i poleceniem przekazania pieniędzy. To był pierwszy sygnał, że moja wiedza i kwalifikacje tu nikomu nie są potrzebne. Do przewracania papierów i wykonywania poleceń Kuratora nie trzeba magistra w f. To powiem później i pójdę tam, gdzie naprawdę jestem potrzebny. To będzie później.
Na razie zajmuję się lekkoatletyczną „piątką”. Moją „piątką”. Tam byłem pierwszym zastępcą dyrektora ds. sportu. Stamtąd poszedłem „na wojnę”, do biura SZS i Kuratorium. Jednocześnie jestem Prezesem OZLA w Skierniewicach. Likwidujemy białe plamy na mapie wojewódzkiej LA. W Rawie Mazowieckiej i w Żyrardowie (osobiście prowadzę tę grupę). Chcemy wspólnie ze środków Kuratorium i Wydziału Sportu Urzędu Wojewódzkiego zabrać dużo dzieciaków na obóz. Tymczasem według cen z ośrodków, którymi się interesujemy, za posiadane pieniądze (tzw. stawki osobodnia) możemy wysłać 40 osób. Z samej „piątki” jest 80. Planujemy setkę. Próbujemy własnym sumptem. Ja załatwiam Szkołę w Międzyborowie, sprzęt noclegowy od żyrardowskich harcerzy i wszelkie pozwolenia. Z sanepidu, z wydziału handlu na przydział mięsa, chleba, mleka, wędlin, itp. Urząd Wojewódzki transport sprzętu noclegowego i potrzebnego do treningów (zeskok, narty biegowe, płotki, piłki lekarskie). Dyrektor Szkoły Sportowej, wspomniany wcześniej Henio, oddelegowuje kucharki i intendentkę. Obliczamy koszty. Wystarczy na 120 osób. Jest miejsce dla naszej setki i jeszcze dla dzieciaków z Międzyborowa.
Pierwszego dnia ferii zaroiły się międzyborowskie górki biegającą dzieciarnią. Na nogach i na nartach. Kolorowe dresy, czapeczki, szaliki, rękawiczki kontrastują z bielą śniegu. A jest go dużo. Jak na zamówienie. Nie tylko górki, ale i śnieg. Ile siły przybędzie.
Drugiego dnia czeka mnie trudne zadanie. Zapomnieliśmy o węglu. Zapas na dziś. A co jutro, pojutrze i przez następne dni? Podejmuję wyzwanie. Rozdzielam swoją grupę na treningi i jadę załatwić węgiel. Nie kupić. Załatwić. Wtedy wiele rzeczy się załatwiało zamiast kupować. Szkoła w Międzyborowie podlegała Zbiorczej Szkole Gminnej
w Jaktorowie (niektórzy nie wiedzą pewnie o czym mówię, nawet młodsi nauczyciele). Dyrektor pełnił rolę Inspektora Oświaty. Załatwiał szkołom między innymi węgiel.
- Heniu ratuj! - wołam z progu - 120 dzieciaków nocuje i żywi się w Szkole
w Międzyborowie, a węgla mamy na dziś tylko!
- Siadaj - mówi Henio II czego się napijesz? - kawy, herbaty?
- Heniu, ja potrzebuję dużo węgla i to natychmiast - mówię.
- Ale napić się możesz?
- Mogę.
- No to co ma być?
- Piję kawę całe życie i czuję się znakomicie - odpowiadam jak zwykle.
Rzeczywiście dużo kawy piję. Mój rekord dzienny to siedem. Ale zazwyczaj 3-4.
Henio znika. Za to pojawia się po chwili sekretarka. Z kawą. Pytam: gdzie się podział dyrektor?
- Niedługo przyjdzie - mówi i znika.
Siedzę, piję kawę, czekam. czas mija. W końcu przychodzi Henio. Stawia flaszkę, kieliszki, rozkłada kanapki.
- Pij, bo zmarzłeś, mróz na dworze, a ty nie masz węgla.
- Heniu nie chrzań. Tam marzną dzieciaki.
- A mówiłeś, że na dziś jeszcze jest.
- Na dziś jest, ale jutro...
- Jutro będzie - mówi Henio i polewa następny kieliszek.
Jesteśmy w połowie flaszki, gdy wchodzi jakiś facet. Henio nas poznaje. To pan Prezes GS-u. Pewnie z nim będzie rozmawiać o węglu. Mam nadzieję, że uda się załatwić. Kończymy flaszkę, gdy dzwoni telefon. Do Prezesa.
- Na kogo wystawić fakturę? - pyta Prezes.
- Jak zwykle - mówi Henio - na ZSG, płaci i tak Kuratorium.
- Dobre twoje, dobre moje - mówi Prezes i stawia następną flaszkę.
My pijemy, gadamy, a węgiel pojechał do Międzyborowa.
- Ile ton zawiozłeś? - pyta Henio Prezesa.
- Trzy.
- Wystarczy?
- Wystarczy.
- Trzy tony, dwie flaszki. Nie zgadza się rachunek - mówi Henio.
Składamy się na trzecią.
Zrobiło się ciemno. Trzeba jechać do Międzyborowa. Nie było mnie tam cały dzień. Potrzebne są ustalenia na jutro. Spotykam Janka.
- Coś ty taki „zmęczony”? - pyta.
- Węgiel załatwiałem - mówię - trzy tony.
- To chyba byłeś w kopalni i to na przodku.
- Gdzie byłem to byłem, ważne, ze jest czym palić.
Wszyscy twierdzą, że lepiej będzie jak się dziś dzieciom nie pokażę. Ja też tak myślę. Zjadam obiad. Umawiamy się, że jutro robię pobudkę. Znikam.
Jeszcze po drodze wstępuję do internatu ZSZ w Żyrardowie. Tam są na obozie juniorzy. Szykują się do Spartakiady Młodzieży. Trzeba coś uzgodnić z kierownikiem zimowiska z Przemyśla. Do nich podłączeni są nasi lekkoatleci. Wprawdzie płaci WFS, ale ja koordynuję wszystkie działania. Drobiazgi dogadane. Wypijamy po lufie i do domu. Tylko 500 m. Najdłuższe 500 m w moim życiu. Nie dość, że zygzakiem, to jeszcze śnieg po kolana. Ja wiem, że w zimie śnieg to rzecz normalna, ale żeby nie odśnieżyli?
Odśnieżyli. Czy to ich wina, że ja idę po pryzmach?
Wreszcie w domu.
Drzwi otwiera Ela. Wtaczam się i mówię:
- Kobito, ergo sum.
To nie pomyłka. Wiem jak ta maksyma brzmi w oryginale. I wiem co Cogito ergo sum znaczy. Myślę więc jestem. Ale ja nie myślę. Gdybym myślał, to bym nie był. Nie byłbym pijany. Obiecywałem i nic z tego. Więc jestem, kobito.
Dalej nie ma rozmowy. Elę nie interesują moje węglowe osiągnięcia, a ja proszę, żeby dziś mi dała spokój. Boli mnie głowa. Jutro i tak nie będę pamiętał co do mnie mówiła. Porozmawiamy jutro.
Jutro trzeba ranno wstać. O siódmej w Międzyborowie robię pobudkę. Po szóstej pociąg. Wstaję kiedy Ela jeszcze śpi. Do rozmowy wracamy wieczorem. Na szczęście Ela nie umie się długo gniewać. Gorzej z mamą, która też na mnie czeka. Znów obiecuję. Do końca obozu już się nie upiłem.
Warto było. Warto było się nie upić. I warto było się potrudzić. Efekty widoczne niedługo. Po obozie mistrzostwa województwa w biegach przełajowych. Teren międzyborowskich górek tak się spodobał, że zapada decyzja: tu organizujemy mistrzostwa. Jakże dla mnie udane. W kategorii młodziczek (VII-VIII klasa) całe „pudło” (podium) nasze. Mistrzynią zostaje uczennica międzyborowskiej szkoły, trenująca ze mną w MKS „Len” Marysia. Tuż za nią Anka i Beata. A jeszcze Ewa, Kaśka są tuż, tuż.
Dobry start całej ekipy skierniewickiej na makroregionie OSM. Dwudziestoosobową grupą wyjeżdżamy do Jeny w ramach wymiany młodzieży województwa skierniewickiego i okręgu Gera. Latem zorganizuję Wojewódzką Spartakiadę Młodzieży w LA (z udziałem znajomych z Gery). Makroregionalne Igrzyska Młodzieży Szkolnej Makroregionu Centralnego (osiem województw wokół Łodzi). Miting LA o „Złoty liść jesieni” (wymyśliłem jeszcze w „piątce”).
„Ciągnę wózek” OZLA do 1985r., dokąd pracowałem w Kuratorium. Kiedy się przekonałem, że to co umiem, to co wiem jest bardziej przydatne w bezpośredniej pracy z dziećmi niż za biurkiem wróciłem do „czwórki”. Nie ukrywam, że nie bez znaczenia było to, że Ela była zastępcą dyrektora.
Zgodnie z moją dewizą (już znana), że „Prezesem się jest a nie bywa”, w momencie, gdy coraz rzadziej byłem w Skierniewicach, coraz trudniej było mi spotkać się z ludźmi, gdy to było potrzebne, po prostu powiedziałem: dziękuję.
Zostało z tego wiele. Korespondencja z Volkerem i Rainerem z Gery (urwała się po upadku muru berlińskiego), kontakty z wieloma ludźmi do dziś. Janek często wraca do moich „górniczych” wyczynów. Nie zapomina o mnie Szkoła Sportowa. Proszą na wszystkie jubileusze.
A propos jubileuszu. Mój drugi raz w Szkole w Międzyborowie to właśnie jubileusz 70-lecia szkoły. Oddanie do użytku sali gimnastycznej w 1993r. Byłem wtedy Kierownikiem Rejonowego Biura SZS w Żyrardowie. Kontakt ze szkołą poprzez zawody. Zaproszenie dla mnie i dla Jacka - w Urzędzie Miasta zajmował się sportem. Kupiliśmy prezenty (piłki, Kronikę Sportu) i pojechaliśmy. Kronikę Sportu ukradli przy włamaniu. Tę pisana przez uczniów szkoły międzyborowskiej sam niedługo będę „redagował”.


Kolejna wizyta u lekarza. Rutyna. Oglądanie rany, ściągnięcie chłonki. Ruchy ręką. Jest dobrze. Dziś Wigilia. Wyjmuję opłatek:
- Czy pani doktor ze mną się połamie?
- Oczywiście!
Życzenia zdrowia. Dla mnie jakże ważne. I żeby szybko rozpocząć naświetlania jeśli będą potrzebne.

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Józef Adamczyk (j2003)

Forum

Poczytaj również