Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-06-10 20:45:00

Ewa Kopacz o leczeniu za granicą: swobodny przepływ pacjentów oznaczałby krach zdrowotnego budżetu

Wejście w życie unijnej dyrektywy transgranicznej oznaczałoby przejście z limitowania usług medycznych na system refundacji, a tego nie wytrzymałby polski budżet zdrowotny - uważa Ministerstwo Zdrowia.

 

Chodzi o dyrektywę unijną wprowadzającą swobodę przepływu pacjentów i wybór przez pacjenta miejsca specjalistycznego leczenia ambulatoryjnego w dowolnym kraju.

– Taka dyrektywa stosowana u nas, byłaby niekorzystna zarówno dla pacjentów, jak i budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia – mówiła podczas konferencji prasowej w czwartek (10 czerwca) minister zdrowia, Ewa Kopacz, tłumacząc powody dla których Polska głosowała przeciw dyrektywie, której pierwsze czytanie odbyło się niedawno w Parlamencie Europejskim.

Minister wyjaśniła, że zgodnie z dyrektywą pacjent miałby prawo do leczenia ambulatoryjnego w dowolnym kraju Unii, ale różnicę w wycenie procedur musiałby pokryć z własnej kieszeni.

– Jeśli jakaś procedura kosztowałaby w wybranym kraju 3000 złotych, a w Polsce jest wyceniona na 2000, to 1000 złotych polski pacjent musiałby dopłacić – powiedziała minister Kopacz.

Ponadto, dyrektywa mówi o swobodzie przepływu usług medycznych, ale nie precyzuje co z placówkami, które dzisiaj nie mają kontraktów z płatnikiem. I to właśnie, a nie odpływ z Polski pacjentów czy też napływ w dużych ilościach pacjentów z innych krajów Unii, wzbudza niepokój polskiego Ministerstwa Zdrowia.

Chodzi o to, że swobodny przepływ usług medycznych byłby jednoznaczny z wyborem przez pacjenta placówki, niezależnie od jej statusu prawnego i umów zawartych z NFZ. Każda więc placówka prywatna zyskałaby prawo do refundacji usług świadczonych na rzecz osób, uprawnionych do refundacji.

Na ambulatoryjne leczenie potrzebne będzie bowiem tylko skierowanie, a tymczasem w naszym kraju nie potrzeba skierowań do wielu specjalistów. Usunięcie żylaków więc, znamion czy migdałków może równie dobrze odbywać się w warunkach ambulatoryjnych.

– Pieniądze rzeczywiście poszłyby za pacjentem, ale w związku z tym, że jest ograniczona kwota przeznaczana na ochronę zdrowia, nieograniczony limitami popyt oznaczałby niekontrolowany wypływ pieniędzy – powiedziała Ewa Kopacz. Tego nasz budżet mógłby nie wytrzymać. Szacowaliśmy i wiemy, że nagły wypływ gotówki z tego tytułu, gdyby weszła w życie unijna dyrektywa, wyniósłby 3-4 mld złotych. A wypływ takiej kwoty sprawiłby, że trzeba byłoby uszczuplić kontrakty ze szpitalami i kolejki do zabiegów jeszcze by się wydłużyły.

Dyrektywa nie daje możliwości korzystania z usług wysokospecjalistycznych za granicą i leczenia szpitalnego. Tu zmian nie przewidziano, czyli pacjent mógłby korzystać ze świadczeń medycznych w innym kraju na dotychczasowych zasadach, a więc za zgodą płatnika.

Nie pojawi się więc możliwość szybszego skorzystania z zabiegu wszczepienia endoprotezy.

– Wszędzie są kolejki – mówi szef resortu. I nikt nie chce zaburzać kolejkowego rytmu w swoim kraju.

Drugie czytanie dyrektywy w Parlamencie Europejskim odbędzie się pod koniec roku. Ewa Kopacz zapewnia, że do tego czasu będzie gotowa pełna symulacja kosztów wdrożenia w Polsce dyrektywy i zamierza skorzystać z zapisów Traktatu Lizbońskiego, gwarantującego suwerenność decyzji krajów unijnych w zakresie ochrony zdrowia.

– Najpierw wprowadźmy informatyzację w ochronie zdrowia, zweryfikujmy jednorodne grupy pacjentów i system finansowania placówek medycznych, a wtedy wprowadzajmy innowacje, których wdrożenie wymagałoby współpłacenia za usługi przez pacjentów. Wielu pacjentów na współpłacenie obecnie przecież nie stać, a gdyby budżet wziął wszystko na siebie, runąłby – konkluduje Ewa Kopacz.

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Poczytaj również