Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-09-16 22:01:30

Moja historia - Następna

Następna taka historia.

W skrzynce czekał sobie list. Schował się między reklamowymi ulotkami i żeby go dosięgnąć, musiałam wspiąć się na palce.

 Jako dalekowidz nie potrafiłam przeczytać nadawcy, adresata zresztą też, ale wrodzona inteligencja podszepnęła mi, że jak jest w mojej skrzynce, to na pewno do mnie. Chociaż ta moja inteligencja lubiła robić mi czasem kawały i zamiast do mnie listy były adresowane do dziadka, od którego kupiłam nie tak dawno mieszkanie. Tym razem jednak list był do mnie i kiedy go w domu otworzyłam, z trudem pozbywszy sie otorbienia, i tak sprawdzić to mogłam dopiero po znalezieniu okularów. Wtedy ujrzałam wielkie litery, układające się w napis "Zaproszenie". O, pomyślałam sobie, ktoś jeszcze o mnie pamięta, jak to miło.
Od kilku lat bowiem jestem domatorką - trochę z konieczności, trochę z lenistwa. Od kiedy zostałam nową mamą mojego niepełnosprawnego brata - wiecznego dziecka - i mojego kalekiego pieska z trzema łapkami ( za to czwarte ma skrzydełko), nie lubię nigdzie chodzić. Wrosłam sobie w nowe osiedle, podobnie jak kwiatki w moim "ogródku". Mieszkanko wybraliśmy sobie na parterze i to był strzał w dziesiątkę. Ja przynajmniej poczułam się bliżej ludzi, przyrody i co tam jeszcze na dole się znajduje. Pokrzywy i śmietniki na przykład. Ale do sklepu można wyskoczyć w każdej chwili i nie trzeba tak strasznie walczyć z grawitacją, żeby dostać się do domu. Piesek też jest zadowolony.
Usiadłam przy stole i przeczytałam zaproszenie. Oprócz tytułu rzucał się w oczy pogrubiony napis: Możesz wygrać życie! Trochę mnie to zaciekawiło, bo przy moim wrodzonym pechu niczego jeszcze nigdy nie wygrałam, to może teraz?... Okazało się, że NFZ zaprasza mnie na przesiewowe badanie mammograficzne. Stwierdziłam, że nie pójdę, ponieważ kiedy wybrałam się kilka lat temu, musiałam odczekać w długaśnej kolejce i jeszcze po dwóch tygodniach trzeba było odstać swoje, aby odebrać wynik. I tak nic tam nie było. To znaczy było o tyle, że całe życie miałam budowę piersi "guzkowatą", opisywano to jako mastopatyczną, ale kazano kontrolować co jakiś czas. Bez specjalnego nacisku na "często".
Niecałe trzy lata wcześniej na wszelki wypadek zrobiłam sobie (prywatnie) USG i po dłuuuuugim badaniu pan doktor dumnie oświadczył: nic tam nie ma!. Nie było wtedy, to i nie ma teraz - pomyślałam logicznie bardzo. Widocznie moja inteligencja jednak znowu sie wtrąciła, bo zdałam sobie sprawę, że w ciągu ostatnich miesięcy odchudziłam się pięknie 19 kilogramów, a trzy lata temu byłam o tyle samo grubsza. Może nie było widać? W końcu wtedy doktor napisał, że budowa jest tłuszczowa. Mało się nie obraziłam , ale po powrocie do domu i dokładnym przyjrzeniu się sobie w lustrze, przyznałam mu rację. I to nie tylko moje piersi miały budowę tłuszczową! Ale cóż było wtedy robić - zażywałam antydepresanty, wcześniej około roku HTZ, jako że przekwitanie objawiło mi się psychosomatycznie - po prostu całkowicie straciłam siły i na dodatek wysiadało mi serce. Tak sobie, samo z siebie - raz arytmia, a raz tachycardia na przykład. A ciśnienie, które dotychczas miałam niskie i bardzo niskie, zaczynało sobie wyprawiać dzikie skoki nie do opanowania. A wszystkie badania okazywały się w normie! Nawet tarczyca, która kilka lat wcześniej uprawiała nadczynność pozapalną, była w porządku! Przypominam, że to działo się przed rokiem dwutysięcznym jeszcze! Wtedy opiekowałam się już moim Bratkiem i mamusią, u której znaleziono raka płuca. Trzymałam się mocno do trzech miesięcy po jej operacji i im bardziej mamusia zdrowiała, tym bardziej mnie przewracało. Aż przewróciło do tego stopnia, że pogotowie gościło u mnie kilka razy w tygodniu. Nie będę pisać, co mnie jeszcze złego spotkało, ale to coś sprawiło, że wpadłam w taką panikę, z której nie mogłam się wydostać. Napadały mnie takie lęki, że potrafiłam nie ruszać się z kąta łóżka przez parę godzin i bać się. Jeżeli mnie zapytacie czego, to wam nie powiem, bo sama nie wiedziałam.
Co tam, namyśliłam się - powiem wam, co się stało. Otóż razem z moim przyjacielem (platonicznym, nawroty depresji - do niańczenia, oczywiście), otworzyliśmy moją wymarzoną kawiarnię muzyczną. Bo ja muzyk jestem. Wokalistka. Rozrywkowa. Pół świata przejeździłam i dziwnymi zbiegami okoliczności zostałam bez grosza. Ale to już zbyt osobiste sprawy, wybaczcie...
A wracając do kawiarni. Aby ją otworzyć, trzeba było wyremontować piwniczną izbę w Krakowie, w centrum. Żeby wyremontować, trzeba mieć za co. Żeby mieć za co, trzeba wziąć kredyt dla bezrobotnych. Żeby wziąć kredyt dla bezrobotnych trzeba mieć lokal z adresem. Żeby mieć lokal z adresem, trzeba go zadatkować i spisać umowę. Więc trzeba najpierw pożyczyć od przyjaciół, załatwiać wszystko biegiem z tzw. czymś, co pomagało bezrobotnym stanąć na nogi (dobrze, że mam ostatnio zaniki pamięci, bo za nic sobie tej nazwy nie przypomnę). No i podpisałam umowę, która po trzech miesiącach działalności - najpierw trzy miesiące remontowaliśmy, oczywiście - pozwoliła Panu Właścicielowi Kamienicy wypieprzyć nas na zbity pysk z dnia na dzień. Kawiarnia właśnie zaczynała się rozkręcać, pracy włożyliśmy niemożebnie dużo, wzięłam jeszcze kilka mniejszych kredycików dla początkujących kapitalistów, wyposażenie w dzierżawę i różne takie. I nagle trzeba było to wszystko w ciągu jednej doby zlikwidować, a co miesiąc dalej płacić raty. A z czego???? No i stąd wzięła się ta moja panika.
Dygresji koniec. Coś miałam takiego dobrego jeszcze niedawno, co to było?...Aaaaaaa, pamięć!
No, już wiem. Wtedy moja przyjaciółka , która jest psychiatrą, teraz już nawet ordynatorką w wariatkowie - co nie znaczy, że jest to moją zasługą - orzekła, że według niej moje objawy są psychosomatyczne i skoro nic nie pomaga, to pomogą antydepresanty. I pomogły! Metodą prób i błędów wspólnie znalazłyśmy najlepsze dla mnie lekarstwo, którym okazał się zoloft - nietuczący, nieogłupiający, a nawet dający kopa. I właśnie na tym zolofcie, w dawce 100, po miesiącu zażywania stałam się osobnicą potrafiącą wejść trzy schodki pod górkę do apteki, umiejącą podjąć (i skutecznie przeprowadzić!) decyzję o odchudzaniu, oraz w ciągu dwóch i pół miesiąca napisać książkę. Niektóre z was już ją nawet przeczytały.
Ach, ta moja pamięć! Dobrze, że inteligencja mi została! Mam przecież pisać o zaproszeniu na mammografię!
Podjęłam więc decyzję ,że nie idę. Ale zaraz odezwały się wątpliwości - pójdę, okaże się, że jestem zdrowa; nie pójdę, kiedyś może okazać się, że miałam raka i jest za późno...
Zadzwoniłam więc do prywatnej przychodni Medicina, gdzie mnie zapraszano i ustaliłam termin za trzy tygodnie, chociaż pani proponowała mi nawet jutro. Jutro nie chciało mi się.
Po wynik szłam w dobrym humorze, będąc pewna, że jest ok. Tymczasem pan dr poprosił mnie do gabinetu i wziął do ręki szarą kopertę, oznaczoną ptaszkiem. Już wiedziałam. Zaproponowano mi biopsję w innej prywatnej przychodni, zadzwoniłam z komórki i dostałam termin za trzy dni. Nic mnie to wszystko nie ruszało, bo skoro już wiedziałam, że wynik jest zły - BIRADS 5, miałam pewność, że jest źle i wiedziałam, co dalej. Miałam tylko żal do losu, że złapało mnie to już trzy lata po śmierci mamusi, kiedy chciałam spokojnie opiekować się Bratkiem i też pieskiem moim kochanym. Nie chciałam, żeby trafił z powrotem do schroniska. Ja jestem dla niego najważniejszą osobą na świecie. Bratkiem na pewno zaopiekowałyby sie moje dzieci, pewnie córka, ale sama już nie mogłaby zwyczajnie egzystować. To jednak jest duża odpowiedzialność . Jest dopiero po trzydziestce, jeszcze nie założyła rodziny. Ja w końcu zostałam jego "mamą" po pięćdziesiątce! Miałam kiedy żyć!
Tak sobie myślałam, na komputerze zostawiłam ikonkę, którą pozwoliłam otworzyć dopiero...
Ja naprawdę przestałam się bać wszystkiego, nawet śmierci, w momencie, kiedy dowiedziałam się, że tym razem padło na mnie! Tylko ten ogromny żal, że nie zdążę wszystkiego doprowadzić do końca.
Pozostało mi tylko przygotować rodzinę na modyfikację wakacyjnych planów. Natychmiast zmienił się stosunek mojego syna do mnie. Zamiast kończyć błyskawicznie każdą rozmowę telefoniczną, jak to miał w zwyczaju dotychczas, nie mając mi nic specjalnie do opowiadania, zaczął ze mną sympatycznie gawędzić. Nawet powiedział, że mnie kocha. Mój synek ma trochę zmartwień, ale każde słowo trzeba było wydzierać z niego obcęgami. A teraz - proszę! Mój rak się jednak na coś przydał.
Moja córka, również warszawianka, była bardzo chorym dzieckiem, więc trzęsłam się o nią przez całe życie. Trzęsę się zresztą do teraz, o co ma do mnie lekkie pretensje - jest przecież dorosła. No, jest. A teraz ona przyjechała opiekować się nami. Jedna z moich dawnych przyjaciółek, z którą kontakt pozostał mocno luźny, nagle się "odnalazła" i również zgłosiła się do pomocy. Bratek akurat miał wakacje, więc nie chodził do swojego "przedszkola" i oprócz opiekowania się nim w domu, trzeba było jeszcze dla niego gotować. Dziewczyny świetnie sobie to wszystko rozplanowały. Plany zostały zatwierdzone, zanim jeszcze otrzymałam wyniki biopsji, którą zrobiono mi całkiem bezboleśnie na Garncarskiej 1, w również prywatnej przychodni, mającej umowę z NFZtem.
Po dziewięciu dniach wynik był do odebrania, w gabinecie pani onkolog. Rozmawiałyśmy sobie o terminach operacji, o różnych rzeczach, aż przypomniała sobie, że nie odczytała mi wyniku. Powiedziała, że nie wygląda wesoło - na co ja odrzekłam, że przecież wiem. Bo wiedziałam. Potwierdził się BIRADS 5 i carcinoma infiltrans. Pani dr proponowała, abym zgłosiła się zaraz jutro na Garncarską.
Oczywiste jest, że konsultowałam się ze wszystkimi znajomymi i lekarkami, które coś mogły na ten temat wiedzieć. I dowiedziałam się, że na Garncarskiej są dzikie tłumy, okropne warunki, jak w średniowiecznej infirmerii mniej więcej i na wszystko trzeba bardzo długo czekać. Co nieco o tym wiedziałam, bo kiedyś, dawno temu mój ówczesny "mężczyzna życia" chodził tam - a właściwie był przeze mnie prowadzany na naświetlania, po operacji raka płuca. (Czemu was to jakoś nie dziwi?) Napatrzyłam się więc dosyć. Przewidywałam, że po operacji będę musiała jeździć na chemię - ważny był czas dojazdu i czas oczekiwania, dziecko przecież musiało kiedyś wrócić do Warszawy, a Bratek miał zajęcia od 9 rano do 16. Byłby kłopot.
Wtedy spotkałam pewną znajomą, bardzo kochaną osobę, uwielbiającą koty i nie posiadającą ani jednej piersi. (Kotów posiada aktualnie jedenaście). Pierwszą pierś straciła 25 lat temu i już dawno o tym zapomniała - obyło się bez chemii i hormonów, a drugą odjęto jej trzy lata temu w szpitalu Rydygiera, znajdującym się dwa przystanki tramwajowe ode mnie. Mają chirurgię i mają onkologię. Udałam się więc do Rydygiera, tak przez nią na dodatek zachwalanego.
Pierwsza przeszkoda - rejestracja. Panie stwierdziły, że moje skierowanie jest prywatne i trzeba donieść takie od pierwszego kontaktu. Doniosłam jutro. Termin wizyty u chirurga dostałam na następny dzień. Miła pani doktor kazała się zaszczepić - już byłam po dwóch dawkach, przewidując konieczność - i dostarczyć zaświadczenie od lekarza, jakie lekarstwa zażywam i na co mi szkodzą. Przyniosłam zaświadczenie od kardiologa, który ustawiał mi skoki ciśnienia i już z własnej inicjatywy wzięłam pisemko od mojej dr psychiatry, które poświadczało, że jednak jestem zdrowa na umyśle i można mnie operować bez obawy, że dostanę może szału, albo co. Na wszelki wypadek wolałam to mieć.
Za dwa dni była znowu wizyta u chirurga, tym razem innego, choć w tym samym gabinecie. Rotację taką mają. Miał wyznaczyć mi termin konsultacji u ordynatora, który z kolei wyznaczy termin operacji. O tym, jakiej operacji, jakoś nikt nie wspominał. Poprosiłam cichutko, żeby szybko, bo brat, i w ogóle... Dowiedziałam się, że jest remont sześciu z ośmiu sal operacyjnych i raki biedne też muszą czekać w swojej kolejce... Dostałam termin konsultacji na pojutrze.
Przyjechało moje dziecko na trochę i kiedy zobaczyłam, jak bardzo się stara być silna i spokojna oraz opanowana, postanowiłam sobie uroczyście, że nie przysporzę jej kłopotów więcej. Tym razem ja się postarałam i przyjęłam całą sprawę "na klatę". Zresztą, przy moim charakterze - który notabene dopiero wtedy poznałam - zaczęły mnie różne rzeczy śmieszyć, skoro nie mogłam nic na nie poradzić. Proponowałam chirurgom, żeby obcięli mi obie piersi, bo wtedy mogłabym chodzić bez stanika, a tak to jedna będzie mi się majtać, ale się nie zgodzili. Nie musiałabym wtedy martwić się o ew. przerzuty. Ale nie, to nie. Nadszedł dzień konsultacji ordynatorskiej. W gabinecie panowała pełna nabożnego szacunku cisza i kazano mi się rozebrać. Trzy osoby tam milczały. Pan ordynator patrzył spode łba, ale nie na mnie, tylko w papiery, pomacał guzek (od razu go znalazł, wśród innych, niegroźnych, no proszę) i odezwał się grobowym głosem, że proponuje mi całkowitą mastektomię, wraz z wycięciem węzłów, i co ja na to. Nieśmiało zapytałam, czy mam może inne wyjście, ale widocznie potraktował pytanie jako retoryczne, bo na nie nie odpowiedział. Prosiłam o jak najszybszy termin wykonania wyroku, bo brat, bo mama lekarz pracowała naprzeciwko 30 lat... Odpowiedział! Że nie zna, bo on nie z Huty. Nie z Huty, to nie, zamknęłam się więc. Ale termin dostałam za trzy tygodnie!

26lipca 2010 miałam zgłosić się w szpitalu - nie na czczo - uprzednio zrobiwszy (tydzień wcześniej) różne badania, a 27 miała być operacja. Koleżanka została z Bratkiem, a córka zawiozła mnie na miejsce kaźni. Rozpakowałam się, usiadłam na łóżku, wypiłam kawkę z automatu, połknęłam swoje uspokajacze i nastawiłam się na całodobowe czekanie, co wydało mi się największą torturą świata. A tu przyszedł młody doktor i nie kazał mi już nic jeść, bo być może będę operowana jeszcze dziś. Ale na razie nic nie wiadomo. Więc zaczęło się inne czekanie - na decyzję. W międzyczasie przemiła siostra założyła mi wenflon bezboleśnie, nie chciałam w dłoń, więc dostałam w zgięcie łokciowe, potem przyszedł anestezjolog i wypytał mnie o życiorys i nałogi, potem przyszedł jeszcze raz, bo znalazł w moich papierach coś o tarczycy - uspokoił się, że to było tylko zapalenie i dawno, a ja się z kolei uspokoiłam, że jednak się mną interesują i czytają to, co im dostarczyłam.
O osiemnastej przyjechały łóżkiem dziewczyny i powiozły mnie na salę operacyjną. Córka obiecała czekać do oporu w poczekalni na oddziale. Podobno wcześniej dostałam głupiego jasia, ale mnie nie uśpił. Czy ogłupił, nie wiem. Na sali był inny anestezjolog, co mnie zdziwiło i zaniepokoiło, ale powiedział, że ma takie samo nazwisko, jak ja i mam się nie martwić. Dostałam w żyłę i obudziłam się w pełni świadoma na środku dużej sali. Nic mnie nie bolało, byłam całkiem przytomna, tyle że łóżko było tak wysokie, że upewniłam się, czy jestem na pewno na sali pooperacyjnej, a nie na katafalku. Kiedy otrzymałam potwierdzenie (o sali, oczywiście), bardzo stanowczo kazałam zadzwonić na oddział z donosem do mojej córki i zażyczyłam sobie już jechać na górę, bo co tu będę leżeć. Widocznie byłam przekonywająca, bo posłuchano mnie i zawieziono. Na górze najpierw potwierdziłam nazwisko anestezjologa, zgadzało się, zażyczyłam sobie rozmowy z chirurgiem, który mnie operował, ponieważ podsłuchałam - chyba w narkozie???? - że nie podobały im się moje węzły. O dziwo, chirurg został do mnie doprowadzony i potwierdził to. Pytał tylko, skąd to wiem. No cóż, podsłuchałam po prostu. Na sali obserwacyjnej położono mnie w niedużym, ciemnawym pokoju, gdzie za parawanem leżał sobie mężczyzna. Młody. Trochę nie mogliśmy spać, więc wiedliśmy nocne rodaków rozmowy. Pielęgniarka przylatywała na każde niemalże chrząknięcie, tylko nie pozwalała pić, więc ssałam szpatułkę z gazikiem, który to gazik do rana prawie zeżarłam. Jakoś tej nocy nie było spania, nie wiem dlaczego...
A rano, po telefonie do rodziny, zadzwoniłam do innej , młodszej koleżanki, która nieraz pomagała mi w opiece nad Bratkiem. Teraz nie mogła, bo sama oczekiwała na operację ginekologiczną, tyle, że wybrała inny szpital. Powiedziałam jej, że głupio wybrała, bo tutaj to po operacji kładą z młodymi facetami na jednej sali. Za nic nie chciała uwierzyć i facet musiał krzyczeć, że tak, trzymając się za wnętrzności, żeby go usłyszała.
Słuchajcie, jakie pyszne jedzenie dawali! Nie od razu, dopiero gdzieś po dwóch dniach! I tak musiałam dać sobie dyspensę od odchudzania, więc tym bardziej mi wszystko smakowało! Na każde życzenie dostawałam w żyłę, dalej nic mnie nie bolało, na drugi dzień już popylałam po korytarzach z drenem na smyczy - to podpowiedź z portalu, dziękuję - tylko musiałam pilnować dostawania moich prywatnych lekarstw, bo pielęgniarki notorycznie się myliły. Gdybym zażywała tak, jak mi czasem wydzielały... Dostawałam jeszcze zastrzyki przeciwzakrzepowe, chciano mi je dawać w brzuszek, ale oburzyłam się, że w brzuszek to się mogłabym zgodzić, gdybym miała cukrzycę, a tak, to mowy nie ma! No to zgodziły się, że w rękę. Wtedy też odwiedziły mnie amazonki - Asia i Kicia, pokochałam je od razu!
Moja córka usiłowała dołapać któregoś z chirurgów, żeby się osobiście dowiedzieć, że jestem taka silna i wspaniała, zaczepiła któregoś na korytarzu i dokładnie go o mnie wymaglowała. Okazało się, że był przemiły i nawet zaraz po rozmowie poszedł do mnie do sali. Nie mogłyśmy dojść do porozumienia, bo do mnie wtedy przyszedł sam ordynator! Spytał spode łba, po swojemu "A co pani tu jeszcze robi?", więc odpowiedziałam, że czytam sobie. "Aha, a nie chce pani iść jutro do domu?" Powiedziałam, że czemu nie, mogę. Więc rano wyjęto mi dren (nie bolało!) i kazano zgłosić się za 3 dni na zmianę opatrunku, a za 10 dni po wynik histopatologii - już ostateczny.
Byłam tak szczęśliwa, że już po, czekałam tylko z obawą na wynik, nie okazując tej obawy za bardzo. Bardzo bałam się chemii, przypuszczałam, że jej nie zniosę fizycznie.
W końcu nadszedł Najważniejszy Dzień Mojego Życia. Młoda pani dr - ta sama, która przyjmowała mnie pierwszy raz, nie kryjąc radości odczytała: GI, w 100% hormonozależny, przerzutów brak i te wszystkie pgry i inne, też w porządku! Byłyśmy z córeczką bardzo szczęśliwe! Chemii nie będzie! Doktor, który robił mi opatrunek i ściągał chłonkę - dopiero w USG się pokazała, został poproszony, aby coś tam powtórzył mojej córce, bo ja mogę zapomnieć . Na drugi raz zawołał ją z korytarza i dużymi literami coś tam tłumaczył. Dostałam ataku śmiechu i oświadczyłam, ze ja raczej rozumiem, co się do mnie mówi, tylko raz prosiłam... Dobrze jednak, że miałam to zaświadczenie o działającym umyśle... Co jakiś czas chodzę z gulą pod pachą do chirurgów i proszę o ściągnięcie chłonki, ale mnie przeganiają, a ostatnie USG pokazało, że schowała się bardzo głęboko. W poniedziałek idę jeszcze raz, bo gula się przemieszcza i niewątpliwie jest czymś wypełniona, ale jak mnie pogonią, to więcej nie pójdę! Puszczę to na żywioł i niech się dzieje, co chce! Ileż razy w końcu można chodzić i się prosić!
Pani onkolog zapisała tamoksifen, widocznie zmyliły ją inne nazwy moich antydepresantów, bo stwierdziła, że się nie pogryzą. Dobrze, że pan dr Ekspert wyraził na portalu swoją opinię na ten temat. Musiałyśmy z moją psychiatryczką znaleźć inny lek, zamieniony został w ciągu kilku dni - zmniejszanie dawki starego, kilka dni przerwy i nowy. Ale to się nie udało, ponieważ po zmniejszeniu dawki rozstroiłam się kompletnie, łzy mi leciały, chociaż nic smutnego się nie działo, sama się w końcu przestraszyłam i poskarżyłam się jej telefonicznie. Kazała walnąć dużą dawkę nowego. Pomogło. Zjadłam dopiero 6 tabletek symfaxinu ER, apetyt mam wilczy, ale nie dam się! Zaraz, za kilka dni zacznę dbać o dietę, tylko jeszcze troszkę sobie pojem... Dam radę, jestem przecież zdrowa!
Mam tylko jeden problem: a mianowicie - czy amputowaną pierś można odliczyć od wagi ogólnej, czy to jednak nie moja zasługa???...

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Następna

Forum

  • Al_la (offline)

     

    Avatar

    • Wspiera Amazonki.net

    2016-09-26 11:46:52
     

    Latem jeżdżę trochę po Polsce, więc będę musiała wstąpić do Ciebie na lampkę winka
  • Następna (offline)

     

    Avatar

    2016-09-26 13:11:11
     

    Wszystkich zapraszam!
  • Ella (offline)

     

    Avatar

    2016-09-27 00:02:02
     

    Cieszę się, że znów tu zawitałaś. Ostatnio bywam tu rzadko, ale tylko tutaj mam coś w rodzaju bloga. No i sentyment mnie trzyma... Szkoda, że tak daleko mieszkasz, chętnie bym Cię odwiedziła. Je...

Poczytaj również