Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-11-24 19:56:30

Moja historia ..... b_angel

Mam na imię Beata, na raka piersi zachorowałam w 2004 roku.


Marzenia


Marzenia się spełniają, ale jakże przewrotnie.


Kiedy byłam młodym dziewczęciem, żartowałam sobie (niezbyt mądrze) , że wyjdę za mąż za marynarza ..... Który będzie zarabiał górę pieniędzy a jednoczesnie nie będzie mnie obciążał _stresował swoją obecnością .....  wykrakałam, niestety ..... i zakochałam się w studencie Wyższej Szkoły Morskiej .....


Później długo musiałam walczyć, żeby zmienił pracę .....


Byłam posiadaczką mikrego biustu i często w żartach powtarzałam, że jak będę miała kiedyś „kupę kasy” na zbyciu, to sobie poprawię humor powiększając biust. Aż wreszcie „słowo stało się ciałem” ale nie miało to niestety żadnego związku z nagłym pojawieniem się nadwyżki finansowej w mojej kieszeni.


Diagnoza


Moja „przygoda” z rakiem zaczęła się ponad 6 lat temu. Był wieczór 30-go września 2004 roku. Siedziałam z rodziną przy stole, przypadkowo dotknęłam piersi (opancerzonych biustonoszem typu push_up) i poczułam ze zdziwieniem małe zgrubienie w jednej z nich .....
Wieczorem podczas kąpieli, sprawdziłam, że owo zgrubienie nie znikło. Panika, lęk, gonitwa myśli … co dalej , gdzie się udać.


Moja wiedza na temat raka piersi opierała się na tym, co przeczytałam w kolorowej prasie kobiecej, tkwiłam więc w przekonaniu, że rak piersi to choroba, która mnie nie dotyczy, bo po pierwsze: miałam dopiero 33 lata, po drugie: nikt w rodzinie do tej pory nie chorował na raka, po trzecie: wedle wszelakich ankiet nie mieściłam się w tzw. grupie ryzyka, ..... Więc skąd nagle takie coś w mojej piersi????????


Szczęśliwie dla mnie lekarka pierwszego kontaktu, do której poszłam była obeznana z problemem (jej mama była świeżo po operacji). Skierowała mnie do prywatnego gabinetu, gdzie akurat trwała akcja „Moje pierwsze USG piersi”. Szybciutko zrobiłam USG i z wynikiem zapisałam się na wizytę do onkologa.
W badniu ultrasonograficznym i palpacyjnym wszystko wskazywało, że zmiana (o wymiarach 10mm na 16 mm) w mojej piersi ma charakter łagodny.


Po miesiącu doczekałam wizyty w poradni onkologicznej.
Sympatyczny chirurg po zapoznaniu się z wynikiem USG oraz po badaniu stwierdził, że guzek w piersi jest na tyle duży, że należy go usunąć (bez weryfikacji za pomocą biopsji cienkoigłowej).
A guzek faktycznie rósł w oczach, najpierw był ledwie wyczuwalny, a po miesiącu widoczny pod skórą, a po dwóch prawie podwoił swoje rozmiary.
Termin zabiegu miałam wyznaczony na 30 listopada//ostatki ....


Leczenie


Po biopsji chirurgicznej wszystko potoczyło się zawrotnym tempie. W poniedziałek, 30 listopada, był zabieg wyłuskania guzka, w piątek dowiedziałam, się, że zmiana była złośliwa, w następny poniedziałek znowu leżałam na stole operacyjnym.
Zrobiłam sobie „prezent Mikołajkowy” w postaci mastektomii metodą Patey’a


Dlaczego mastektomia?
Z uwagi na to, iż miałam bardzo małe piersi a guzek był tuż za brodawką chirurg powiedział, że efekt kosmetyczny zabiegu oszczędzającego byłby znikomy i zaproponował mastektomię.
Poinformował mnie jednocześnie, że po zakończeniu leczenia będę mogła skorzystać z „dobrodziejstwa” chirurgii rekonstrukcyjnej i poddać się operacji odtwórczej piersi.
Po mastektomii zdziwiłam się, że właściwie to wcale nie boli mnie „puste miejsce” po piersi tylko plecy.
Później dowiedziałam się, że to ból na skutek usunięcia węzłów dołu pachowego.


Ze szpitala wyszłam w przeddzień swoich 34 urodzin, trzymając w garści wyniki histopatologiczne (niezazbyt optymistyczne) i umówiona na pierwszą chemioterapię tuż po świętach Bożego Narodzenia.
Święta minęły w niespecjalym nastroju. Myśli przeróżne kłębiły się po głowie. Córcia miała wtedy niecałe 6 lat, syn w maju, następnego roku miał iść do I Komunii.
By jak najszybciej wrócić do pełnej sprawności prawej ręki, codziennie ćwiczyłam w domu według instrukcji znalezionej w Internecie.


Odpukać, ręka wróciła do sprawności i mogę praktycznie robić wszystko to co przed operacją. Wróciłam również do pełnej aktywności zawodowej a pracuję jako nauczyciel - terapeuta z dziećmi niepełnosprawnymi. Najbardziej cieszy mnie to, że mogę nadal jeździć na rowerze a początkowo myślałam, że będę musiała pożegnać się z wycieczkami po leśnych i górskich ścieżkach.


Leczenie uzupełniające polegało na podaniu 6 kursów „chemii” (CMF) zwanej żółtą od koloru jednego z leków. Obyło się bez radioterapii i hormonoterapii.
Utratą włosów zbytnio się nie zmartwiłam ponieważ (nasłuchawszy się opowieści) snułam wizje gęstych, kręconych loków jakie będę miała po zakończeniu leczenia. Ciut się zawiodłam ..... wyrosły troszkę pokręcone ale potem się niestety wyprostowały.


Sensacje tzw. pochemijne były do zniesienia, obyło się bez wiszenia nad toaletą. Z mdłościami radziłam sobie czasami lepiej, czasami gorzej. I jadłam , i jadłam, i jadłam. I tak jak na początku trochę schudłam tak po zakończeniu leczenia okazało się, że mam jakieś 10 kilogramów na plusie.
Ostatni kurs chemii wzięłam pod koniec maja a po wakacjach wróciłam do pracy w mojej szkole.


Wsparcie


W czasie leczenia ogromnym wsparciem była dla mnie rodzina. Mąż, który zaakceptował mnie bez piersi, jeździł ze mną na kolejne wlewy i znosił wszystkie „pochemijne” humory
. Dzieciaki, które od początku wiedziały, że mama jest chora, że miała operację i na czym ta operacja polegała, że musi przejść agresywne leczenie, po którym wypadną włosy.


Poznałam również „smak” prawdziwej przyjaźni. Nasz (mój i męża) przyjaciel, który na bieżąco kibicował nam w trakcie diagnozowania gdy tylko usłyszał o rozpoznaniu i że następnego dnia idę do szpitala na operację bez chwili zastanowienia wsiadł w auto i przejechał 200 kilometrów po to tylko by pobyć z nami „przez chwilę” .....


Rekonstrukcja


Następnym etapem mojego leczenia miała być rekonstrukcja. Zabieg odtworzenia piersi była mi potrzebny, abym mogła zamknąć etap leczenia raka piersi w moim zyciu, aby poczuć się w pełni zdrową. Mąż początkowo nie był do końca przekonany obawiając się kolejnych operacji i bólu. Lecz widząc, że jestem w pełni zdecydowana na ten krok zaakceptował moją decyzję.


Myślałam o rekonstrukcji bardzo intensywnie i zbierałam siły by zrobić pierwszy krok w tym kierunku.
Zaczęłam w Internecie szukać informacji na temat operacji odtwórczych oraz placówek, gdzie mogłabym poddać się takiemu zabiegowi. W ten sposób, pod koniec sierpnia 2005 roku trafiłam na forum amazonek , na portal www.amazonki.net.
Trafiłam, poczytałam, zarejestrowałam i wsiąkłam tu na dobre. Jestem aktywnym uczestnikiem tej społeczności już od 5 lat.

W lutym 2007- go roku po wielu miesiącach nadszedł wreszcie długo oczekiwany przeze mnie dzień. Operacja odtwórcza piersi wykonana została z zastosowaniem ekspanderoprotezy Beckera. Mam wszczepiony ekspander, który stopniowo powiększał się podczas dolewania soli fizjologicznej przez specjalną zastawkę.
Kolejnym etapem był rekonstrukcja otoczki wraz z brodawką. Później poddałam się również zabiegowi powiększenia drugiej piersi.


I tym sposobem moje leczenie onkologiczne uznałam za zakończone.


Amazonki.net


Na tym portalu szybko z anonimowego „czytacza” przeistoczyłam się w aktywnego członka tej społeczności. Następnym etapem było zaangażowanie się w pracę moderatora//administratora serwisu.
Poznałam w tej cyberprzestrzeni wiele wspaniałych kobiet, nawiązałam przyjaźnie. Oprócz spotkań wirtualnych , spotykamy się również w „realu”. Myślę, że udaje mi się też pomóc choć troszkę kobietom, które stoją na początku tej trudnej drogi, którą jest zmaganie się ze „skorupiakiem”.


Garść refleksji


Minęło już 6 lat od diagnozy//mojego życiowego zakrętu. Za mną kilka operacji, agresywne leczenie, utrata włosów, nowe włosy, nowe piersi .....  Przede mną całe życie .....


Zmieniłam się ciut. Kiedyś byłam sfrustrowana, ponura z wszechogarniającym poczuciem beznadziei, monotonii życia. Teraz staram się sama kreować swoje życie, by nie czuć się bezradna wobec tego, co przynosi każdy dzień. Cieszę się tym, co mam, doceniam drobiazgi. Uśmiecham się do ludzi, do życia.


Jeżdżę na rowerze, nartach, chodzę na basen, tai chi, zapisałam się na taniec brzucha. Staram się żyć zgodnie z maksymą: „żyj tak jakby każdy dzień miał być twoim ostatnim”.


Zapisałam się do klubu Amazonek w moim mieście, ukończyłam kurs szkoleniowy dla Amazonek-Ochotniczek, chcę pomagać i pomagam innym kobietom, które zmagają się z rakiem piersi.


b_angel

 

jesień_2010





poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Forum

  • bozena_stanczyk (offline)

     

    Avatar

    2013-03-14 12:10:56
     

    Chyba też coś skrobnę o sobie.
  • anetam (offline)

     

    Avatar

    2014-04-16 19:15:57
     

    Bardzo ładnie i jak już zostało to powyżej napisane - optymistycznie. Podtrzymuje na duchu.
  • Elcia69 (offline)

     

    Avatar

    2015-03-19 15:34:50
     

    witam. twoja historia wzruszyła mnie. jestem kilka miesięcy po leczeniu. mam dalsze leczenie,jestem her +. sataram się cieszyć życiem i żyć tak jakby ten dzień miał być ostatnim. pozdrawiam

Poczytaj również

  • Avatar

    2017-04-26 11:30:21

    Tatuaż w trakcie hormonoterapii

    We wrześniu 2015 miałam mastektomię na życzenie. Rak luminalny A . Obyło się bez chemii. Leczenie to Tamoxyfen na 5 lat i...
  • Avatar

    2017-04-26 11:26:23

    Czy zastosowane leczenie jest prawidłowe

    Moja mama w wieku 63 lat zmarła na raka piersi. Mam 47 lat, miesiączkuję. Obraz mammografii wykazał mikrozwapnienia 5 mm. W...
  • Avatar

    2017-04-26 11:21:20

    Interpretacja wyniku USG piersi

    Jestem przerażona. Czekamy na wynik biopsji gruboigłowej. Poniżej przedstawie wynik badania usg mojej mamy 47 lat. Oba...