Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-02-15 00:00:00

O chemioterapii bez stresu

Diagnoza nowotworu piersi tak bardzo wytrąciła mnie z równowagi.
Wpadłam w taką bezdenną otchłań, w tak bezmierna niemoc, ze jak tylko wygrzebałam się z tej przepaści, to już wiedziałam – nie mam innego wyjścia, jak upraszczać wszystko, co tylko uprościć się da, akceptować to, co zaakceptować powinnam, a na drobne niedogodności, których w czasie leczenia mogłam się spodziewać – najlepiej w ogóle nie zwracać uwagi.


Do życia wróciłam zresztą tego samego dnia, nie mogłam tracić czasu, chciałam jak najszybciej mieć za sobą przynajmniej operacje, tak wiec wieczorem kolejna wizyta lekarska, następnego ranka jeszcze jedna,
dwa dni później przyjęcie do polikliniki, badania, mastektomia... I została już tylko chemioterapia...
No wiec najpierw pierwsza wizyta u onkologa. Dowiedziałam się, że dostanę mocną chemię, bo nie będzie leczenia hormonalnego. Terapia sekwencyjna, po czterech cyklach adriamycyny z cyklofosfamidem
- cztery cykle taxoteru. Standard europejski. No to dobrze, myślę sobie, uznana obecnie za najskuteczniejsza.

29 maja 2004
Tydzień przed pierwszym seansem chemii wybrałam się do szpitala dziennego, ot tak, pozwiedzać, popatrzeć, zaglądałam do kolejnych salek, porozmawiałam z jedna z pielęgniarek, potem z pacjentką oczekującą pod gabinetem lekarskim... Cóż, miejsce jak wiele innych, szpitalnych...

4 czerwca 2004
Pierwsza chemia. Przygotowałam się do niej rzetelnie. Gdzieś tak w podświadomości tkwiło - aż w przeddzień chemii sprecyzowało się przekonanie, żeby napełnić należycie żołądek, dostarczyć organizmowi
wszystkich niezbędnych składników, aby był w stanie stawić czoło frontalnemu atakowi, który czekał mnie nazajutrz, posiłki pełniejsze, ich różnorodność niewyobrażalna na co dzień, konsultacja telefoniczna z córką, co przygotować  na śniadanie przed samą chemią, aby było lekkie, a jednak wystarczająco wzmacniające...
Ok. 8.00 rano byłam już gotowa do wyjścia. Poliklinika jest w tej samej dzielnicy, wiec po dwudziestominutowym spacerku byłam na miejscu. I nie było to nieznane, niepokojące miejsce, zapoznałam się z nim przecież...
Pamiętam, że dominującym uczuciem była ciekawość, jak to będzie, czy będzie z kim pogadać dla spędzenia czasu... Pielęgniarki były przemiłe, pacjenci się zmieniali...mnie zmieniali butelki, straciłam rachubę, osiem, dziewięć...
Około 11.00 zaczęto roznosić koszyczki z drugim śniadaniem, pieczywo, wędlina, ser, jabłko, jogurt, sok, niektórzy jedli, inni odstawiali koszyczki nietknięte, jadłam powoli, na koniec poprosiłam o otwarcie soku... wreszcie przed godziną 13.00 mogłam wstać i przenieść sie do gabinetu pani doktor.
Tam dostałam kartę z terminami wszystkich badań kontrolnych, kolejnej chemii i druga... z długą rozpiską, kiedy i jakie środki mam brać, przeciw nudnościom oczywiście...
Wróciłam do domu, odczekałam na otwarcie apteki, wzięłam wszystkie recepty... i chwile później wracałam z siatka pełną specyfików. Rozłożyłam wszystko na stole; plasil, zofran w tabletkach i zastrzykach
(jakby tabletki nie pomagały)... W międzyczasie obserwowałam się uważnie, czy zaczyna się dziać coś niepokojącego. Nic. Nadeszła godzina zaaplikowania sobie pierwszej dawki leku. A tu dalej nic.
Byłam na prawdziwym rozdrożu. Wziąć, chociaż mam sie doskonale, tak jak przed chemia, czy też nie brać? A jeśli nie wezmę, to może poczuje sie źle i będzie zbyt późno na działanie zapobiegające? A jak wezmę, to już nigdy się nie dowiem, jaka była tak naprawdę reakcja mojego organizmu...
Dylemat rozstrzygnęłam zdecydowanym: nie biorę. Żadnej negatywnej reakcji nie będzie, bo mam inne, ważniejsze sprawy na głowie; muszę jechać do córki i tak jak wcześniej, po operacji, stanąć przed nią w dobrej formie. Moja Żaba była zaledwie w trzecim miesiącu ciąży, nie bedę jej dostarczać stresów. I tak już miała za swoje, gdy dowiedziała się o mojej chorobie. I maleńka Fasolka też... Myśl o wyjeździe zakotwiczyła się w mojej głowie niedługo po operacji, tyle, że świeżo zagojona rana,
nie pozwalała mi na podróż autokarem, czy pociągiem, a to prawie dwa tysiące kilometrów. Więc tylko samolot został... Nigdy dotychczas nie weszłam na pokład samolotu i byłam przekonana, że nigdy tego nie zrobię. Nigdy!
Teraz, myślałam, odczekam kilka dni, po chemii różnie bywa z tego co słyszałam... potem kupię bilet...
Następnego ranka wstałam i znowu zaczęłam analizować samopoczucie. Nic się nie dzieje. Zrobiłam sobie kawę z mlekiem. Wzięłam do ust pierwszy łyk. Dziwny smak ma ta kawa. Pochodziłam po domu.
Po kwadransie znowu wzięłam szklankę z kawa. Taka sama jak zwykle. Taka sama!
Kilka kolejnych dni spędziłam na przygotowaniu walizki. Przestałam się sobie przyglądać, przysłuchiwać. Wysłałam córce cała listę badań kontrolnych, bo ich termin przypadał na pobyt za granica,
trzeba było wszystko ustalić wcześniej, żeby nie było niespodzianek...

W sześć dni po chemii byłam w samolocie. Nie było lotu bezpośredniego. Miałam przed sobą dwa loty: najpierw do Frankfurtu, a potem dalej, na południe Francji.
Cala rodzina śledziła moje poczynania. Syn, trochę niespokojny, pytał:
- Mamo, ale czy ty dasz radę?
- Nie martw sie – odpowiadałam - jak nie dam rady drugi raz wejść na
  pokład, to podróż będę kontynuowała droga ziemną...

Dałam radę. Przed każdym startem brałam tabletkę plasilu. Wreszcie się przydał.

Rozdział II

Tak więc, dopięłam swego; większość dni pomiędzy pierwszą a drugą chemią mogłam spędzić dwa kroki od Pirenejów, u córki, której brzuszek właśnie pomaleńku zaczynał się zaokrąglać, czasem może był bardziej wypięty niż zaokrąglony, ale można zrozumieć niecierpliwość przyszłej mamy, żeby pokazać całemu światu „o jest, rośnie nasz Groszek...”

Pierwsze dni mijały niczym niezmącone, spacery, zwiedzanie okolicznych, średniowiecznych miasteczek, prace w ogrodzie, i jak za każdym moim pobytem wyprawa do pobliskiego vivaio i zakup kilku nowych kwiatów, wieczorne, a właściwie nocne pogaduchy...
Po kilku spokojnych, beztroskich dniach, w czasie kąpieli zauważyłam,
że rana pooperacyjna nie goi sie dobrze, zdecydowałyśmy razem z córka, że lepiej to pokazać lekarzowi, szybko umówiona wizyta, wymaz, antybiotyk... Była to pierwsza oznaka obniżonej odporności organizmu, ale ja wtedy nawet w najmniejszym stopniu nie zdawałam sobie z tego sprawy...

Następnego dnia, 17 czerwca, w dwa tygodnie od pierwszej chemii,
już o 9.00 rano byłam w laboratorium, pobrano mi krew do badań kontrolnych. Ledwo minęło południe, siedzieliśmy jeszcze przy obiedzie, kiedy odezwał się telefon. Dzwoniono z laboratorium. Moje białe ciałka spadły do poziomu raczej alarmującego, powiedziano, żebym natychmiast skontaktowała sie z lekarzem prowadzącym. Szybki telefon
do Rzymu, moja pani doktor zgodziła się co do tego, ze powinnam wziać jakiś lek stymulujący produkcję białych ciałek, wiec zaraz potem kolejne telefony, wizyta u lekarza rodzinnego, konsultacja z onkologiem, recepty, apteka, jest lek za "jedyne" 1230.50 euro!!! Więc znowu
wizyta, zmiana leku, szybko do apteki, bo właśnie zamykają...
I tu ugrzęźliśmy, bo okazało się, że we Francji tego typu leku jednak nie sprzedają, można go dostać tylko w szpitalu, pod kontrola lekarza, nikt tu o tym nie wiedział, bo w tym małym miasteczku byłam pewnie pierwszym tego typu przypadkiem... Mam na myśli przypadek pacjenta, który po chemii tak sobie beztrosko poczyna i przemieszcza sie z kraju do kraju...
Pozostało więc jedyne rozwiązanie – pogotowie ratunkowe. Po kwadransie, ok. godziny 20.00 byliśmy na izbie przyjęć w nieco odległym, położonym na obrzeżach miasteczka szpitalu. Wszystko poszło jak burza. Ogromny ruch wokół mojej osoby, oględziny, badanie, pobranie krwi, lekarze i pielęgniarki krążyli jak w ukropie. Po kolejnych trzydziestu minutach byłam już na oddziale, w jednoosobowej sali, wtedy pomyślałam sobie, ze może nie było wolnego innego miejsca, ale dzisiaj wiem, ze raczej chodziło o to, aby mnie odseparować od innych pacjentów, pierwsza błyskawicznie wykonana morfologia wykazywała 190 neutrofili... czyli odporność organizmu prawie zerowa, mogłam złapać wszystko, co by się w pobliże zawieruszyło,  dobrze, że o tym nie wiedziałam, bo pewnie bym coś złapała, a tak to tylko się dziwiłam, czemu tak dokładnie mnie oglądają i badają, i ciągle mierzą temperaturę... Zaraz potem zastrzyk Neupogenu, tymczasem córka z zięciem przywieźli mi rzeczy niezbędne w szpitalu, do dzisiaj nie wiem na ile przejęci, a na ile dzielni, żeby mnie dodatkowo nie stresować... Tak naprawdę, to chyba nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji.
Noc była długa, trwałam w półśnie, półjawie, pobudzony szpik kostny ruszył pełną parą do produkcji białych ciałek, nie mogłam znaleźć wygodniejszej pozycji, każda była krańcowo niewygodna... Rankiem, czesząc się w łazience, zostawiłam w koszu połowę moich dość długich
wówczas, prawie do ramion włosów. „Trzeba je będzie ściąć króciutko” – pomyślałam. Prawie cały dzień spędziłam przemierzając z moja Żabą  szpitalne korytarze, tylko chodzenie pozwalało niwelować skutki działania Neupogenu, potem znowu morfologia...Wieczorem wizyta pani doktor, kolejny zastrzyk Neupogenu i......na przepustkę do domu! Nie było łatwo przekonać lekarki, ale popatrzyła na mnie uważnie, pomyślała pewnie – „takiej i tak nic nie ruszy” i zgodziła się.
W domu Żaba rzuciła się natychmiast z nożycami na moje nadwerężone włosy, nie było to łatwe zadanie, bo nie potrafiłam nawet chwile usiedzieć spokojnie, zaczynał już działać drugi zastrzyk, ból w dolnej części kręgosłupa nasilał się, kilka razy musiałam wstać i przejść się, na kolejną próbę „trzeba jeszcze wyrównać”, machnęłam ręką - „jutro i tak je będziemy znowu skracać”...
Z przepustki wróciłam do szpitala jeszcze na pól dnia. Morfologia wykazała prawie czterokrotny wzrost ilości białych ciałek krwi i jeszcze większy wzrost neutrofili. Jeszcze jedna wizyta dr onkolog:
– „Teraz już wszystko w porzadku.”

Z czterech zaplanowanych zastrzyków wystarczyły dwa. Zostawiłam ledwie zaczęty obiad szpitalny i popędziliśmy na obiadek domowy...

Rozdział III
Kończył się czerwiec 2004, zbliżał się termin drugiej chemii, wracałam do domu po prawie dwóch tygodniach u córki i u Groszka oczywiście. Groszek urósł już na tyle, ze zaczął rozpierać się i brzuszek mojej Żaby zaczął zaokrąglać się pomalutku. Urocze było to, że był jeszcze bardziej widoczny przez sposób chodzenia i przyjmowane pozycje, córka była przeszczęśliwa i dumna i nie mogła doczekać się, kiedy brzuszek wyraźnie się uwydatni…
Wracałam do domu, a włosy już dwukrotnie podcięte, fruwały na wietrze, były wszędzie, osiadały na oparciu fotela w samolocie, potem w samochodzie…
Wjechałam w upiorne gorąco, temperatura w Rzymie dochodząca do 40°C w cieniu, trzeba się przeprogramować wewnętrznie, żeby znieść takie upały, nawet inaczej się chodzi po ulicach, powolnym krokiem, wyszukując skrawki cienia… Nie miałam czasu na rozmyślania, ani nawet na rozpakowanie walizki, bo postanowiłam dokonać stałego połączenia z internetem, i tym sposobem mieć kontakt z całym światem tzn. z całą rodziną. Miałam z tym trochę pracy, ale udało mi się wszystko samodzielnie zainstalować, choć metodą prób i błędów, byłam z siebie dumna…

Zaczęłam też rozglądać się za sklepami z perukami, włosów na głowie było coraz mniej, poszłam do sklepu blisko domu, peruki były cudne, ale jak zobaczyłam ceny…
Następnego ranka śniadanie jak się patrzy, wszystkiego po trochu, żeby z zapasem energii wyjść z domu, twarzowy, bawełniany kapelusik na głowę (przywiozłam z Francji, wybrałyśmy razem z Żabą) i…
spacerkiem do polikliniki. Znowu dobre trzy godziny pod kroplówkami, pogaduszki z pielęgniarkami, najwięcej pracy mają rano, ale potem koło południa przysiadają chętnie, żeby pogadać, znowu śniadanie szpitalne, cały koszyczek jedzenia, opróżniałam go powoli i systematycznie, szynka, chlebek, jogurt, soczek, jabłuszko…
Tym razem oddział dzienny opuszczałam ze skierowaniem na badania krwi, pierwsze już po tygodniu, oraz dwoma zastrzykami Neupogenu, na wszelki wypadek. Pani doktor widząc, jak bardzo spadła mi ilość białych ciałek i neutrofili po pierwszej chemii, zaordynowała ściślejszą kontrole i ewentualną telefoniczną konsultację, gdyby ponownie zaszła konieczność wzięcia Neupogenu. Czułam się świetnie, chciałam lecieć do domu, ale zadzwonił brat:
- “Nie waż mi się wychodzić na ten upał, już jadę po ciebie”.
W chwilę później byłam w domu, tym razem nawet nie próbowałam się obserwować, wiedziałam, że będę się czuła dobrze, no…musiałam przecież jechać po perukę. Odczekałam do godziny 16.00, upał nie zelżał, ale zdawało się, że słońce mniej praży i pojechałam. Na drugi koniec Rzymu. Sklep był duży, wybór peruk imponujący. A ceny bardziej przystępne. Cała operacja wyboru peruki nie trwała długo. Pani wysłuchała, czego poszukuje, przyniosła mi do przymiarki kilka egzemplarzy najbardziej zbliżonych do moich własnych, o ile jeszcze można było się domyśleć, jakie one były, te moje…A był to przysłowiowy ostatni dzwonek, bo po każdej kolejnej przymiarce ściągałyśmy z głowy perukę z kolejnymi włosami. Mierzyłam i już wyobrażałam sobie, jak będę się bawić, gdy uda mi się zdezorientować moich znajomych, moją rodzinę… jak teatr, to teatr! Z wyboru, na ile to było możliwe, praktycznie nie rozmawiałam z nikim o mojej chorobie, leczeniu, kolejnych kontrolach. Unikałam tym sposobem sytuacji, kiedy to rozmówcy czują się zobowiązani pocieszać, czy nie daj Boże, użalać, mówiąc coś, żeby coś powiedzieć, a w końcu są to słowa bez znaczenia, w rodzaju: nie martw się, wszystko będzie dobrze, jestem z tobą, ładnie wyglądasz (nawet jakbym wyglądała jak siedem nieszczęść)…potem wszystko sprowadza sie do tego, że to ja musiałabym innych podtrzymywać na duchu i pocieszać, że “wszystko będzie dobrze”… Błędne koło. Zawsze udawało mi się tego unikać. Na szczęście... Na pierwsze zaskoczenie i realizacje mojego planu nie musiałam czekać długo. Wróciłam z tą peruką do domu, złapałam za nożyczki, ścięłam, co jeszcze do ścięcia zostało, dzieła dokończyłam maszynką do golenia, gładko poszło, bo były to już ostatnie trzy włosy na krzyż… Założyłam sobie “włosy” nowe i upajałam się przed lustrem tym swojego rodzaju tradycyjnym, a jednocześnie nowym - na okoliczność leczenia - wcieleniem... Z efektu byłam więcej niż zadowolona…W tym momencie wrócił do domu mąż, stanął w drzwiach pokoju… i tam zamarł…. Przyglądał mi się dłuższą  chwilę. Tak jakby czas się cofnął o kilka, kilkanaście ostatnich dni. Jakby nic nowego się nie wydarzyło. Stał tak w tych drzwiach i był jednym wielkim znakiem zapytania:
- ”Może tylko wydawało mi się, że stawką w tej grze jest życie?”


I tak było przez wiele kolejnych miesięcy. Od czerwca 2004 roku do lutego 2005. O tym, że noszę perukę, mówiłam komu chciałam powiedzieć. Opracowałam własne tajemne sposoby mycia, suszenia, podcinałam czasem, stosowałam środki do pielęgnacji włosów, balsamy, pianki…

Sierpień spędziliśmy z mężem w Polsce. Cały pierwszy dzień przegadałam z siostrą, coś tam gotowałyśmy, piekłyśmy ciasto. Godziny mijały, a ona nic. Czekałam na jakiś komentarz, że przynajmniej wypowie się, czy mi w tej peruce do twarzy… Wreszcie późnym wieczorem nie wytrzymałam:
-Myślałam, że przynajmniej w dwóch słowach skomentujesz.
Spojrzała na mnie pytająco. Bardzo pytająco.
-No… - i wskazałam na “włosy”.
-Wiesz, ja tak cały dzień patrzę na ciebie i patrzę, i myślę, wiedziałam przecież, że miałaś problemy z włosami, a tu przyjeżdżasz…zgłupiałam na twój widok, przyglądam się…i nic już nie rozumiem…czyli jednak…

Potem w październiku wróciłam do pracy. Po kolejnych pięciu miesiącach, kiedy już wyhodowałam trzecie włoski (pierwsze i drugie bezlitośnie zgoliłam, żeby następne rosły jeszcze mocniejsze i gęściejsze) uznałam, że nadszedł dzień, aby ściągnąć wreszcie perukę. Pomyślałam sobie, powiem o tym kolegom, żeby ich przygotować na te zmianę, widoczna bądź co bądź… Wyglądało to mniej więcej tak:

- Jutro to ja przyjdę w krótkich włosach…
- Co? - pytające spojrzenie
- Bardzo krótkich…
- Co? Wybierasz się do fryzjera?
- No…
- Idziesz ściąć włosy? Nie musisz, tak jest ci dobrze.
- No, nie, ale przyjdę w króciutkich.
- Co?
- Nooo…wreszcie w swoich własnych!
- Co? A te…nie są własne?
- Właśnie nie są. To peruka przecież. Myślałam, że wiecie…
- Nic nie mówiłaś….

Od kiedy pojawiłam się w tym nowym wydaniu, mówią, że przypominam im gwiazdę rocka, nie pamiętam która, ale niech im tam będzie, gwiazda rocka, teraz ciągle ścinam włosy na króciutko… I wyszło na to, ze zrobił się odcinek o włosach i perukach. Może nie jest to najważniejszy element w całej tej przygodzie z chemioterapią. Niektórym może jednak wydawać się dramatyczny. Pamiętam jak dzisiaj dzień, w którym postawiono diagnozę i pierwszy raz padło słowo: chemioterapia. Pierwszy obrazek, który moja wyobraźnia mi podsunęła, to była wizja wypadających włosów i łysina. To mnie przeraziło najbardziej. Bardziej niż sama wiadomość o chorobie.


A tak naprawdę, to ten skutek uboczny, nie okazał sie wcale taki dramatyczny. Zależy jak się tę perukę nosi. Nie tylko do głowy musi przystawać…
Co nie zmienia faktu, ze dzień, w którym nie trzeba się już nią przyozdabiać, jest Wielkim Dniem…

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Kris

Forum

  • nie (offline)

     

    Avatar

    2013-03-23 17:13:43
     

    to dziwne ale miałam podobne odczucia rak mnie straszył mniej aniżeli utrata włosów teraz walcząc z nawrotem po 4latach też tak samo przeszkadza ich brak i nie chcą tak szybko odrastac jak wtedy .C...
  • bozena_stanczyk (offline)

     

    Avatar

    2013-03-27 08:04:17
     

    Mądra,pouczjąca i budująca psychicznie opowiść z życia Amazonek.

Poczytaj również