Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-04-01 16:49:15

W życiu szczęście trzeba mieć (5)

I dymek z papierosa

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

zdjęcie: ze zbiorów autora

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

 

Jeżeli zaś chodzi o papierosy wszyscy pytają czy palę? Zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie. Czasem ktoś pyta czy paliłem ? Zgodnie z prawdą odpowiadam że tak. Zacząłem stosunkowo późno. Paliłem dużo. Początki jak zawsze były trudne.
Po skończeniu podstawówki poszliśmy z Andrzejem F. i Zdziśkiem Ł. do starego parku. Wcześniej kupiliśmy małą paczkę (10 sztuk) „Mazurów”. Najtańsze i najgorsze w tamtych czasach papierosy. Świadectwa w kieszeni, słonko grzeje, w dole szumi i śmierdzi Pisia, siadamy na zwalonych pniach drzew, wyciągamy papierosy i się zaczyna. Szybko wypalamy po dwa papierosy. Nad nami chmura dymu. Tak duża, że aż dziw że nie ma jeszcze straży pożarnej. Chyba dyżurny na strażnicy usnął. Podszedł do nas jakiś facet. My trochę przestraszeni, ale facet mówi, że jak damy mu fajkę to nam pokaże jak to się robi. Zostały 4 papierosy. Dla nas i dla niego po jednym. Zapalamy, facet wciąga w siebie jak smok. My robimy to samo. Teraz dobrze? - pytam - Dobrze – odpowiada facet. Wciągamy jeszcze raz. Facet pyta: - No jak, dobrze?- Dobrze- odpowiadamy.- Niedobrze -mówię i puszczam pawia aż do rzeki. Chłopaki rzygają za mną. Wystarczy nam na długo. Wychodzimy z parku, spotykamy różne grupy chłopaków z naszej szkoły, którzy mieli ten sam pomysł. Nie ma wśród nich Leszka M., późniejszego premiera. Zresztą, o ile pamiętam nasze późniejsze kontakty to on chyba nigdy nie palił. Skoro o Leszku mowa ,to muszę sprostować informacje jaką rozpowszechniano gdy został premierem. Mówiono, że był słabym uczniem i nadawał się tylko do zawodówki. A to nieprawda. Uczył się bardzo dobrze. Same czwórki i piątki. Szóstek wtedy nie było. Zawsze na zakończenie okresu występował na apelu wśród najlepszych uczniów. Do zawodówki poszedł, jak wielu w tamtym czasie, by jak najszybciej iść do pracy i pomóc finansowo mamie, która wychowywała go sama.
Ja miałem więcej szczęścia. Mama pracowała w Zakładach. Stała pensja i możliwość wzięcia tzw. „chwilówki” – taka pożyczka, którą potrącano z najbliższej wypłaty. Ojciec, też pracował. Prowadził zakład rymarski. Taki koński krawiec. A, że wszystko prawie woziło się wtedy transportem konnym: towary na targ, ludzi od stacji do miasta dorożkami (w mieście były 4 taksówki wykorzystywane głównie na śluby i wesela) i wywóz nieczystości, ojciec miał co robić. Instytucja zajmująca się sprzątaniem miasta i wywozem śmieci oraz tzw. nieczystości płynnych czyli szamba miała kilka koni, dla których co jakiś czas trzeba było uszyć nową uprząż: lejce, kantary, szory, chomąta. Wtedy ojciec sam nie dawał rady i sadzał mnie na kobyłce (taka ławka z drewnianą śrubą do mocowania szytej skóry) kroił ze skóry lejce, kantary, a ja to zszywałem dwoma igłami z wywoskowaną dratwą. Ojciec robił rzeczy, do których trzeba było większej siły albo znajomości rzeczy.
Zanim zacząłem szyć uprząż dla koni moje kontakty z końmi polegały na przejażdżkach furmankami, które z rynku jeździły naszą ulicą, lub obserwacji wywozu nieczystości. Gdy byliśmy mali największe emocje wzbudzał szambiarz. Kiedy zajeżdżał na podwórko podglądaliśmy go zza komórek. Dwa momenty przykuwały naszą uwagę. Pierwszy, kiedy szambiarz wlewał ćwiartkę denaturatu do beczki, podpalał zapałkę i po dużym bum w rurze zaczynało szumieć. Drugi moment to kiedy przestawało w rurze szumieć, szambiarz owijał ją wokół beczki, wsiadał i strzelając z bata wołał : „wio, maluśka k.......... twoja mać”. Byli tacy co marzyli o tym, aby mieć taką gówniareczkę i w majestacie prawa móc wymawiać te magiczne słowa.
Dzięki temu, że oboje rodzice pracowali, ja im czasem pomagałem, (oprócz szycia uprzęży np. rozładowywałem wozy z lnem przywożonym do zakładów lniarskich), mogłem nie spieszyć się z podjęciem pracy. Dlatego kontynuowałem naukę w technikum, gdzie nastąpiła dalsza edukacja w zakresie palenia papierosów oraz wdrożenie nabytych umiejętności w życie codzienne tzn. wypalenie trzech papierosów dziennie. Jeden przed lekcjami (na boisku za kotłownią) drugi w czasie dużej przerwy (w ubikacji), trzeci po lekcjach, idąc ulicą w stronę domu. Później nie było możliwości bo rodzice za bardzo pilnowali. W szkole zresztą też nie było łatwo. Raz w tygodniu wychowawca na wybranych lekcjach robił nalot. Wtedy nie mówiło się o prawach ucznia, o nietykalności cielesnej , godności dziecka, itp. Na dodatek robił to w uzgodnieniu z naszymi rodzicami. Wyglądało to tak. W połowie lekcji wchodził do klasy, ustawiał nas pod dwoma ścianami i po kolei każdemu sprawdzał kieszenie. Gdy znalazł papierosy wizyta rodziców w szkole była nieunikniona. Razu pewnego przyszła moja kolej na zakup papierosów (umawialiśmy się z kolegą, że raz ja raz on ). Świeżutka paczka „Silesii” w kieszeni, wpadka jak nic. Co robić? Już nie o to chodzi, że mnie w domu zleją, ale o to gadanie : „My się staramy, a ty nie rozumiesz itd.”. Sytuacje trudne podpowiadają najlepsze rozwiązania. Szybko wyjmuję fajki z kieszeni, przebiegam między ławkami, chowając w jednej z nich papierosy , ustawiam się w rzędzie pod oknem. Adolf (wychowawca) za mną. Sprawdza kieszenie – pusto. Pokaż ręce – pusto. Aha, odwróciłeś mają uwagę od kolegów – stwierdza kategorycznie i wraca do czynności kontrolnych. Tym razem się udało. Niedługo po tym problem zniknie, bo będę palił za wiedzą (nie za zgodą , ale za wiedzą rodziców). A stało to się przed świętami. Żeby kupić lepszą wędlinę i jakieś mięso trzeba było stać nocami
w kolejkach. Stali rodzice. Ojciec źle obliczył fajki i mu zabrakło, a do rana daleko. Nocnych sklepów jak są teraz nie było. Każdy kto palił wie co to znaczy. Przyszedł do domu myśląc, że może gdzieś coś się zawieruszyło. Poszukiwania nie dają rezultatu. Ojciec coraz bardziej wściekły. Ja w kropce, bo w spodniach mam na jutro świeżutką paczkę papierosów. Jak dam to się sypnę. Jak nie dam ojca do rana utłucze. Trudno. Wstaję, daję mu papierosy. Widzę błysk w jego oczach. Za chwilę pytanie: Skąd to masz? Kupiłem – odpowiadam
- Jutro pogadamy!
- Dobrze jutro, teraz idź bo kolejka przejdzie.
Po powrocie ze szkoły rozmowa:
- Jak długo palisz? - pyta ojciec.
- Od roku.
- Skąd masz pieniądze na papierosy?
- Przecież dajecie mi na bułki.
- Na bułki nie na papierosy – mówi ojciec zły.
- Jak już pali to niech się z tym nie chowa – mówi babcia.
Wspaniała instytucja od zawsze. Obroni. Pomoże. Doradzi. Naprawdę „u babci jest słodko”. Ojciec nie daje za wygraną.
- Musisz? – pyta.
- Muszę - odpowiadam – na razie muszę.
Kończy się tym, że ojciec zapowiada, że nie będzie mnie częstował, nie będę palił przy nim, ale będę dostawał na bułkę i od czasu do czasu (ustalamy raz na tydzień) na papierosy. Dalej to już samo życie. Najpierw paczka na tydzień, później paczka codziennie. W pracy dużo więcej. Dochodzi do trzech paczek dziennie .
„Klubowe” najlepsze w tamtym czasie do palenia, na co dzień. Bywało rano wybierałem większe pety z popielniczki. Sklepów nocnych, jak wiemy, nie było. Palę do 28 roku życia. Kończę jak zacząłem. Rano budzi dzwonek. Zastawiam budzik, obok papierosy i zapałki. Wypalam papierosa, otwieram oczy opuszczam nogi na podłogę. Papieros i zapałki. Wypalam drugiego – wstaję. Po trzecim mogę iść do łazienki. Myję się, golę, zaparzam kawę, wypalam czwartego papierosa, mogę iść do pracy. Jedzenie zaczynam koło południa. Wcześniej kilka papierosów i kilka kaw. Kolejny ranek. Za oknem szaro, smutno, grudzień. Jak zwykle budzik dzwoni. Jak zwykle zapalam papierosa. Jak zwykle wciągam w siebie mocno ............... i nagle szarpnięcie . Paw przez cały pokój. Wstaję szybko, sprzątam i mówię do Eli: od dziś nie palę. Nic nie mówi tylko puka się w czoło. Później powie, że nie wierzy, że mi się uda.
W końcu sama też pali. Od tamtej chwili minęło prawie trzydzieści lat. Ela mówi, że naprawdę nie wierzyła, że mi się uda. Palenie tytoniu jest na pierwszym miejscu jeśli chodzi o przyczyny raka. Do tej pory byłem przekonany, że głównie raka płuc, tymczasem według badań amerykańskich lekarzy wśród kobiet palących papierosy stwierdzono większą o ⅓ ilość zachorowań na raka piersi.

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Józef Adamczyk (j2003)

Forum

Poczytaj również