Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-04-01 16:57:26

W życiu szczęście trzeba mieć (6)

A ty się bracie nie denerwuj

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

zdjęcie: ze zbiorów autora

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Żyrardowie w 2005 r

 

Wśród istotnych przyczyn zachorowań na raka jest stres. Dzieciństwo w zasadzie miałem bezstresowe. Pamięć sięga czasów gdy mieszkaliśmy w Natolinie. Wtedy letnia rezydencja Prezydenta RP, dziś Centrum Edukacji Europejskiej. Rodzice pracowali jako pracownicy cywilni kancelarii Prezydenta. Ładna nazwa, a chodzi o sprzątaczkę (mama) i palacza -konserwatora w pałacu (tata). Mieszkaliśmy w służbowym domku, bodajże było pięć domków i pięć rodzin. Teren ogrodzony pilnowany przez wojsko. Czwórka lub piątka dzieciaków razem ze mną. Najpierw byliśmy dowożeni do przedszkola w Warszawie. Jak pamiętam chyba okolice Łazienek. Ale kiedy kierowca, który nas zawoził tam i z powrotem, po odwiezieniu nas do Natolina, wpadł pod kolejkę wąskotorową i zginął na miejscu nasi rodzice zadecydowali o rezygnacji z przedszkola. Ganialiśmy od rana do wieczora po okolicznych pagórkach, moczyliśmy nogi w rzecze, którą dorośli nazywali Dunaj, byliśmy Indianami, zbójcami, partyzantami i czym się tylko da. Były też dziewczyny, była więc zabawa w lekarza. Po jednej z takich zabaw sąsiadka powiedziała ojcu co robiliśmy. Ojciec za pas i do mnie. Postanowiłem uciec w świat. Kiedy już jedną nogę miałem za płotem ojciec mnie sięgnął. Zaszczypało tam gdzie nogi stykają się z plecami. W tej sytuacji uznałem, że ucieczka w świat nie ma sensu. Wróciłem. Płakałem ja i płakał ojciec.
Płot jeszcze raz odegrał rolę w zamiłowaniu do wolności. Nie mówię o skoku Wałęsy. Mówię o swoim skoku.
A było tak. Z Natolina musieliśmy się przenieść ze względu na ojca. Nie, nie. Nie z powodów politycznych. Zdrowotnych. Nasz domek stał tuż nad rzeczką, którą jak wiemy dorośli nazywali Dunaj. Rzeczka płynęła nie w rytm walca, ale w rytm zimowych roztopów i letnich ulew nabierając niemałe ilości wody. Woda to wilgoć, a wilgoć dla reumatyka to zabójstwo. Lekarz powiedział że tylko zmiana klimatu uratuje ojca. Wyprowadziliśmy się do Żyrardowa. Miałem 7 lat. Po wakacjach czekało mnie pójście do szkoły. Rodzice postanowili, że oczekiwanie na to spędzę w przedszkolu. Zaprowadziła mnie babcia. Od początku nie byłem tym zachwycony. Dziewczyny, w tym moje cioteczne siostry płakały. Jakiś chłopak dochodził do każdego i pytał : - chcesz boksa? Pani się darła. Postanowiłem: idę do domu.
Na korytarzu zobaczyłem duży wiklinowy kosz z torebkami cukierków. Usłyszałem jak panie mówiły, że po śniadaniu każde dziecko dostanie. Szelest celofanowych torebek ostatecznie odroczył o kilka chwil wyjście do domu. Po śniadaniu dwie panie wyniosły kosz na dwór. Było ciepło, słonecznie, tam też miało się odbyć wręczanie cukierków. Jedna pani czytała z listy nazwisko, druga wręczała szeleszczące paczki. Ponieważ jestem na A byłem jednym z pierwszych. Szybko otworzyłem torebkę, odwinąłem papierek i włożyłem do ust cukierka. Pyszny, kwaskowy smak. „Wiosenne” się nazywały. Kto nie zna niech żałuje. Twarde, owocowe cukierki, coś podobnego do landrynek, przy czym każdy cukierek oddzielnie zapakowany w szeleszczący papierek. Sama radość dla łasucha.
Skoro już miałem torebkę z cukierkami w garści nie widziałem powodu do przedłużania pobytu w przedszkolu. Podszedłem do płotu nie rozglądając się zbytnio, czy ktoś ma zamiar mi przeszkodzić, czy nie. Przełożyłem nogę, zeskoczyłem na chodnik i przez nikogo nie zauważony poszedłem do domu. Przez rynek, na skróty. Nim babcia doszła do domu ja już podwórko przekopałem znalezioną gdzieś w kącie podwórka łopatką.
W podobny sposób rozwiązywałem inne życiowe problemy. Rodzice moich kolegów z sąsiedniego podwórka postanowili zapisać ich do szkoły muzycznej. Pomysł mi się podobał. Chciałem grać na akordeonie. Na egzaminie pan coś wyklaskał i kazał powtórzyć. Potem uderzał w klawisze pianina i pytał, który dźwięk wyższy, który niższy. Potem musiałem zaśpiewać: „Malowany wózek para siwych koni, pojadę daleko nikt mnie nie dogoni, pojadę daleko będę z bicza trzaskał, wyjdźże Babo-Jago, wyjdźże, jeśli łaska”. Tyle zdołałem zaśpiewać i pan mi przerwał. Powiedział, że jestem zakwalifikowany na skrzypce. Skoro nie nadaje się na akordeon to rezygnuję. Taka była moja decyzja. Potem dowiedziałem się, że akordeon proponowano tym co się nie nadają na skrzypce. W ten sposób nie gram na żadnym instrumencie. A muszę? Gram w piłkę i to wystarczy.
Dużo strachu, a zatem i stresu dostarczył pożar kartoniarni. Żyrardowskiej fabryki produkującej tekturowe opakowania. Byłem wtedy w czwartej albo piątej klasie. Nocowałem u babci, co zdarzało się często, bo miałem tu większość koleżanek i kolegów z klasy. No i cioteczne siostry, które babcia wychowywała. Po odrobieniu lekcji ganialiśmy po podwórkach i po strychach do ciemnej nocy i nie chciało mi się iść na koniec miasta, „za rynkiem”. Już spaliśmy. Obudził nas hałas i tupot nóg w sieni, po schodach, na ulicy. I krzyki: „pali się”. Ubraliśmy się szybko i na dwór. Tam niesamowity ruch, bieganina . W górze, jak ogniste ptaki, niesione przez wiatr płonące płaty kartonów. I strach. Kartoniarnia przy Mielczarskiego, wiatr w naszą stronę, co to znaczy wie tylko ten kto pamięta Żyrardów z tamtych lat . Kwadrat ulic: Okrzei, Łukasiewicza, Mireckiego, Dzierżyńskiego (dziś Narutowicza) i wiele domów przy Szulmana, 16-Stycznia i 1 Maja to bardzo łatwopalny materiał. Drewniaki pokryte papą i grubą warstwą smoły. Wystarczy taki płonący płat kartonu i wszystko płonie. Na szczęście wiatr silny niesie je wysoko i daleko. Strach i niepokój mimo to nie ustępuje. Organizowana jest na wszelki wypadek obrona. Kiedy już wszystko jest zorganizowane i każdy robi swoje, tzn. dziewczyny i kobiety płaczą, a mężczyźni i starsze chłopaki na dachach biegają z wiadrami wody, i mokrymi szmatami, postanowiliśmy z kilkoma chłopakami podejść bliżej pożaru. Z lekkim strachem, ale jeszcze większą ciekawością, z rękami po cwaniacku w kieszeniach, przepędzani z miejsca na miejsce, wyzywani od przeszkadzających gówniarzy staramy się nic nie uronić z widoku, który jest straszny, a zarazem piękny. Strzelające w górę jęzory ognia, porywane przez wiatr, niesione wysoko nad miastem płonące kartony i huk. Nie wiedziałem, że ogień tak huczy. Wiedziałem, że gada. Lubiliśmy te wieczory, gdy siedzieliśmy wokół kuchni. Nie paliliśmy światła obserwowaliśmy płomyki i słuchaliśmy. Babcia mówiła wtedy:
- Posłuchajcie jak ogień gada.
Słuchaliśmy ognia i babcinych opowieści: o duchach i strachach, dziwnych stworach. Była to dość częsta rozrywka w zimowe wieczory, kiedy to radio było zarezerwowane dla ojca (wprawdzie nie rozumieliśmy dlaczego nie nastroi na dobry odbiór, tylko słucha szumów i trzasków), o telewizji jeszcze mało kto słyszał.
Miło było słuchać gadania ognia, ale ten huk był nie do zniesienia. Uciekaliśmy, nie tyle przed żarem, ogniem, co tym hukiem. Z dala obserwowaliśmy strażaków, szczególnie Franciszkanów z Niepokalanowa, którzy głownie skupiali się na tym, aby nie dopuścić do rozprzestrzenienia się ognia na sąsiednie domy.
Ogień zgasł. Poszliśmy spać. Rano miasto żyło tylko tym tematem. Po lekcjach pobiegliśmy obejrzeć z bliska spalenisko. Zostały tylko mury i ziejące pustką wypalone oczodoły okien. Widok taki straszył śpieszących do i od stacji ulicą Mielczarskiego jeszcze przez wiele lat. W końcu je rozebrano, a w tym miejscu postawiono blok mieszkalny. Wielu lokatorów pewnie nie ma świadomości tragedii, jaka się tam rozegrała.
Pierwszy poważny stres związany był z egzaminem do szkoły średniej. Kto ma
w głowie olej ten idzie na kolej. Tak mawiał wujo kolejarz. Pod jego wpływem rodzice postanowili (tak, tak), że będę zdawał do Technikum Kolejowego w Warszawie. Pisemne w zasadzie bez problemu. Z polskiego „piątka” - zwolniony z ustnego. Z matematyki: „trzy plus”. Wystarczyło zdać ustny na 3 i byłbym przyjęty. Tak by się stało, gdybym robił swoje i udawał, że nie widzę i nie słyszę. Przede mną odpowiadał chłopak, który nic nie umiał. Nie kapował ni w ząb, co mu podpowiadam. Dostał dwóję i wyszedł. Kiedy ja robiłem swoje procenty przy tablicy do klasy wszedł pan dyrektor z ojcem chłopaka, co przede mną oblał. Coś tam poszeptali, pani wzięła od ojca gąskę, poprawiła dwójkę na trójkę i mogło być po sprawie. Mogłoby, gdybym się nie odezwał. Zupełnie niepotrzebnie powiedziałem, że jak mnie by się nie powiodło to ojciec z gęsią nie przyjedzie, nie będę miał szans. Pani powiedziała, że mam rację, że mogę wyjść, że stawia mi dwóję.
To nie było najgorsze. Bycie kolejarzem to nie było moje największe marzenie. Owszem, martwiłem się trochę, co mama powie, ale wiedziałem, że się dogadamy. Najgorsze było to, że z wrażenia pomyliłem pociągi. Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy nie zatrzymał się w Żyrardowie. Poszedłem z pytaniem do konduktora i usłyszałem:
- Nigdy się nie zatrzymuje w Żyrardowie. najbliższa stacja to Koluszki, potem Zebrzydowice Śląskie.
- A to nie łódzki? - spytałem.
- Nie, międzynarodowy.
No to się trochę zestresowałem. Bilet do Żyrardowa. Ja bez pieniędzy, najbliższa stacja Koluszki, a wrócić tez trzeba. Opowiedziałem swoją historię. Facet zrozumiał. Wziął mnie do przedziału służbowego, dostałem kanapki, a w Koluszkach przekazał konduktorowi łódzkiego do Warszawy z prośbą wysadzenia mnie w Żyrardowie. W domu szczęśliwi, że wróciłem. Mama stwierdziła, że coś wymyślimy i tak zostało.
Dziś to byłoby niemożliwe. Firma „Renoma”, czy jak jej tam, kontrolująca pasażerów
w pociągach takiej gratki by nie przepuściła. Kara i to duża na bank.
Drugi poważny stres to egzamin z matematyki na maturze. Przez pięć lat technikum było tak, że ja pisałem chłopakom wypracowania, a oni mi matematykę. Na klasówkach tak samo. Usadzili nas według takiego klucza, że ja siedziałem w pierwszej ławce środkowego rzędu. Naprzeciw stołu komisji. Za stołem Dyro, wychowawca, matematyczka i „kurwiz”, (skrót od kuratoryjnego wizytatora według ówczesnej mody, która dotarła do nas ze wschodu). „Kurwiza” chyba bolą nogi. Ani na krok się nie rusza zza stołu. Matematyczka umiera ze strachu bo zna moją wadę. Wie, że jak nie dostanę ściągi, dupa blada, bez szans. Pyta oczami, czy mam ściągę, sygnalizuję, że nie. Dyskretnie rozkłada ręce dając do zrozumienia, że marnie to widzi i pomóc tez nie może. „Kurwiza” bolą nie tylko nogi, ale chyba też i zęby. Podparł się rękoma i patrzy tępo prosto na mnie. Z nudów zaczynam czytać treść zadań. Podstawowe rzeczy znam. Jakieś wzory skróconego mnożenia, pola powierzchni
i objętości. Coś zaczynam kombinować. Nawet wychodzi. Metodą brzuchomówcy pytam kumpla z tyłu co mu wyszło. Podaje mi wyniki podobne do moich, ale mówi, że to dopiero na trójkę, że jeszcze trzeba zlogarytmować, cos tam rozwinąć. A goń się! Jak na trójkę wystarczy to starczy. Oddaję pracę, wychodzę zestresowany czegoś się napić. Za dwa dni matematyczka mnie ochrzania, bo jakbym tak się nie śpieszył, jeszcze trochę policzył, zlogarytmował to mogłaby być nawet czwórka. A jeszcze przedwczoraj umierała ze strachu, że nie dam rady.
Po skończeniu szkoły trzeba iść do pracy. Ze Zbyszkiem G. (teraz w TVP inżynier wozu transmisyjnego) mamy przydział do ZURiT-u w Warszawie Włochach. To taka firma, która zajmuje się naprawą sprzętu RTV. Wtedy to się naprawiało! Trzeba było znaleźć zepsuty opornik lub kondensator, niechodzącą (tak się mówiło o zepsutej) lampę, a było tego całe mnóstwo. Pojechaliśmy do Warszawy. Na drzwiach kartka: „dziś nieczynne”. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W międzyczasie dostałem propozycję pracy w biurze konstrukcyjnym skierniewickich zakładów transformatorów radiowych. Znacznie bliżej. Tylko 25 minut pociągiem.
Kolejny stres. Dostaję zadanie zaprojektowania obejmy do najnowszego modelu transformatora. Dostaję rozwolnienia. Przecież nie mam pojęcia jak to się robi.- Spokojnie - mówi jeden z pracujących w biurze. - Niczego nie wymyślasz. Weź katalog, sprawdź numer katalogowy twojego transformatora i maluj.
-A co z rubryką konstruował, kreślił? - pytam
- Piszesz swoje nazwisko i tyle - mówi.
- Ale to będzie to samo co w katalogu - nie daję za wygraną.
- W katalogu jest ogólnie, a twoja obejma jest do konkretnego transformatora- definitywnie kończy inżynier, Soin bodajże się nazywał. Zaglądam jeszcze trzy razy do katalogu, trzy „zaprojektowane” przeze mnie obejmy trafiają do działu technologii i na produkcję, a ja dowiaduję się, że są jeszcze przyjęcia w Studium Nauczycielskim w Grodzisku Mazowieckim. Jadę, aby się dowiedzieć, co musze zrobić, by móc tu się uczyć.
Najpierw musze uzyskać zgodę z Kuratorium na zmianę zawodu. Dowiaduję się, że państwo zainwestowało we mnie po to, abym teraz służył rozwojowi przemysłu. Mówię, że co to za wkład przepisywanie z katalogów.
Prosi, abym powiedział czemu chcę zmienić zawód? Mówię o pracy w harcerstwie, prowadzeniu drużyn zuchowych i harcerskich, obozach, biwakach, itp. Po godzinie mojej opowieści bierze pióro do ręki, podpisuje papier i mówi:
- rzeczywiście nie żal wyrazić zgody, będzie z pana dobry nauczyciel.
Ze zgodą w kieszeni jadę do „Zatry”. Mówię, że chcę się dalej uczyć i proszę, aby poszli mi na rękę i rozwiązali umowę bez wszystkich wymaganych formalności. Kierownik daje mi dzień na znalezienie następcy. Z robotą by sobie dali radę, ale chodzi o etat, jak będzie nie zajęty zabiorą. A wtedy nie dadzą rady jak będzie więcej roboty. Nie bardzo rozumiem, ale przyprowadzam. Ankę, koleżankę z Technikum. Anka do pracy, ja do nauki. Jeszcze tylko przekonać rodziców. Tata nie bardzo zadowolony - Już były jakieś pieniądze. Już było trochę lżej. Mama kończy sprawę.- Ucz się synu. Damy radę.
Później to już same stresy. Trudno sobie wyobrazić zawód nauczyciela wychowania fizycznego bez stresu. Największe kiedy przegrywaliśmy brązowe medale OIMS
w badmintonie. Pierwszy raz w Częstochowie. Mecz z Koszalinem o medal. Po grach pojedynczych i podwójnych dziewcząt i chłopców jest 2:2. O wszystkim zadecyduje mixt (para mieszana). Powinien być nasz. U nich Zięba (najlepszy wtedy badmintonista w tej kategorii wiekowej, późniejszy mistrz Polski) grał już dwa razy: singla i debla. Regulamin jest jasny: jeden zawodnik może grać w dwóch grach. Tymczasem Zięba wychodzi po raz trzeci. Protestujemy u sędziego. Mówi, że taka jest decyzja kierownika wyszkolenia PZBad (była medalistka w jeździe szybkiej na lodzie, żona Prezesa Związku). Decyzja jest ostateczna, podyktowana względami szkoleniowymi. Przegrywamy na przewagi. Bez Zięby mielibyśmy 3:2 i medal.
Za rok Wrocław. Znów gramy o medal. Układ jest taki, że kto wygra singla chłopców, wygra 3:2. Pierwszy set wygrywamy. Gra Radek O. z jednym, z najlepszych wtedy w Polsce badmintonistów. Drugi do tyłu. Jest po jeden. Trzeci set decyduje kto wygra grę. Walka jest równa, punkt za punkt. 14:13 dla Radka. Lotka zawisła na siatce. Wszyscy obserwują gdzie spadnie. Raz na lewo, raz na prawo. Kilkakrotnie. Spada no pole Radka. Nie ma jak jej podbić. Po „14”. Wiem, że Radek jest ugotowany. Piętnasty punkt to tylko formalność. Znowu przegrywamy mecz 3:2. Przeżyłem to bardzo, jak wiele podobnych sytuacji. Jak każdy nauczyciel z ambicjami.
Stres powoduje, że stojąc na lodzie, przy 20 stopniach mrozu człowiek jest cały spocony. Tak było, gdy walczyliśmy o złoty medal WJMS w jeździe szybkiej na lodzie z Domaniewicami. Oni wygrywali co roku. My po raz pierwszy w finale. Drużyna składa się z 4 chłopaków. Jadą najpierw dystans krótki w kolejności ustalonej przez nauczycieli. Później dystans długi (1000 m). Kolejność według czasów z jazdy krótkiej. Najlepsi w ostatniej parze. Po trzech parach jazdy długiej i po jeździe krótkiej mamy niewielką przewagę. W ostatniej parze Adam może przegrać, byle nie więcej niż o 1 sekundę. Jadą łeb w łeb. Co kółko zmiana prowadzenia. Jest szansa. Kto wygrywa ma finał krajowy. Po ósmym kółku rywal pęka. Teraz Adam ma za zadanie dojechać. Bez upadku, który zawsze powoduje stratę czasu, dojechać. Dojechał. Była radość olbrzymia. Nerwy wcześniej jeszcze większe.
Sporo emocji, nerwów, stresu przyniósł rok 1978. Normalnie miałbym czas na zdanie ostatnich egzaminów i obronę pracy magisterskiej (teraz egzamin) do czerwca (w czerwcu mój promotor wyjeżdżał do Stanów na kontrakt). Normalnie.
W życiu jednak mało co dzieje się normalnie. Na ten rok przypadła kolej na naszą szkołę, aby przygotować pokaz gimnastyczny na koniec roku szkolnego. To taka żyrardowska tradycja tamtych lat. Święto sportu szkolnego. Podsumowanie współzawodnictwa sportowego w danym roku szkolnym Spotkanie wszystkich szkół na torze kolarskim z władzami miasta. Wręczenie pucharów, nagród, pokaz gimnastyczny. Każdego roku inna szkoła.
Wojtek (Dyrektor) próbował się z kimś zamienić, wiedząc, że kończę studia i możemy nie dać rady. Niestety nikt nie chciał tego robić, gdy nie musiał. Jest dużo roboty, poza tym trzeba mieś pomysł. Za pierwszym razem robiliśmy wspólnie z „siódemką”. Pamiętam jak powstał scenariusz. Spotkaliśmy się w czworo. Ja z koleżanką od wf dziewczyn i dwoje wuefistów z siódemki: Kajka (nota bene moja pierwsza wychowawczyni z kl. I) i Paweł (już nie żyje). Od czegoś trzeba było zacząć. Zaczęliśmy od litra wódki, kilograma chleba i kilograma moskalików (rodzaj śledzi). Wypiliśmy, zjedliśmy, a potem dziewczyny powiedziały, że z nami nie ma roboty, i że one zrobią to same.
Tym razem samodzielnie. Nikt nie chciał się zamienić. Ja mam trzy egzaminy i pracę magisterską. Maryla umiera ze strachu. Ustalamy z Wojtkiem, że szybko zdaję egzaminy (umawiam się na „zerowe” terminy), z promotorem ustalamy najszybszy z możliwych terminów ostatniego badania grupy eksperymentalnej i kontrolnej. Wychodzi, że po opracowaniu wyników badań, wyciągnięciu wniosków i opisaniu wszystkiego zdążymy z obroną do końca kwietnia. W międzyczasie dostarczam Maryli główną koncepcję pokazu. Poprzedni był oparty o gimnastykę szwedzką tzw. „wymachy spod pachy”. Nie lubię się powtarzać, więc teraz proponuję taniec nowoczesny w oparciu o odpowiednią muzykę z wplecioną recytacją wierszy. Hasło: „Młodość - Ojczyźnie”.
Ja zdaję egzaminy i pisze pracę, Maryla uczy małe grupy ruchów stosowanych
w pokazie. Jestem magistrem. Wracam do roboty na pełnych obrotach. W międzyczasie dostajemy propozycję udziału w pochodzie 1 Majowym w Skierniewicach. Wiedzą, że szykujemy pokaz i możemy się zaprezentować liczną grupą. Wojtek się broni, bo nie mamy możliwości jednakowych strojów dla tak licznej grupy (60 osób). Przez kolegę z WFS negocjuję z Urzędem Wojewódzkim kasę na zakup jednolitych strojów. Dostajemy 20 000 zł, co wystarcza w tamtym czasie na zakup 200 koszulek (w pięciu kolorach), zakup spodenek dla chłopców i materiału na spódniczki dla dziewcząt. Białe skarpetki i tenisówki dzieciaki kupują same.
Ustalamy z Dyrekcją, że od 1 Maja lekcje są od 800 - 1130. Bez w-fu, śpiewu, rysunków, robót. Powstaje specjalny plan. Od 1200 wszystkie dzieciaki z kl. V-VIII są do naszej dyspozycji. Zaczynamy ćwiczyć w całości z muzyką, którą w międzyczasie
z chłopakami z VIII klas nagraliśmy. Nie było łatwo, bo przedstawiłem im koncepcję, treść wierszy, a oni mieli mi przedstawić do tego muzykę. Zaczynaliśmy pieśnią: „Ukochany kraj”. Na tym wchodziliśmy z pochyłości toru na płytę asfaltową. W górze białe i czerwone kółka tworzące flagę. Dzieciaki w bluzkach w kolorze kółek olimpijskich, dół biały. Z taśmy wiersz: ”Kraju mój, kraju barwny” - do tego muzyka i imitujące pracę, np. górników, ruchy. Nagrali muzykę zespołu Deep Purple, między innymi „Dziecko w czasie”. Mi się podoba. Maryla ma obiekcje, czy nam wyrażą na to zgodę?
- Kto? - pytam - niby kto ma się zgodzić?
Idziemy do Wojtka. Słucha. Patrzy w scenariusz i mówi - Nie jest to głupie. Robimy.
No to robimy. Najpierw długo ustawiamy według kolorów koszulek (pewne figury wykonują w kołach olimpijskich), wręczamy białe i czerwone kółka, by wchodząc pokazali biało-czerwoną flagę. Na koniec ustawiamy hasło: „Młodość - Ojczyźnie”. Tak się zakończy pokaz. Zapisujemy kto jaki ma mieć kolor koszulki i gdzie stać we fladze i gdzie kuca w haśle.
Następne próby to wchodzenie i wychodzenie. Biegamy z Marylą dookoła grupy. Jak my z przodu to bałaganią tyły i na odwrót. Stwierdzamy, że taka robota jest do dupy. Od następnego dnia wchodzę na dach. Do dyspozycji mam dwie 100 W kolumny. Wreszcie wszystko widzę, słychać mnie na działkach w oddalonym o 4 km Korytowie. Dowiedziałem się później od znajomego, że około 1200 przerywano tam pracę, by posłuchać mojego komentarza i moich poleceń. Podobno najwięcej kontrowersji wzbudziło moje odezwanie: „Jasiu jak cię kopnę w d..., to ci parasol wyskoczy”. Jedni mieli wątpliwości, czy nauczyciel mógł się tak odezwać, inni zastanawiali się, czy jest to możliwe (aby parasol wyskoczył). Poza tym spytał:
- Panie, to już nie można było dać innej muzyki, tylko takie łubu du?
- Przecież robię pokaz z młodzieżą, to jest ich muzyka, jak będę robił z Kołem Emerytów albo POD to wybiorę Fogga!
Pokaz się udał. Podobało się wszystkim. Zbieramy gratulacje. Czujemy ulgę. Spadło
z nas olbrzymie napięcie. Dziękujemy dzieciakom, gdy przychodzi Janek J. (szef żyrardowskiego SZS) i mówi:
- Słuchaj, Józiek, jest afera.
- Podobało - się pytam.
- Pokaz się podobał, - mówi Janek - ale Elka (I sekretarz KMPZPR) ma pretensję, że meldunek złożyłeś nie Jej tylko Jadźce (Inspektor W.O i W.). Będzie awantura.
- Przecież moim przełożonym jest Kierownik Wydziału Oświaty i stąd mój meldunek. Jadźka mogła złożyć Elce jako swojej przełożonej.
Zbieramy dalsze gratulacje. Przychodzi znajomy z działek. Podobało mu się bardzo, muzyka do tych ruchów pasowała, ale jeśli idzie o niego to będzie słuchał Fogga.
Na drugi dzień Wojtek informuje, że mamy w trójkę iść do Wydziału Oświaty. Na dywanik?
Nie. Na kawę i ciastka. Otrzymujemy oficjalne podziękowanie. Jeszcze raz słyszymy, że podobało się, że było takie inne, niepowtarzalne widowisko.
- A meldunek? - pytamy.
- Nie ma sprawy. Już wszystko wyjaśnione.
Jednak sprawa była. Odwleczona tylko w czasie.
Na Dzień Nauczyciela dostałem zaproszenie na obchody miejskie. Miałem dostać nagrodę Ministra Oświaty. Wszystkim wręczono, oprócz mnie. Po imprezie Wojtek spytał co ze mną?
- A to nie dostał?
- Nie!
- To musiało coś się skleić.
Wręczono mi po imprezie, w mniejszym gronie. Przypadek? Może tak, może nie. Nie ma sprawy.
Drugi przypadek. Kolega musiał opuścić stanowisko Komendanta Hufca ze względów osobistych. Komenda przygotowała listę kandydatów do rozmów z KMPZPR (stanowisko to wymagało ich akceptacji). Było 5 nazwisk. Moje na pierwszym miejscu. W „białym domku” (tak się zwał budynek KMPZPR) kolejność odwrócono. Pierwszą na rozmowy poproszono koleżankę z 5 pozycji.
Straszne były pierwsze dni stanu wojennego. Lubię pospać, gdy nie musze rano wstawać. To mnie zgubiło 13 grudnia 1981r. Gdybym wstał rano może nie byłoby mnie w domu, gdy przyszedł posłaniec w wojskowym mundurze.
- Pan Adamczyk?
- Tak.
- Pan się ubiera i idzie ze mną.
- Ale co się stało? - pytam zdziwiony.
- Ogłoszono stan wojenny. To wezwanie dla pana - pokazuje jakiś papier.
- Ale ja nie służyłem w wojsku!
- Dlatego ma pan powołanie do ROMO (nie mylić z ZOMO).
Nie ma wyjścia. Ubieram się. Idziemy na Komendę Milicji. Kogo tam nie ma. Awanturujący się nauczyciel, chce aby go internować, bo był w „Solidarności”.
- Idź ojciec do domu - odpowiada dyżurny.
Awanturujący się ludzie, którzy chcą iść do domu.
- Siedzieć i czekać - mówi dyżurny.
Siedzimy i czekamy. Kogo tu nie ma! Takie jak ja pierdoły, co nie były w wojsku („przeniesiony do rezerwy bez odbycia służby wojskowej”), oficerowie rezerwy
i szeregowi, którzy służyli w KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego), czy WOP (Wojsko Ochrony Pogranicza). Działacze „Solidarności” i członkowie PZPR.
Po co my tu? Co z nami? Czy można iść do domu? - Macie czekać! Jedyne, co słyszymy od dyżurnego.
Nauczyciel tupie, przeklina, chce być internowany. Od dyżurnego słyszy to, co przedtem:
- Idź ojciec do domu!
W końcu ktoś się nami zajął. Dostajemy mundury i dalej czekamy. Czas mija, a my dalej nie wiemy na co czekamy. Pod wieczór dowiadujemy się, że za chwilę będą samochody i pojedziemy do miejsca zakwaterowania. Dokąd? Nie wiadomo. Samochody będą za godzinę. Dostajemy pozwolenie, by pójść do domu i pożegnać się z rodziną. W minutę opustoszała cała komenda. Został nauczyciel i dyżurny. Po godzinie wszyscy są z powrotem. Samochodów jeszcze nie ma. Przyjechały około 2100. Wsiadamy.
- Dokąd nas wiozą? - pytam.
- Nie wiadomo.
Pół godziny jazdy ciężarówką w ciemnicy. Każą wysiadać. Znam to miejsce. To Teresin. Tu mieliśmy obozy sportowe z lekkoatletami. Zakwaterowani jesteśmy w CODKO (Centralny Ośrodek Doskonalenia Kadr Ogrodniczych). Dostajemy kolację i jesteśmy informowani o sytuacji w kraju. Jakbyśmy nie wiedzieli jaka jest.
Mamy mieć warty, dyżury, jak w wojsku. Warta według listy. No to pierwsza noc moja. Łazimy po terenie. Parkan solidny. Na ulicach żywego ducha. Śnieg chrzęści pod nogami. Mróz ostry. Ciemno jak u murzyna po jagodach. Tylko w oddali czerwona łuna. Każdy łazi po swoim odcinku. Od czasu do czasu spotykamy się wymieniając uwagi. Niewiedza podsuwa najrozmaitsze myśli.
- Może to Warszawa płonie? - mówi jeden z nas pokazując łunę.
- Nie gadaj głupot - mówi drugi - to sodówki we młynie w Szymanowie.
Wie co mówi. Jest z Sochaczewa. Tam pracuje.
Od rana szkolenie. Czytają nam przepisy. Kiedy i w jaki sposób użyć pałki. Co grozi za użycie niezgodne z przepisami. Jesteśmy szykowani do patrolowania ulic. Mamy to robić wspólnie z milicjantami i ORMO-wcami. Sprawdzać, czy nikt się nie włóczy po godzinie milicyjnej. Pilnować, by nikt nie mazał wrogich haseł po murach. Akurat upilnujemy! Kto chce namazać to upilnuje nas. Wiem coś o tym.
Gdy byliśmy uczniami szkół średnich graliśmy w piłkę nożną na polanie blisko torów kolejowych. W przerwie meczu założyliśmy „Antyk”. Związek antykomunistyczny. pozdrowienie HI-FI. Znak graficzny - swastyka. Ale nie faszystowska. Dla nas to był krzyż teutoński. Nie była to sprawa ideologii. Raczej zwykła młodzieńcza głupota. Żeby zaznaczyć swoje miejsce wyryliśmy swastyki w otynkowanych murach garaży, czy komórek. Związek przetrwał całe trzy dni. Czwartego zaciętą walkę o piłkę pod jedną z bramek przerwało przybycie milicjantów. Zabrali ze sobą Adama, który był szefem naszego związku. Reszta wystraszona złapała za leżące tu i ówdzie cegły i zaczęliśmy zacierać ślady naszej działalności. Wrócił Adam. Chcieli, żeby rozpoznał łobuzów, którzy napadli go kiedyś na jednej z głównych ulic i zabrali mu okulary. Ani słowa o organizacji. To jednak uświadomiło nam ewentualne konsekwencje. Rodzice zbyt ciężko pracują na nasze wykształcenie, by głupotą niszczyć ich wysiłek.
Mamy sprawdzać dokumenty. Pierwszy patrol w Wigilię. Wcześniej dużo strachu bez wychodzenia poza mury. Ktoś podsłuchał rozmowę zawodowej kadry. Są zamieszki na Śląsku. Być może „rzucą” nas do pilnowania porządku. Za chwilę uspokojenie. Zamieszki są, ale do pilnowania porządku pojadą zawodowcy. Później się dowiemy, ze chodzi o kopalnię „Wujek”. Znacznie później, ze była strzelanina i zginęli ludzie.
Są zamieszki na Śląsku, nie wiadomo jak będzie w Sochaczewie. Wyjazd na patrol
o 2000. Biegniemy w kilku do Kościoła w Niepokalanowie. Do spowiedzi i do komunii. Na drugi dzień będzie za to awantura (w mundurach do kościoła?), ale dziś jest nam lżej. Daleko od rodzin, w obcym mieście, w taki dzień. Pod nogami chrzęści śnieg. Dużo śniegu, duży mróz. Nikogo na ulicach. Z okien bije ciepło choinek. „Cicha noc, święta noc”, „Bóg się rodzi” słychać śpiew i grane kolędy. A my tup, tup, tup, tup (właściwie to skrzyp, skrzyp). Obawa co będzie, jak rusza ludzie na pasterkę. Ruszyli. Zrobiło się cieplej.
- Wesołych Świąt, Spokojnych Świąt - słychać co chwilę. Ktoś podszedł z opłatkiem. Jest lepiej niż myśleliśmy. Później się dowiemy, że pół Sochaczewa tupało w Żyrardowie, Łowiczu lub Skierniewicach. W każdej rodzinie kogoś wzięli. Do wojska lub do milicji.
Po pasterce ludzie poszli do domów. Pogasły światła, ludzie poszli spać. A my tup, tup do rana.
Następne noce podobne. Ludzie w domach, my na ulicach. Strach mniejszy. Mróz większy, ale my ciepło ubrani. Nawet groźnie wyglądamy z karabinami na plecach. Magazynki puste. A jaki mi mieli dać jak nie składałem przysięgi. Na Nowy Rok pozwolili jechać do domu. Z Szymanowa autobusem. Z dworca biegiem. Ubranie cywilne i runda po rodzinie. Mama opowiada, że została zatrzymana, bo za wcześnie wyszła po chleb. Na szczęście miała przy sobie dowód i tylko kazali jej pilnować godziny milicyjnej.
Mijały noce. Poznałem prawie wszystkich dozorców i palaczy w kotłowniach na terenie Sochaczewa. Niektórzy nawet, wiedząc kiedy znów tupiemy, specjalnie się przygotowywali robiąc góralską herbatę. „Z prądem”. Ze mną tez mieli dobrze bowiem w miarę sprawiedliwie obdzielałem papierosami ojca oraz ich. Ja nie paliłem, a dostawaliśmy w przydziale paczkę papierosów dziennie.
- Nie przydałby się pan bardziej w szkole? - pytali.
- Pewnie, że tam jestem bardziej potrzebny, nawet się staram z tego wyjść, ale to potrwa.
Żeby wyjść z tego munduru zgodziłem się na prośbę Kuratora zostać Kierownikiem Biura Zarządu Wojewódzkiego Szkolnego Związku Sportowego w Skierniewicach. Musiało mnie tylko zatwierdzić Prezydium. Na posiedzenie przyjechałem w mundurze,
z pistoletem:
- No, kto przeciw? - zażartowałem biorąc pistolet do ręki.
I bez pistoletu nie byłoby sprzeciwu. Zgodnie z dekretem o stanie wojennym obowiązywała jednoosobowa odpowiedzialność kierowników jednostek wojewódzkich. Taką był Wojewódzki Szkolny Związek Sportowy. Kurator był jego Przewodniczącym. Brakowało kogoś, kto by tym interesem pokierował na co dzień. Więc byłem ja. Zadowolony, że wyjdę z munduru. Zenek (Kurator) zadowolony bo ma z głowy bałagan.
Poszły pisma do urzędów. Wcześniej telefoniczne uzgodnienie. Jest decyzja. Wychodzę 12 lutego i biorę się za robotę. Już się cieszę, 12 luty niedługo. Koledzy zazdroszczą, bo nie wiedzą kiedy koniec tego bałaganu. Byli jeszcze do połowy kwietnia.
W międzyczasie jeszcze rogatka w Skierniewicach. Zatrzymujemy autobusy, sprawdzamy ludziom dokumenty. W osobowych sprawdzamy bagażniki. Podobno jest nielegalny ubój i stąd brakuje mięsa w sklepach. Biorąc pod uwagę jak nas karmią braku mięsa nie dostrzegam. Ci co się muszą wyżywić sami też by chcieli mięso jeść, dlatego wożą ze wsi do miast. Ale nie tędy. Sam będę woził później bocznymi drogami. Dni zlatują szybko. Autobusy wożą ludzi do pracy i z pracy. Osobowe wożą ludzi, którzy muszą coś załatwić w Urzędach w Skierniewicach. Jest kogo sprawdzać. Gorzej nocą. Autobusy nie jeżdżą. Osobowe bardzo rzadko. Rogatka musi być obstawiona przez 24 godziny. Ustalamy warty. Jeden pilnuje, reszta śpi. Mamy na rogatce barak z „kozą” (taki piecyk). Ustalamy kolejność dyżurów na drodze i przy piecyku (jak zgaśnie robi się zimno). Robi się zimno. Zerkamy spod koców na piecyk, pali się. Widocznie mróz coraz większy. Robi się coraz zimniej. Piecyk się pali. Rano okazuje się, że ten który miał pilnować piecyka usnął, a w środek piecyka wstawił świeczkę. Widzieliśmy płomień, ciepła nie było z czego czuć.
Przyszedł rozkaz. Wszyscy nauczyciele zwolnieni 11 lutego. Są bardziej potrzebni
w szkołach niż na ulicach. A palacze to mówili już miesiąc temu.
11 luty. Nauczyciele do domów. Mamy iść po wpis do książeczki i kartkę na wydanie ciuchów. Idę po wpis.
- A Ty gdzie? - pyta dowódca.
- Po wpis i do domu - odpowiadam.
- Jutro! - słyszę - Dla Ciebie idzie indywidualny rozkaz.
Koledzy się cieszą. Ja mówię coś nie nadającego się do powtórzenia i wychodzę trzaskając drzwiami. Za chwilę przychodzi dowódca kompanii.
- Jedź do domu, papiery załatwimy później. Korzystam ze służbowego wyjazdu do Łowicza. Przebieram się w ciuchy kierowcy. W swoje się nie mieszczę. Z 82 kg na 96. Odwożą mnie do domu. Oddaję nie swoje ciuchy, wypijamy po lufie i dla mnie po wojnie.
Zaczęły się prawdziwe boje o pieniądze na działalność MKS-ów, realizację kalendarza Szkolnych Igrzysk Sportowych, organizację obozów sportowych, itd. Trzeba było skompletować obsadę biura tzn. ludzi do organizacji zawodów. Przekonać księgową, że jak załatwiam pieniądze w Urzędzie Wojewódzkim to one są potrzebne i nie należy ich odsyłać z powrotem. Zasada pierwsza: nie ma pieniędzy, nie ma księgowania, nie ma roboty.
A roboty było dużo. Wtedy nic się nie kupowało tylko załatwiało. Siatkarze awansowali do mistrzostw Polski juniorów. Przecież nie pojadą jak łachmaniarze. W końcu reprezentują województwo. Dyrektor Wydziału Sportu Urzędu Wojewódzkiego dał się przekonać, że potrzebne są dodatkowe pieniądze. Ale jak przekonać obsługę sklepów sportowych, że potrzebne są dwa komplety koszulek i spodenek, kiedy we wszystkich sklepach panowało zaczarowane: „nie ma”. Prezes WFS dał samochód, Wojtek znał Prezesa Spółdzielni Dziewiarskiej w Piotrkowie Trybunalskim. Wzięliśmy skrzynkę wódki i dwa koniaki i po stroje. Nie będę opisywał jak to wyglądało, bo każdy wie, jak się opróżnia flaszki i jak się potem czuje. W każdym bądź razie o 1600 (do tej godziny się pracowało) odebraliśmy dwa komplety koszulek i majtek, faktury do zapłaty (płaciło się przelewem) i do domu. Chłopcy mieli zdobyć srebrny medal, zajęli czwarte miejsce, ale jak wyglądali. Wszyscy zazdrościli im strojów.
Jeszcze przeprowadziłem Wojewódzkie Igrzyska Młodzieży Szkolnej w Żyrardowie, załatwiłem kontrolę Głównej Komisji Rewizyjnej SZS. Po to był między innymi potrzebny Kierownik Biura. Bez niego nikt z zewnątrz nie mógł sprawdzić dokumentacji finansowej i działalności statutowej. Kontrola wypadła dobrze. Jeszcze zdążyłem złamać rękę w czasie meczu hokeja na lodzie: SZS kontra LZS (stawka pół litra wódki, zresztą wypita przed meczem). Jeszcze wspólnie z wizytatorem KO i W oraz v-ce dyrektorem Wydziału Sportu U. W. wypracowałem i doprowadziłem do podpisania dokumentu o nazwie „Porozumienie w sprawie funkcjonowania sportu dzieci i młodzieży” i wtedy Kurator zabrał mnie do siebie. Na wizytatora d/s sportu szkolnego.

Po pracy wpadaliśmy do rodziców. Było po drodze do domu. Wypijaliśmy herbatę, kawę, pogadaliśmy, czasem zjedliśmy obiad. Rodzice nasze wizyty bardzo lubili, zwłaszcza mama. Kiedy organizowałem zawody lub w nich uczestniczyłem ze swoimi dzieciakami spotykaliśmy się z Elą też u mamy. I tak właśnie było gdy dowiedzieliśmy się o chorobie mamy. Gdy wszedłem do mieszkania mama płakała, Ela paliła papierosa (a już tego nie robiła), siostra milczała.
- Co się stało? – pytam z progu.
- Rak ci synu będzie! – mówi mama i szlocha.
Siostra opowiada, że była z mamą u ginekologa, że jutro trzeba zawieźć mamę do poradni onkologicznej w Skierniewicach. Pyta czy będę mógł? Pewnie, że będę. Nawet gdybym nie mógł, to bym mógł. Przecież nie żyjemy na pustyni. Ktoś by mnie zastąpił. Na szczęście nie trzeba.
Rezygnujemy z planowanych zakupów. Zostajemy z mamą. Tłumaczymy jej, że to jeszcze nie wyrok. Że trzeba zrobić dodatkowe badania. Że może to nie rak. Po minach dziewczyn widzę, że nie wierzą w to co mówię, ale dzielnie mi sekundują. Mama jakby spokojniejsza.
W każdym bądź razie nie płacze. Idziemy do domu. Siostra tłumaczy, że wygląda to naprawdę strasznie. Lekarz to kolega. Ma sto procent pewności, że to to .
Noc straszna, nieprzespana. Rozmowa z Bogiem. Bez pretensji, raczej prośby o łaskę uzdrowienia. Przez moment myśl: dlaczego ona, a nie ja. Ja młody, silny, może bym dał radę. Sralis, margalis, benedyktus duptus jak mówił mój ojciec, kiedy chciał nam dać do zrozumienia, że to co mówimy mija się z prawdą. Przypomina się 15-letnia dziewczyna z bólem kolana. Wszyscy myśleli, że kontuzja. Dziewczyna uprawiała sport. Tymczasem to zaawansowany nowotwór. Już pochowana. Przypomina się Eli uczeń z II klasy. Na wakacje odszedł zdrowy, a we wrześniu już był pogrzeb. Przypominają się trzej znajomi, o śmierci których dowiedziałem się w odstępie dwóch tygodni. Też nowotwory. Nawet się wtedy wystraszyłem, bo też byłem w Chrystusowym wieku. Na to świństwo nie ma mocnych. Kosi starych i młodych.
Guz duży, twardy, nieoperacyjny. Dostajemy receptę na leki. Tabletki do łykania 3 razy dziennie i zastrzyki co dwa tygodnie. W aptece są tylko zastrzyki. Tabletek nie ma. I nie wiadomo kiedy będą. Uruchamiamy szwagra, który jest codziennie w Warszawie. Po południu mama zażywa już pierwszą tabletkę.
Kiedy jedziemy na wizytę i zastrzyk pan doktor zdziwiony, że mamy wszystkie leki. Wszyscy mówią, że nigdzie nie można ich wykupić – mówi doktor. – Można. Tylko trzeba chcieć. Szwagier zjeździł pół Warszawy.
Co dwa tygodnie zastrzyk, 3 razy dziennie tabletka, zaczynają się wymioty.
- Damy torecan – mówi doktor.
W czasie rekolekcji podejmuje się być trzeźwym w zamian za zdrowie mamy. A piłem wtedy sporo.
Po którejś z wizyt doktor oniemiały powtarza:
- Cud, prawdziwy cud! Zmalało i zrobiło się miękkie.
Rozważa możliwość operacji, jeśli będzie dalej taki postęp. Będzie operacja. Mama zadowolona. My też.
Lekarz, który miał mamę operować odsunięty od czynności zawodowych. Nadużywał napojów. Będzie operował ordynator w towarzystwie onkologa. Dobrze to? Czy nie? Nie wiemy. Później mama nam opowie, że miał do nich pretensje, że nie tak zrobili jak prosił. Jeszcze później nam onkolog powie, że dziś się tak już nie operuje. Że jest tendencja do operacji oszczędzających. Czy słusznie? Nie wiemy. Skąd to mamy wiedzieć.
Znacznie później Ela powie, że moja blizna pooperacyjna to szczyt elegancji w porównaniu z tamtą. U mnie cienka, prosta kreska. U mamy poszarpana, jakby szukano po omacku. Znacznie później dowiem się, że przy o wiele mniejszych guzach operuje się radykalnie. Carcinoma ductale infiltrans. Wtedy to mi nic nie mówi. Dziś wiem, że to słynne „indiańskie ścieżki”. Jeden z groźniejszych nowotworów z naciekami.
Za trzy miesiące wizyta kontrolna. Pan doktor (przywrócony) zadowolony. Rozważa radioterapię. Ale to pobyt 6 tygodniowy w Łodzi. Mama przerażona: co z ojcem? Jak sobie sam da radę? Tłumaczymy, że nie będzie sam. Że jak będzie trzeba, to będzie u kogoś z nas. Mama wie swoje. Problem rozwiązuje onkolog. Za słabe serce. Może nie wytrzymać naświetlań. Może będzie dobrze bez nich. Trzeba wierzyć!
Jest dobrze do świąt Bożego Narodzenia. Poszedłem do rodziców narąbać drewna, wyjąć węgiel z piwnicy. Mama pokazuje gulę nad obojczykiem.
- Jutro jedziemy do lekarza! – oświadczam.
Doktor ściągnął strzykawką płyn. Guli nie ma. Radosne święta minęły szybko. Po nowym roku znowu gula. Znowu jedziemy. Znowu strzykawka. Znowu nie ma guli. I tak co dwa tygodnie, aż do czerwca. W czerwcu zostawiają mamę w szpitalu na drenaż torbieli. Pobyt w szpitalu, z przerwami, do 26 września.
„Torbielowaty twór”, którego wyściółkę stanowią częściowo atypowe komórki pochodzenia nabłonkowego, a częściowo ziarniste. W ścianie stwierdza się cechy przewlekłego zapalenia z ziarninowaniem. Kontrola w Poradni Onkologicznej.” W poradni mówią nam, że już nie ma czego kontrolować. Przerzuty. Koniec.
Nie wierzymy. Nie dajemy za wygraną. Ktoś nam poleca księdza Jacka. Przyprowadzam go do mamy. Radzi krople R 17 co dwie godziny. Homeopatia. W międzyczasie z dziury po drenie wali krew. Ksiądz Jacek radzi kompresy z przesmażonej cebuli. Robię to każdego ranka. W ciągu dnia robią to siostry na zmianę. Krwawienie ustało. Może jeszcze będzie dobrze? Jest ochota na jedzenie. Pilnujemy, żeby nie było odleżyn. Kiedy po dwóch dniach snu obudziła się z uśmiechem i poprosiła o coś do jedzenia odżyła w nas nadzieja. Jeszcze ucieszyła się z mojej nagrody kuratora z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Jeszcze poprosiła:
- No to pokaż ten medal – gdy wróciłem z uroczystości w Skierniewicach.
W czwartek rano kompres i do szkoły. W południe zajrzeliśmy czy czego nie trzeba. Nie trzeba, siostrzeniec ugotował kaszki i mama zjadła. Wieczorem będziemy znów.
Wieczorem siostra już w progu poprosiła nas o ciszę, bo zaczęło się konanie.
- Jak to? – pytam zdziwiony, nie chcę wierzyć. – Przecież...
- Tak, my też byliśmy po południu i myśleliśmy, ze będzie dobrze, ale się zaczęło...
O 21.00 był koniec. Może gdyby miała mocniejsze serce? Może gdyby operował według swego planu odsunięty doktor? Może gdyby mama wcześniej się zgłosiła? Wcześniej zauważyła? Gdyby lekarze pierwszego kontaktu byli lepiej przygotowani w zakresie profilaktyki chorób nowotworowych? Przecież z racji wieku i chorego serca była często u lekarza, czy oni nie widzieli? Przecież ją badali.
To było 12 lat temu. dziś jest niewiele lepiej. Rozmowa z panią na Andersa. Też ma mieć operację, potrzebuje coś od pani doktor Witowicz. Ja czekam na tamoksyfen . Może nie być potrzebny, gdy receptory nie będą hormonozależne. Wtedy odstawimy. Nie pomogą, ale nie zaszkodzą. Jeżeli zaś będzie potrzebny o ten czas będziemy do przodu.
Pani mówi, że duży guz, że lekarz ją zrugał, że tak późno.
- A dlaczego mi nic nie powiedzieli wiosną gdy robili operację serca? Przecież robili jakieś badania. Teraz do mnie pretensje, że nie zauważyłam! U lekarza jestem co miesiąc.
- Uspokajam kobietę. Nie wolno się denerwować. To szkodzi. Teraz trzeba ufać, że operacja się uda i będzie dobrze.
Po pogrzebie mamy wyczułem u Eli niepokój.
- Wiem czego się boisz – mówię.
- No, czego?
- Że zacznę pić. Nie zacznę – odpowiadam nie czekając na potwierdzenie domysłów.
- Obejmuje Elę ramieniem. Wiem, że mi wierzy. Wiem, że tego chce. Ja też chcę.
Ojciec musiał sobie dać radę dłużej niż sześć tygodni. Oczywiście z naszą pomocą. Pociągnął jeszcze rok. Jeszcze przeżył latem udar, z którego wyszedł zadziwiająco gładko i bez większych skutków ubocznych. Zabiła go tęsknota za mamą. W końcu przeżyli ze sobą 54 lata. Za każdym pobytem na cmentarzu powtarzał:
- Niedługo do Ciebie przyjdę.
Siatkarskie boje też sporo zdrowia kosztowały. I to te w żyrardowskiej „czwórce”
z dziewczynami. Na pierwszy trening przyszło 58 dziewcząt (sala miała wymiary
10,50 x 17,80 m) z czwartej klasy. Czego ja nie wymyślałem, aby było ich mniej. Było. Po roku zostało ciągle dużo, czterdzieści. A skąd wziąć tyle piłek? Ale od czego są balony? Zrobiło się lżej gdy zacząłem treningi z siatkarkami u żyrardowskich salezjan. Ich piłki i moje piłki razem dają jedną piłkę na dwie dziewczyny. Już można trenować z sensem. I z efektami. Dziewczyny z parafii salezjan wygrywają zawody w Łodzi. Jedziemy do Ostródy na półfinał Salezjańskich Mistrzostw Polski.
Młode dziewczyny z „czwórki” w Żyrardowie wygrywają mistrzostwa Żyrardowa. Radość wielka bo pokonały szkołę sportową. Pół Żyrardowa się cieszyło. Drugie pół nie. W finale wojewódzkim kolejna niespodzianka. Pokonujemy dziewczyny z Rawy Mazowieckiej, które były faworytkami naszej grupy. Ulegamy dopiero w finale skierniewiczankom. W ich składzie dziewczyna, która dziś jest w drużynie ekstraklasy. Ale srebrne medale są. Duży sukces. Umawiamy się z dziewczynami, że w dużej siatkówce nikt nam nie podskoczy. Pewnie by tak było. Dziewczyny urodziły się po to, żeby grać w siatkę. Niestety, zmieniam pracę, ale o tym potem. Albo wcale. Bo skoro o stresie mowa... To co umieją dziewczyny wystarcza na IV miejsce. I na grę w drużynie u salezjan , którą jeszcze przez jakiś czas prowadzę.
Międzyborów. Zdolne dzieciaki w tej miejscowości. Najpierw musiałem przekonywać do siatkówki. Cała Polska, Międzyborów też, grała wtedy w kosza. Efekt transmisji z ligi NBA. Porozumienie szkoły z salezjanami. Sala gimnastyczna za to, że raz w tygodniu ktoś od nich poprowadzi treningi z dzieciakami. Mnie to nie przeszkadza. Ale przy trzech moich treningach w tygodniu i wyjazdach na mecze do Łodzi, Płocka, Kutna czy Warszawy szkoła zaczęła żyć siatkówką. Po dwóch latach pierwszy sukces. Z dziewczynami wygrywamy Wojewódzki Turniej Szkół Promujących Zdrowie. W finale pokonujemy żyrardowską „dwójkę”. Sporo zdrowia kosztowało. Później z chłopakami. Mistrzostwo Powiatu Grodziskiego i wojna z „dwójką” żyrardowską o finał Mazowieckich Igrzysk Młodzieży Szkolnej. Na razie oni górą, ale nasza pora blisko.
Tu w Międzyborowie po latach spotkałem Jacka. Kolega moich uczniów z bardzo dawnych lat. Tworzyłem drużynę starszych panów. Pań zresztą też. Taki regulamin. W każdym meczu musiała być na boisku jedna kobieta. Jacek przyprowadzał syna do I klasy. Dziś Piotrek jest czołowym siatkarzem szkoły i klubu LKS Wrzos Międzyborów. I ma duże perspektywy na przyszłość. Poznałem go, zaproponowałem grę w naszej drużynie. Zgodził się. Obaj wtedy nie wiedzieliśmy, że to początek dużej siatkówki w Międzyborowie. Dużej siatkówki i dużych nerwów. Zarówno w siatkówce młodzieżowej (mecze z Metrem Warszawa, MDK Warszawa, Czarnymi Radom czy Netem Ostrołęka) jak i dorosłej. Naszej. Do 2001 grałem z nimi.
Mecz o wszystko. Wygrywamy 3:0 i mamy mieć mistrza. Jeśli przegrywamy bodaj choć seta jesteśmy tylko drudzy. Pierwsze dwa sety gładkie. Wszystko idzie. To nas uśpiło. W trzecim secie rywale odskoczyli na trzy punkty. Przy stanie 18:20 zaczyna się dramat. Trudna kąśliwa zagrywka, nieporozumienie między nami, słowa nie nadające się do powtórzenia. Szybko robi się 20:24. Wszyscy szykują się do zmiany stron. Włodek szykuje się za to do zagrywki. Trzyma piłkę w ręku. Ma 8 sekund na decyzję. Dedalem być czy Ikarem. Rozsądek i umiar czy mocna zagrywka? Może pójść w aut. Wtedy po marzeniach o mistrzostwie. A może jednak lekko technicznie? Ale wtedy przeciwnik ma ułatwione zadanie. Odbiór, wystawa i atak, a dla nas po marzeniach. 8 sekund. Włodek się zastanawia. Co nie zrobi ryzykuje. Mnie serce skacze do gardła. Ciśnienie ze dwieście. Włodek się nie myli. Odrzuca przeciwników od siatki. Mają kłopoty z odbiorem i z atakiem. U nas zaskoczyło, blok, rozegranie, ataki ze skrzydeł i z krótkiej. Włodek dalej się nie myli. Chociaż ciągle nie wie - Dedalem być, czy Ikarem. Rozwaga i umiar czy ryzyko? Gonimy, ale ciśnienie ciągle rośnie. Migotanie przedsionków za chwilę. Ich siła to: młodość, skoczność, siła, szybkość. Ich słabość to: młodość, skłonność do ryzyka, pewność siebie. Zagrywamy tak, by musieli rozegrać na lewy atak. Tam czekają już nasi w bloku. Później skoczyć i czapa pod nogi. Jest po 24. Już nie ma ryzyka, że jedna piłka pogrzebie marzenia. Ale trzeba wygrać dwie więcej niż oni. Tym razem ręce trzęsą się młodym. Po dwóch nieudanych atakach jest 26:24. Taniec radości całej drużyny. Już nie ważne, Dedalem być, czy Ikarem. Ważne że jesteśmy mistrzami. My, to skupieni wokół Jacka i mnie siatkarze i siatkarki MKS „Len” Żyrardów. Moi uczniowie i ich koledzy. Dziś moi koledzy. Znaleźli sprzyjające warunki w Międzyborowie do zabawy w siatkówkę. W ten sposób promują siatkówkę w tej małej miejscowości, Międzyborów na Mazowszu. Młodzi mają się od kogo uczyć. A wzory mają dobre. Starzy mają staż w drużynach I i II ligowych. Jeden nawet w reprezentacji Polski.
 

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Józef Adamczyk (j2003)

Forum

Poczytaj również

  • Avatar

    2019-06-13 09:43:16

    Jakie powinno być zastosowane leczenie

    Mama lat 61, rak piersi wykryty IV. 2017 w stadium IV z meta do kości i wątroby. ER 80% , zależność 8/8, PR (-), Ki67 30%,...
  • Avatar

    2019-06-13 09:40:11

    Tamoxifen a Sylimarol

    Jestem wysoce hormonozależna, obecnie na tamoksyfenie (od pół roku). W celu łagodzenia ewentualnego negatywnego...
  • Avatar

    2019-06-13 09:36:45

    Czy konieczna jest chemioterapia

    Mama lat 64 ze stwierdzonym rakiem złośliwym: zrazikowy naciekający i jednocześnie rak inwazyjny bez określonego typu o...