Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-04-01 17:05:10

W życiu szczęście trzeba mieć (8)

Wypalić, zniszczyć, aby żyć

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Międzyborowie w 2005 r

zdjęcie: ze zbiorów autora

Promocja książki "W życiu szczęście trzeba mieć" w Międzyborowie w 2005 r

Wreszcie przyszła pora na Ursynów - Centrum Onkologii. Przed rejestracją chorych pierwszorazowych kolejka. Na drzwiach informacja dla pacjentów, by nie wchodzili samodzielnie. Po każdego wychodzi pielęgniarka. Podaję swoje papiery.
- A gdzie pacjentka? - pyta.
- A pacjent pani nie wystarczy? - odpowiadam.
- Przepraszam.
- Nie szkodzi, już się przyzwyczaiłem.
Podaję dane. Pani wprowadza do komputera. Wypisuje papiery do gabinetu 12A. Mam iść na badanie i tam już na mnie czekają.
W gabinecie 12A pani doktor ogląda bliznę pooperacyjną, czyta wypis ze szpitala
i wynik badania histopatologicznego. Po raz kolejny opowiadam jak było, kiedy pierwszy raz zauważyłem, o audycji w telewizji. po raz kolejny dowiaduję się, że nie miał prawa pan doktor tak powiedzieć. Pytania o papierosy. Czy palę? Chyba pierwszy raz.
Doktor gdzieś dzwoni:
- Mam pacjenta po operacji raka sutka. Mężczyzna. Guz 2,5 cm . Tuż pod skórą, jak to u mężczyzny, 0,5 cm od powięzi. Poza guzem tkanka tłuszczowa bez zmian. Co robimy?
Po rozmowie dowiaduję się, że gdybym był kobietą (gdybym był!) to byłby koniec terapii, bo można by wziąć większy margines (czyli więcej cycka). Ponieważ wzięto ile można było przejdę jeszcze profilaktyczną radioterapię.
Kierują mnie do gabinetu dr Gałeckiego. Siadam i czekam. Dużo ludzi. Mniej lub bardziej nerwowych. Niektórzy całkiem spokojni. Później się dowiem, że to ci, którzy są tu na kolejnej wizycie. Wiedzą, że nic się nie da przyspieszyć. Każdego proszą, gdy przyjdzie jego pora. Przyszła moja.
- Na symulatorze określimy wstępnie pole naświetlania, później pójdzie pan na badanie na tomografie komputerowym - mówi doktor - zrobimy panu osłonkę i rozpoczniemy naświetlania. Jest to profilaktycznie konieczne, bo nie mogliśmy panu wziąć więcej wolnej tkanki bez uszkodzenia mięśni.
Czekam na symulator. Słucham rozmów pań i nic z tego nie rozumiem.
- Czy ma pani już tatuaże?
- Jeszcze nie, właśnie zaraz wchodzę.
- Ile pań jeszcze na symulator?
Zgłaszają się dwie. Siedzę cicho, przecież ja nie pani. Obie panie weszły i wyszły. Obie mają tatuaże. Po raz pierwszy słyszę:
- Pan Adamczyk (nie pani) na symulator proszę.
Wchodzę, rozbieram się do pasa. Każą mi się położyć. Ręce za głowę, przeguby
w obejmach, nawet nie ma jak dać dyla w razie czego. Dr Gałecki mówi do osób towarzyszących ile cm pola określamy, podnoszą wiszącą nade mną maszynę, która rzuca świecące linie na moją klatkę piersiową.
- 18×22 słyszę.
Malują coś na moim ciele. flamaster. Za chwilę dr Gałecki pokazuje trzy punkty,
w które ktoś wbija igłę. Igła zostawia ślady, to są właśnie tatuaże. Na razie jestem wolny. Mam czekać. Wychodzę. Siedzimy w trójkę. Ja, Ela, Franka.
Gdzieś obok nas płynie tłum (jeszcze nie wiem, że jest tu Niemen, że umiera). Dzieje się tyle spraw. Ludzi tłum, około 4 000 dziennie. Każdy niesie swoją sprawę. Swoją nadzieję, swoją rozpacz.
Scena przed głównym wejściem. Stoją dwie kobiety. Starsza i młodsza. Pewnie matka z córką. Starsza oparta o barierkę pali papierosa, młodsza ociera płynące po policzku łzy. Już raz widziałem podobną scenę. W 1991r. zawieźliśmy mamę do Poradni Onkologicznej w Skierniewicach. Gdy mama była u lekarza my obserwowaliśmy taką scenę: córka przywiozła ojca. Rak płuc.
- Panie doktorze, pan go ratuje!
- Tu się naprawdę nie da już nic zrobić. Oba płuca zajęte i to bardzo.
Dziewczyna płacze. Facet pali papierosa i mówi:
- Jedziemy do domu. Nic mnie nie boli. Nie szukajcie na siłę mi choroby!
Nic go nie boli. Płuca nie bolą. Nie są unerwione. Gdy zacznie boleć znaczy, że rak wyszedł „na zewnątrz”. A wtedy... zostają trzy, cztery tygodnie.
Tu może być podobnie. Starszą nic nie boli, młodsza wie co jest grane. Stąd łzy.
Ale u mnie płuca w porządku. Urżnęli mi tylko cycka, żeby wywalić świntucha, który wlazł niepotrzebnie. Jeszcze trochę i będę zdrowy. Wiem na co czekam. Wiem, że warto. Czekam.
Czekamy wszyscy, tzn. 4 panie i ja. Doktor poszedł na Clinac z paniami, które rozpoczynają naświetlania. Pierwszy raz, okazuje się, jest zawsze z lekarzem prowadzącym, później wszystko prowadzi komputer.
Przyszedł doktor.
- Proszę panie ze mną. I pana też - odwraca się do mnie.
- O, to i pana mamy w naszej klasie - żartują kobietki.
Siadamy przed tomografem, doktor z dokumentacją wszedł do środka, będą nas za chwilę po kolei prosić. Chwila trwa dość długo. Panie zdążyły opowiedzieć o swoich obawach związanych z chorobą, leczeniem. Że ręka boli, że puchnie, że okolica dołu pachowego drętwa.
Wszystko powoli minie - mówi szczupła, w poncho - trzeba tylko ćwiczyć (to akurat wiem i robię).
- Ale ja już 4 miesiące po operacji - mówi czarna.
- Pani sobie kupi kasetę, można też zajrzeć do internetu, tam są zestawy ćwiczeń po mastektomii.
- Rękę ćwiczę.
- Ale to nie tylko rękę, cały gorset mięśniowy trzeba ćwiczyć.
- Ma pani rację - wtrącam - znam się trochę na tym, jestem nauczycielem w f.
Proszą pierwszą panią. No, teraz już pójdzie. Okazuje się, że nie idzie tak ja my byśmy sobie tego życzyli. Pani długo nie wychodzi. Zastanawiam się czemu to tak długo trwa? Czy musi? Pewnie musi.
Pani wychodzi. Okazuje się, że samo badanie trwa chwilę, ale układanie pacjenta na leżance już nie. Za chwilę sam się przekonam o co chodzi.
Zdejmuję sweter i koszulę. Mam się położyć. Znowu ręce za głową, zakute w dyby. Panie przeglądają dokumentację, coś uzgadniają, wreszcie próbują mnie odpowiednio ułożyć.
- Czemu większość ludzi układa nogi na lewo lub na prawo - zastanawia się jedna z pań przesuwając moje nogi tak, a by były przedłużeniem kręgosłupa.
- Pewnie mają krzywe kręgosłupy - wtrącam.
- A może i tak - odpowiada pani.
Kiedy już leżę zgodnie z wymogami pań zaczyna się mocowanie drucików taśmą przezroczystą do mojego tułowia. Ściśle według wskazówek lekarza, tzn. wzdłuż linii namalowanych flamastrem w czasie pobytu na symulatorze. Gdy się z tym uporały zaczęło się zgrywanie linii na monitorze z układem drucików na moim ciele. Jak pasowała lewa strona to pani z prawej mówiła, że jej się przesunęło i na odwrót. W końcu było dobrze. Dostałem polecenie, żeby się nie ruszać. Spytałem: czy mogę oddychać? Mogę. Panie wyszły, drzwi zamknęły, a komputer nuż do dzieła. Pobrzęczało, przesunęło się wzdłuż tułowia i gotowe. Jeszcze tylko spytałem, czy mogę zmyć malowidła z mojej skóry?
- Te tak - odpowiedziały panie.
Później przyjdzie mi zrozumieć co znaczyło: „te tak”
Teraz czekanie na opracowanie wyników badań, sporządzenie mapek (?) i następna wizyta 26 stycznia. Rozpoczęcie naświetlań, ale wcześniej proszę dzwonić, potwierdzić wizytę.
Jest 16:30 (jesteśmy tu od rana). Idziemy coś zjeść. W restauracji do wyboru, do koloru różne potrawy. Zjadamy po schabowym. Wypijamy kawę, Ela herbatę i do domu.


Czas oczekiwania wypełniony czytaniem wszystkiego, co mi popadnie w rękę na temat nowotworów, szczególnie raka piersi. Właśnie czytam wywiad z Jolantą Kwaśniewską, sprawującą honorowy patronat nad Narodową Koalicją do Walki z Rakiem Piersi. Na pytanie dlaczego zdecydowała się zaangażować w walkę z rakiem piersi odpowiada, że wśród jej znajomych są kobiety po mastektomii, inne zmarły bardzo młodo, i że chce by każda kobieta wiedziała, że może zdążyć przed rakiem. I że ważne są badania, i że nie wolno się bać, nie wolno chować głowy w piasek, udawać, że się nie wie. I że namawia braci, mężów, ojców, dziadków, żeby pytali swoje kobiety: czy byłaś na badaniu? Zgoda, Pani Prezydentowo, to wszystko prawda. Tylko, że prawda jest również to, że wśród ojców, braci, mężów, dziadków ten problem tez występuje. Dużo rzadziej, bo tylko jeden przypadek na sto, ale występuje. Wiem to od swoich lekarzy. Jestem tego przykładem. I proszę wspomnieć czasem, rzadko bo rzadko, ale mężczyzn rak piersi nie mija. Rak piersi często rozwija się pod wpływem estrogenów. Jest to wprawdzie hormon żeński, ale mężczyźni też go mają. Mniej, ale mają. Produkowany jest w tkance tłuszczowej i w korze nadnerczy. Stosowany również
w medycynie jako środek wspomagający.
Po operacji oka (dwukrotnej) z powodu urwanej siatkówki, która nie chciała się „przyłożyć” przez długi czas, leżałem płasko przez 7 tygodni. Kiedy się wreszcie „przyłożyła”, pamiętam polecenie doktora do pielęgniarki:
- Siostro, zastrzyk z gonadotropiny proszę.
„Gonadotropiny wytworzone przez przedni płat przysadki warunkują prawidłowy rozwój oraz czynność gruczołów płciowych. Stosowane w lecznictwie” (z encyklopedii). Stąd, być może u mnie estrogenu więcej niż trzeba.
Całą trudność walki z nowotworami polega na tym, że są nieprzewidywalne. Zmutowany gen BRCA1 i BRCA2 może siedzieć cicho, tam gdzie teoretycznie ma najbardziej sprzyjające warunki (stres, papierosy, niewłaściwe odżywianie), a odezwać się tam, gdzie teoretycznie nie powinien(vide - JA).
Koniec tygodnia przynosi dwie wiadomości. Jedną radosną, drugą smutną. Dzwonią
z Ursynowa. Dr Gałecki prosi, żebym przyjechał w poniedziałek o godz. 10:00. Jest możliwość wcześniejszego rozpoczęcia naświetlań. Pytają, czy będę? Pewnie, że będę! Wcześniej zacznę, wcześniej skończę. Wcześniej będę zdrowy.
W radio słyszę, że w Centrum Onkologii na Ursynowie zmarł Czesław Niemen.
Dwa razy los sprawił, że połączyło nas to samo miejsce i ten sam czas. Jakże inne okoliczność. Jakże różne doznanie.
Pierwszy raz w latach sześćdziesiątych (wakacje). Koncert laureatów „Złotej Dziesiątki” ze Szczecina. Jednym z nich jest Czesław Wydrzycki (Niemen dopiero od występów w paryskiej Olimpii), obok Wojtka Gąsowskiego, Heleny Majdaniec, Karin Stanek. Na scenie Czerwono-Czarni. Na widowni żądna atrakcji młodzież i stary belfer, Dyrektor Ogólniaka z palcem w uchu. Bardziej patrzy na widownię, na fruwające marynarki niż słucha muzyki. To przed nim uprzedzali koledzy, że jak się chce iść na film od 18 lat to nie wolno z dziewczyną z ogólniaka. Stracone pieniądze. Belfer stał za drzwiami i zawracał wszystkich swoich uczniów.
Dziś nie ma filmów od lat 18-stu i nie ma takich belfrów. Wtedy nie było takich koncertów zbyt wiele. Najczęściej słuchaliśmy płyt (adaptery „Karolinka”, „Bambino”), taśm magnetofonowych (magnetofon „Melodia”, szpulowy) lub radia (najczęściej: „Luxemburg”). Znałem z radia i płyt: „Malaguenę”, „Adieu Tristesse” i Jobim
(z filmu „Czarny Orfeusz”). Jakże inny Niemen od tego, którego słuchaliśmy ostatnio. Piękny, czysty, wysoki głos. Klasyczne bell- canto. Nie robi furory, ale podoba się. Głównie dziewczynom. Jest uspokojeniem po żywiołowej Karin Stanek i Helenie Majdaniec.
Nie czuję się biografem Niemena, ale znam jego twórczość. Jego piosenki towarzyszyły mi w dobrych i złych chwilach. Dały się cytować w różnych sytuacjach. Zastępowały słowa. Czy to były angielskie standardy oparte na soulu i rock n’rollu Ottisa Redinga, Ray’a Charlsa, czy Littla Richarda, czy „Pod papugami” z Bossa Nuova Combo (kto dziś pamięta, że śpiewał to też Józef Ledecki). Czy to: „Wiem, że nie wrócisz”, czy: „Czy mnie jeszcze pamiętasz” (śpiewane też przez Marlenę Dietrich). „Dziwny jest ten świat” - wykrzyczany w kontrastującym z szarą rzeczywistością stroju, szokujący, dzielący publiczność na fanów i wrogów, czy poetyckie: „Wspomnienie”. Wyśmiany filmem Piwowskiego: „Sukces”, czy: „Bema pamięci żałobny rapsod”. Wspaniały: „Człowiek jam niewdzięczny”, czy słynne rosyjskie: „Kałakolczik” i „Bradjaga”.
„Dziś, gdy Ciebie już brak
Gdy już stało się tak...”
Dziwny jest ten świat!
Smutny jest ten świat.
Taki jest ten świat.


Takie jest życie. W życiu szczęście trzeba mieć. Niemen nie miał. ja tak. Jesteśmy
w Centrum. Franka idzie zapalić, ja do rejestracji. Podaję kontrolkę:
- Ja do dr Gałeckiego.
Pani patrzy jakoś dziwnie. Sprawdza w komputerze. Jestem. Sprawdza listę pacjentów dr Gałeckiego na dziś. Jestem.
- Gabinet nr 14 - mówi pani. Jej wzrok jest nadal dziwny, ale na mnie nie robi to już wrażenia.
Przed gabinetem sporo osób. Nie musze mówić, że panie. Dwie znajome z tomografu. Szczupła z mężem i czarna. Siadam koło niej, rozmawiamy. Ma dziś zacząć naświetlanie, jeśli badania krwi będą dobre. Ma wizytę o 13:00. Ja o 10:00. Przychodzą panie, pytają kto ostatni.
- Jak to kto ostatni - pyta czarna - ja mam na 13:00.
- Ja jestem ostatnia - odzywa się jedna z pań.
- To my za panią.
Czarna zajmuje kolejkę za nimi. Ja za nią. Przychodzi kolejna pacjentka. Wali prosto do gabinetu. Panie protestują. Jest przecież kolejka.
- Mnie kolejka nie interesuje. Ja mam być na 10:00.
- My też na 10:00. Obowiązuje kolejka - mówią panie.
Z gabinetu wychodzi pacjentka, nowa się wślizguje nim ktokolwiek zdążył zareagować. Nie będę pisał co mówiły panie.
Wychodzi dr Gałecki.
- Czy jest pan Adamczyk? (i jeszcze jakaś pani).
Podnoszę się. Podchodzimy do doktora.
- Pójdziecie państwo do modelarni, tam wam zrobią osłonki i jak będą gotowe przyjdziecie państwo jeszcze raz.
Idziemy do modelarni. Pani dr znajduje nasze teczki. Mnie prosi abym poczekał, pani zostaje. Trochę to trwa. W międzyczasie przywożą kogoś na wózku. Ja czekam. Jeszcze 2-3 osoby i przychodzi moja kolej. Mam się rozebrać do pasa i się położyć na leżance. Pani rozkłada papiery, mapki, wykresy z komputera i przenosi na moją skórę. Znaczy punkty i maluje flamastrem. Mam czekać na osłonkę. Pytam ile to może trwać. Około 1½ godziny. Idę do Franki. Postanawiamy, że w tym czasie pojedziemy na Grenadierów na ściągnięcie chłonki. W międzyczasie szczupła wyszła z gabinetu. Niestety po chemii organizm zbyt słaby. Nie wytrzyma naświetlań.
Przymiarka osłonki. Pani uprzedza, że będzie trochę ciepłe. Faktycznie. Rozgrzany wosk. Trochę ciepło. Pani dociska aby uformować osłonkę zgodnie z kształtem tej części tułowia. Gotowe. Mam tego pilnować jak oka w głowie. Aby się nie pokruszyło. Idę pod gabinet. Dr Gałecki wyszedł sprawdzić ile osób jeszcze czeka. Dostrzega mnie i pyta, czy mam osłonkę.
- Może panie przepuszczą rodzynka poza kolejnością?
A gdzie tam. Siadam koło czarnej i czekam. Czarna ma juz wyniki badań. Nie są rewelacyjne. Jej kolej. Za chwilę wychodzi. Niestety musi poprawić wyniki morfologii. Za mało czerwonych krwinek. Białych też mało - organizm się nie broni. Trzeba czekać.
Wchodzę.
- Nie puściły? - pyta doktor.
- Nie puściły.
- I tak muszą czekać na symulator, bo ja najpierw z państwem pójdę na Clinac.
Jestem informowany jak będzie przebiegać radioterapia. Zgodnie ze wskazaniami tomografu określana jest dawka i czas trwania naświetlań. 17 zabiegów. Od poniedziałku do piątku. Zakończenie wypada na 10 lutego. I będę zdrowy. Naświetlanie elektronami operowanej okolicy, aby zniszczyć ewentualne komórki rakowe jeśli się jakieś ostały. Skierowanie na badanie krwi (jutro tutaj).
Idziemy na Clinac. Znowu czekamy. Mogę czekać. Wiem na co czekam. Na zdrowie. Na życie. Wyludniło się już trochę. Rozglądam się po poczekalni. Gdybym nie miał w ręku osłonki, gdybym nie miał skierowania na badanie krwi, gdybym nie miał całego wydruku z komputera nigdy bym nie uwierzył, że jestem w Centrum Onkologii. Dużo zieleni. Po środku zbiornik wodny, w którym pływają żółwie i ryby. Sami pacjenci, którzy kończą terapię. Nie ma przykrych widoków.
- Pan Adamczyk - słyszę w głośniku.
Wchodzę. Mam się rozebrać do pasa. Przychodzi dziewczyna. Pyta:- czy mam osłonkę?
- Proszę, oto mój placek.
- Placek to panu żona upiecze, to jest bolus.
- Boluś, fajnie - mówię.
- Nie Boluś, bolus - mówi dziewczyna.
- A mój bolus, nie może być Boluś?
- Może. Pan się kładzie.
Kładę się. Znowu ręce za głowę w dyby. Znowu poprawia mi nogi bo za bardzo w prawo. Mam czekać na doktora. Trochę to trwa. Wreszcie przychodzi.
Znowu rozkładają papiery. Znowu padają cyfry. Wysokość od bolusa - 106. Pole zmniejszymy do 15×16 cm decyduje pan doktor. Poleca zrobić dodatkowy tatuaż.
- Zrobi pani? - pyta dziewczynę.
- W życiu – mówi - chyba, że chce pan doktor, żebym wpadła pod Clinac.
- To proszę naświetlić, a ja w międzyczasie podeślę dziewczyny z symulatora.
Mam leżeć i się nie ruszać. Dziewczyna wychodzi. Zamyka drzwi. Coś zgrzyta, potem brzęczy, potem jest cisza. Trwało około minuty. Wchodzi dziewczyna.
- Dziękuję, to wszystko. Proszę czekać na tatuaż.
Czekam. Tyle już się nauczyłem. Czekam i czekam i nawet się nie denerwuję. Wreszcie przychodzi facet.
- Zrobisz tatuaż? - pyta dziewczyna.
- Zrobię - mówi i wyciąga strzykawkę.
- Trochę będzie bolało.
Niezbyt mu to idzie, w końcu jest.
- Bolało? - pyta.
- Trochę - mówię.
Bolało jak cholera, ale co go będę stresował. Młody jest to się jeszcze nauczy.
Ustalamy godzinę naświetlań. Żeby było dla mnie wygodnie i żebym za długo nie czekał. Umawiamy się na 14:00. Mam tylko prośbę o wyjątek na wtorek, bo mam być na czczo rano na pobraniu krwi. Mam być przed siódmą.
Kiedy ustalamy godziny naświetlań wpadają dwie „sikorki” w białych fartuchach, ze strzykawką w ręku.
- My od dr Gałeckiego, mamy zrobić tatuaż.
- To się panie spóźniły, jestem już „wydziergany”.
- Aha! - mówią dziewczyny i znikają chichocząc i przepychając się w drzwiach .
Nie ma to jak młodym być - myślę sobie. I zdrowym. Ile w tym prawdy przekonam się za chwilę.
Idziemy coś zjeść. Zamawiamy naleśniki z serem i śmietaną. I kawę. Franka czeka na odbiór, ja zajmuję miejsce przy stoliku. Spora restauracja. Gustownie urządzona. Duży ruch. Nie czeka się długo na miejsce. Tu się nie przychodzi pogadać. Tu się zjada i spieszy na zabieg lub do domu. Niektórzy do hotelu. Rozglądam się po sali. Przede mną przy stoliku rodzice z synem. Rodzice piją herbatę, syn (koniec gimnazjum, początek szkoły ponadgimnazjalnej) coś dłubie na talerzu. Mały kęsek wkłada do ust i trzyma. Nie widać by przełykał. Widać, że nie jest tu gościem. W ręku chusteczka ze śladami krwi. Nagle się zrywa, przytyka krwawiący nos chusteczką, wybiega, matka za nim. To chyba coś z gardłem lub górnymi drogami oddechowymi.
Przy stoliku obok kobieta po chemii. Próbuję sobie ją wyobrazić z włosami. Jasne? Ciemne? Krótkie? Długie? Proste? Kręcone? Ładna. Je niespiesznie kluski. Co chwila unosi fantazyjnie zawiązaną chusteczkę i wyciera skórę z potu.
Naleśniki pyszne. Kawa też. Wracamy do domu.
Rano jestem. Rozebranie, naświetlanie i ubranie trwa 5 minut. Pobranie krwi od 8:15. Idę pod gabinet 1. I co? Robię to, co od pewnego czasu wychodzi mi najlepiej. Czekam.
Franka mnie zapisuje na krew w 21 i w 4. Zobaczymy, gdzie będzie szybciej.
7:45. Przychodzi pani do gabinetu nr 1.
- A pan co tu robi?
- Czekam na pobranie krwi.
- Ale pobieramy od 8:15.
- Wiem. Przed siódmą byłem na naświetlaniach. Do domu daleko. Dlatego też jestem.
Za chwilę pielęgniarka wychodzi i mówi:
- Skoro już jestem i pan już jest to proszę.
Sprawnie pobiera krew (z prawej ręki), informuje, że wyniki będą jutro w sekretariacie lekarskim.
Po raz kolejny jestem mile zaskoczony po doświadczeniach związanych z pobieraniem krwi w poradniach rejonowych.
Wyniki są dobre. Doktor zadowolony. W poniedziałek na kontrolę.
W audycji telewizyjnej podano, że średni okres latencji, czyli okres od skutecznego zadziałania czynnika nowotworowego do klinicznego ujawnienia się nowotworu wynosi około 20 lat dla nowotworów litych (guzów) i nieco krótszy dla nowotworów układowych (np. białaczka).
Jeśli tak to musze wrócić pamięcią do roku 1986. Koniec kwietnia bardzo upalny.
W planie sprawdzian z wytrzymałości. Chłopaki proszą, żeby przełożyć jak będzie chłodniej. W taki upał można pobiegać tylko za piłką. Inaczej się nie da. Idę na to. Chłopaków jest nie do pary, dochodzę do jednej z drużyn. Ganiamy prawie na golasa. Tylko w majtkach. Mimo to pot leje się z nas, im większy żar leje się z nieba. Po godzinie padamy na trawę. Nie mamy sił. Pytam chłopaków o plany, o szkołę. Są w ósmej klasie. Co dalej? Kilku wybiera się do „ogólniaka”. Niektórzy do „włókiennika” (szkoła przyzakładowa), część do „elektryka”. Na elektronikę, informatykę.
- Wie pan, trzeba wybrać zawód z przyszłością.
No tak, to teraz na topie. Mój kolega z technikum, w przeciwieństwie do mnie wielki pasjonat elektroniki, stworzył pracownię komputerową i autorski program nauczania. Ma znaczące osiągnięcia w konkursach MMT. (Dziś szkoła walczy o przetrwanie, kiedyś około 1500 uczniów).
10 lat wcześniej przyszli do mnie uczniowie, których usilnie przekonywałem do nauki.
- No to ile pan zarabia po maturze, po studiach? - pytają.
- My po zawodówce 2 razy więcej. Warto było?
Pracują w Ursusie. Tokarze, frezerzy i ślusarze.
15 lat później ja zarabiam, ile zarabiam, ale zarabiam. Oni chodzą do DUP i PUP po pieniądze. No tak. Dziwnie zabrzmiało, potrzebny komentarz. Nie są stręczycielami. Po prostu nie ma Ursusa. Są bezrobotni. W dzielnicowych i powiatowych urzędach pracy pobierają zasiłki.
Wróćmy jednak do 1986r. Po lekcjach szeptane z ust do ust wiadomości, że u ruskich coś pierdykło. Wieczorem t v jedyn(k)a podaje oficjalny komunikat o awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Ale bez paniki, nam nic nie grozi.
Przed pochodem 1 Majowym dostajemy polecenie o informowaniu, ale dyskretnym, bez paniki, że dzieci i osoby starsze mogą w aptekach otrzymać płyn Lugola, neutralizujący ewentualne skutki awarii.
Chociaż często chodzimy w krótkich majtkach dziećmi już nie jesteśmy. Umawiamy się z kolegami, że po pochodzie, po obiedzie spotkamy się na odtruciu, kupujemy spirytus i Lu, gola, po secie. Pomóc nie pomoże, ale nie zaszkodzi. O, przepraszam. jednemu zaszkodziło. Musieliśmy posprzątać i odprowadzić go do domu.
Nie ma pewności, że katastrofa czarnobylska miała wpływ na mój nowotwór. Nie ulega wątpliwości, że promieniowanie jonizujące może wywoływać nowotwory we wszystkich narządach. I to niezależnie, czy pochodzą ze źródeł naturalnych, czy sztucznych. Promieniowanie ze wszystkich źródeł sumuje się i stanowi zagrożenie nowotworami złośliwymi. O ile z palenia papierosów można zrezygnować, tryb życia unormować, dietę zmodernizować, to możliwość zmniejszenia ryzyka w przypadku obciążenia promieniowaniem są niewielkie. I często od nas niestety niezależne. Choćby prowadzące do zdrowia naświetlania w Centrum Onkologii na Ursynowie, czy katastrofa czarnobylska.

Czekając na naświetlania i na kontrolne wizyty u doktora (co poniedziałek) odbyłem wiele rozmów z paniami dotkniętymi tym samym, co ja problemem. Z rozmów tych rysuje się obraz polskiej służby zdrowia i polskiego społeczeństwa. Zmiana w postępowaniu z chorymi onkologicznie. 20 lat temu, gdy zachorowała moja ciocia, lekarze rozmawiali o chorobie ze mną, z mężem, prosząc byśmy nic nie mówili chorej. Efekt był taki, że wszyscy myśleli, że chory to idiota i nie domyśla się niczego widząc i słysząc, co się wokół niego dzieje. Dziś jest inaczej. Pacjent jest partnerem lekarza w procesie leczenia. To od lekarza pacjent dowiaduje się, co mu jest i jakie będzie leczenie. I dobrze. W tej chorobie, jak w każdej zresztą, pozytywne nastawienie do walki o zdrowie jest niezmiernie ważne.
Nie można siedzieć z kłódką na gębie, tylko dlatego, że jest się w Centrum Onkologii. Próbuję panie zagadywać.
Początkowo nieufne. Przecież one rozmawiają o takich intymnych sprawach, a tu facet się wcina. Ale tutaj chociaż rozmawiają. Pamiętam te przerażone, milczące twarze kobiet w Poradni Chorób Sutka. Pamiętam tę ciszę w oczekiwaniu na wyrok. Albo nadzieję. Ale tutaj jest inaczej. Tu czeka się na zdrowie.
Rozmawiają dwie panie, jedna drugiej czyta wyniki badania histopatologicznego: Ca. lobulare, tkanka bez nacieków, węzły czyste.
- Powinna się pani cieszyć - mówię.
- A pan jest lekarzem? - pyta.
- Nie, ale ja mam to samo i pani doktor, która mnie operowała powiedziała, że wygrałem szczęśliwy los na loterii, że jest dobrze. Doktor Gałecki też powiedział, że miałem szczęście.
Jestem swój. Uczestniczę na równych prawach w rozmowach. Właśnie panie wspominają jak długo trwało pierwsze badanie u doktora Gałeckiego. Że były na samym końcu.
- A skąd - mówię - my przecież piersi.
- Ani pierwsi, ani drudzy, ostatni. O czwartej wyszłam z tomografu - mówi jedna z pań.
Pokazuję grafik na symulatorze.
- O 13:00 - piersi - czytam.
O 14:00 - układ moczopłciowy, czyli po nas.
Panie się śmieją, rozbroiła je gra słów. Śmiech to zdrowie - mówi któraś.
Trzeba się śmiać. Odrzucać niepozytywne myślenie. To jeden z warunków zdrowienia. Umawiamy się, że będziemy się śmiać. To rak ma się bać nas, a nie my jego. Jest nam o tyle łatwiej, że panie są z mężami. Ja z Elą i Franką. Jakże to ważne nie być w takiej sytuacji samym. Na szczęście moi znajomi nie boją się przyjść, czy zadzwonić. Nie boją się, że zarażą się rakiem. Nie boją się rozmów ze mną o chorobie, ale też rozmawiamy o przyszłości. Kiedy wracam do pracy. Że czekają na mnie chłopcy. Że wkrótce bal na zakończenie ligi siatkarskiej. Będziecie z Elą? Pewnie, że będziemy. Ela ostrożniejsza, zobaczymy jak się będzie czuł.
Tymczasem jedna z pań opowiada o swojej znajomej po amputacji piersi. Kiedy do niej przychodził mąż, mama, rodzina do tamtej nie przyszedł nikt. Czekała na męża, na dzieci. Nie dzwonił, nie przychodził. Dzieciom też zabronił. Podobno się rozstali.
- I dobrze - skoro nie ją kochał tylko jej piersi, to na co taki chłop.
O, cholera, myślę jak baba? Nie Kilku moich znajomych tez potępia takie postępowanie.
Tematyka : „rak a rozwód” jeszcze raz znajdzie miejsce w naszych rozmowach. Pani J. opowiada o kuzynce, która zachorowała na raka piersi w dwa lata po rozwodzie. Nie ulega wątpliwości, że silny stres związany z tym wydarzeniem miał wpływ na rozwój choroby.
Spacerują dwie panie. W tym samym czasie miały operację, razem przechodziły chemioterapię, teraz razem naświetlania. Jednakowe fryzury, różnią się tylko kolorem. Nawet loczki, pojedyncze włoski tak samo ułożone. Peruki. Ładne. Taka teraz technologia. Z balkonu 5 piętra rozpoznam kto jest po chemioterapii.
Przychodzi młoda dziewczyna. Po chemii, przed naświetlaniami. Nie ma peruki. Dżinsowe spodnie, dżinsowa kurtka, na głowie bejsbolówka. Gdybym nie wiedział, nie poznałbym. Ile zresztą dziewczyn strzyże się tak teraz dla fantazji.
W restauracji znajoma w chusteczce. Jak zwykle najpierw je coś z talerza. Jak zwykle unosi chusteczkę i wyciera krople potu. Nowy element - bagaże. Pani spogląda na zegarek. Zaraz pewnie ktoś po nią przyjedzie. Wraca do domu. Daj jej Boże do zdrowia. Powodzenia.
W hollu pani Redaktor M. Wiśniewska z „Panoramy” i ekipa telewizyjna. Czekają na decyzję, co pozwolą lekarze pokazać z nowatorskiej metody leczenia nowotworu za pomocą brachyterapii. Polega na umieszczeniu specjalnych igieł wypełnionych izotopem promieniotwórczym w miejscu, które zajmował guzek. W międzyczasie pani redaktor mówi do ekipy:
- Złapcie coś fajnego.
- A co tu może być fajnego - mówi pani doktor.
Nasz Clinac - 1 będzie konserwowany. Przerwa od piątku do poniedziałku. Pytam, czy może być cztery dni przerwy.
- Proszę spytać pana doktora - mówi dziewczyna.
Pana doktora juz nie ma. Dzwonię w piątek z rana do dr. Gałeckiego. Nie może być takiej przerwy. Mam dzwonić za 10 minut. Będę przyjęty na Clinacu - 3. Jedziemy. Obsługa obu aparatów w „trójce”. „Moja” dziewczyna podnosi się i mówi:
- Już idę po „Bolusia”.
Pamięta, że go ochrzciliśmy.
Pani z Opola opowiada jak długo wykłócała się z lekarzami o operację. Guz 6 cm . Nie ma pani raka. W końcu wyznaczyli termin. W międzyczasie znieśli kasy chorych
i rejonizację. Ktoś doradził, by pani pojechała do Warszawy do Centrum. W Centrum pani doktor przerażona. Nie ma mowy o operacji, najpierw chemia. Co 21 dni wizyta w Centrum. Raniutko wyjazd. Chemia i powrót. Szybko, zanim zacznie szarpać (wymioty). Szarpie przez 17 dni. Kiedy zaczyna być „jako tako” następna chemia. Raniutko wyjazd, dalej już wiemy. Tak przez 6 miesięcy. Warto było. Jeszcze parę naświetlań i zdrowie.
Pani N. z kolei zaniepokojona swoją piersią zgłosiła się do Poradni Chorób Sutka. Mammografia, USG, biopsja. Wynik za 14 dni. Długo. Pani N. próbuje prywatnie. Dwie wizyty, niemałe pieniądze. Nie ma mammografii, USG, biopsji. Jest rada, aby przykładała ciepłe okłady. Powinno ustąpić. Przy okazji: wizyta nie była „u kowala”.W międzyczasie wezwanie z Poradni Chorób Sutka. Wynik biopsji jednoznaczny. Dalej normalnie, chemia (guz duży), operacja i teraz naświetlania.
Pani W. zawdzięcza życie uporowi męża. W Poradni Chorób Sutka podejrzenie raka. Skierowanie na USG i biopsję. Pani się dowiaduje, że wprawdzie prywatnie, za pieniądze, ale jest nowsza technologia niż USG. Zgłasza się. Robi badanie. Dowiaduje się, że nie ma raka. Mąż nie daje za wygraną. Namawia panią na USG i biopsję. Bardzo złośliwa odmiana raka. To się okaże dopiero po badaniu histopatologicznym. Na szczęście jest dobrze. W życiu szczęście trzeba mieć. Szczęściem tej pani jest mąż.
Ostatnia wizyta u dr Gałeckiego. Jutro ostatnie naświetlanie. Zwolnienie do końca lutego. 1 marca do pracy. Nareszcie. Recepta na tamoksyfen. Podziękowanie. Pożegnanie z żółwiami. W maju na kontrolę.
Nim zdążyłem zmówić różaniec wszyscy w domu usnęli. Nawet Filip chrapie pod przykryciem fotela. Gaszę lampkę. Stoję w oknie (znowu Niemen). Świat po chorobie taki sam jak w czasie jej trwania. Rozświetlone osiedle. Światła w oknach jak zwykle, to się zapalają, to gasną. Na niebie świecą gwiazdy. Jak zwykle? Chyba nie. Przecież nie zawsze jest bezchmurne niebo. Dzisiaj świecą. Dla mnie? Można powiedzieć, że dziś jest bezchmurne niebo. Dla mnie!.
Dobranoc gwiazdy. Idę spać. Jutro też jest dzień.


Mój pieszczoch ma receptory dodatnie. Mój, bo wyhodowałem go na własnej piersi. Pieszczoch, bo dostarczałem mu wszelkich niezbędnych do rozwoju produktów – witamin i mikroelementów i to w postaci najlepiej przyswajalnej przez komórki nowotworowe – syntetycznej.
Receptory dodatnie, znaczy hormonozależny. Już wiem będę łykał tamoksyfen. Co najmniej przez 5 lat. Z rakiem piersi jest bowiem tak, że nie daje tak dużej szansy na pełny powrót do zdrowia po przeżyciu pierwszych pięciu lat, jak ma to miejsce
w większości chorób nowotworowych. Ponad połowa nawrotów tej choroby ma miejsce po upływie 5 lat od ukończenia leczenia. Zdarza się po 10 latach, 15 latach. Aby temu zapobiegać podaje się właśnie tamoksyfen. Sprawia, że komórki nowotworowe stają się niewrażliwe na estrogeny. Odcina im dostęp do stymulatora.
Nie. Ja nikogo nie straszę. Przeciwnie. Upatruję nadzieję w postępie medycyny. Nieustającym postępie. Właśnie świat obiegła wiadomość, że jest nowy lek, który skutecznie zmniejsza ryzyko nawrotu raka piersi. Letrozol. Lek hamujący produkcje estrogenów. Właśnie kończą się badania 5 tysięcy kobiet na całym świecie. Oczywiście jest jeszcze wiele pytań. Czy podawać Letrozol po zakończeniu kuracji tamoksyfenowej, czy zamiast? Jak długo podawać? Jak długo będzie skuteczny? Jakie będą skutki niepożądane długotrwałego zażywania leku? Są pytania, ale jest przede wszystkim nadzieja.
Nadziei coraz więcej. Oto w Anglii pracują nad „szczepionką”, która niszczy osłonkę komórek rakowych. Przez tę osłonkę trudno było się „przebić” lekom. Teraz będzie łatwiej.
Naukowcy z Czech opracowali lek, który działa wybiórczo. Tylko na komórki nowotworowe. Nie niszczy zdrowych, a to ważne. Nie powoduje wymiotów, utraty włosów i innych „atrakcji” związanych z chemioterapią.
Z aspiryną też nie całkiem lipa. Lekarze z Columbia University przebadali blisko 1500 kobiet z rakiem piersi i tyle samo bez. Stwierdzono, że kobiety łykające aspirynę co najmniej raz w tygodniu o 20% rzadziej chorują na raka piersi. Te, które zażywają codziennie, np. w profilaktyce zawałów udarów mózgu, zakrzepicy żylnej, czy zatorów płuc nawet o 28%. Tyle, że powinienem łykać ją przedtem.
Amerykanie twierdza, że za trzy lata rak stanie się chorobą, z którą będzie można sobie poradzić jak z nadciśnieniem tętniczym, czy cukrzycą. Tzn. stale się leczyć, ale żyć.
Ameryka wydała wojnę rakowi. Testuje mnóstwo leków. Wynikami badań interesuje się George W. Bush, Senat i cała Ameryka. Jest program, system, pieniądze. Jeśli nawet skończy się jak w Iraku, tzn. nie za 3 lata jak butnie zapowiadają amerykańscy lekarze, ale później, to na pewno posuną znacznie do przodu stan wiedzy o nowotworach i sposobach ich leczenia. Mimo butnych zapowiedzi sami Amerykanie twierdzą, że im wcześniej wykryta choroba, tym większa szansa na wyleczenie.
Amerykanie mają program pokonania raka za trzy lata. A co my mamy?
Mamy program. Narodowy Program Walki z Rakiem. Niestety mamy program opracowany przez lekarzy. Nie mamy programu przyjętego przez rząd, parlament, a zatem obowiązujący i realizowany.
Nasi lekarze wiedzą, jak leczyć zgodnie ze światowymi standardami.
Według najnowszych światowych standardów onkolog winien ściśle współpracować
z całym sztabem specjalistów (chirurg, radioterapeuta, patomorfolog, radiolog). Takie leczenie daje najlepsze wyniki.
Przecież nie wystarczy wyciąć guzek. Trzeba zrobić wszystko by wyrugować
z organizmu ewentualne pojedyncze komórki nowotworowe. Mogą być we krwi, tkankach otaczających guzek i węzłach chłonnych. Różne rodzaje raka piersi (ich „piękne” nazwy wymieniłem wcześniej) wymagają różnych leków. Już nie wystarczy określić Ca. mammae. Trzeba określić rodzaj, by zastosować lek nakierowany na określony nowotwór. Np. nadmiar białka HER2 na powierzchni komórek guzka wymaga innego potraktowania niż klasyczna chemioterapia. Są na nią bardzo odporne. Trzeba zastosować herceptynę. Otrzymane na drodze inżynierii genetycznej białko przyczepia się do krążących komórek nowotworowych i blokuje ich namnażanie. Zaletą jest nacelowane na komórki nowotworowe działanie bez uszkodzenia komórek zdrowych. Nie ma wymiotów, wypadania włosów, osłabienia. Wadą wysoka cena (kilkadziesiąt tysięcy złotych). Jeśli nowotwór jest uzależniony od hormonów podaje się tamoksyfen lub lek o podobnym działaniu. W innym przypadku nie ma sensu.
O tym jaki rodzaj nowotworu występuje w danym przypadku decyduje histopatolog. Jeszcze w czasie operacji stosuje się ponowne prześwietlenie wyciętego guzka z marginesem, by mieć pewność, ze usunięto guz w całości. Również patomorfolog jeszcze w czasie operacji określa, czy wyciąć guzek i węzły chłonne, czy całą pierś. Po operacji leczenie cytostatykami zazwyczaj (chemioterapia), hormonoterapia i (lub) radioterapia. Obecnie w miejsce, które zajmował guzek wprowadza się igły wypełnione izotopem promieniotwórczym. Nazywa się brachyterapia i stosuje tylko przy operacji oszczędzającej.
Nasi lekarze znają światowe standardy i je stosują w dużych centrach i ośrodkach onkologicznych. Czy z tego wynika, że należy zlikwidować onkologię w małych szpitalach? A wtedy takich kobiet, u których zdiagnozowano raka piersi w marcu, a w grudniu nie ma jeszcze terminu operacji będzie więcej.
Nasi lekarze znają światowe standardy, znają coraz nowsze leki i coraz nowocześniejszą aparaturę. Jednak sukces w walce z rakiem zależy przede wszystkim od wczesnej diagnozy.
Według profesora Wronkowskiego badając sto zdrowych kobiet wykrywa się pięć przypadków raka piersi w najwcześniejszym stadium. Wtedy szanse wyzdrowienia są prawie stuprocentowe, a kobieta nie jest kobietą w 50%. Z tego wynika, że odmówienie badań milionowi kobiet powodują nieświadomość około 5 000 z nich, że mają zmiany nowotworowe. Gdy zgłoszą się na mammografię później ich szanse na wyleczenie maleją.
Nasi lekarze znają światowe standardy profilaktyki raka piersi stosowane w Szwecji, Norwegii, czy Holandii, gdzie mammograficznie bada się wszystkie kobiety (bezpłatnie). Nie mówiąc o Stanach Zjednoczonych, gdzie nie wysłanie kobiety na takie badanie, a gdy kobieta zachoruje powoduje proces sądowy.
Nasi lekarze mają bogate doświadczenie i duże osiągnięcia w poznaniu istoty nowotworów. Badania naukowe doprowadziły do nowatorskiej metody leczenia raka tarczycy za pomocą pól fotonowo – elektronowych na Clinacu (moje naświetlenia też były na tym aparacie). Rozpoznane są czynniki sprzyjające rozprzestrzenianiu się chorób nowotworowych (w tym papierosy, dieta wysokokaloryczna, tłuszcze w diecie, alkohol, estrogeny, azbest, benzopiren, niektóre wirusy, uwarunkowania genetyczne, styl życia, itp.). Zupełnie przyzwoicie funkcjonuje profilaktyka pierwotna. Informacja o zdrowym odżywianiu, szkodliwości palenia tytoniu i picia alkoholu, opisanie wczesnych objawów nowotworów złośliwych, zalecanie badań profilaktycznych i kierowanie na nie staje się coraz powszechniejszą praktyką lekarzy pierwszego kontaktu. Coraz lepiej do tego przygotowanych, by podjąć podejrzenie nowotworu.
Nieco gorzej z wczesnym wykrywaniem. Chociaż wiadomo, że wykrywanie jest najbardziej skuteczną formą walki z rakiem to wiadomo też, że badania specjalistyczne (cytologia, mammografia, PSA i inne) są kosztowne. Nie zawsze jest komu za nie zapłacić. Posłużę się przykładami walki z rakiem piersi, bo jest to mi najbliższe. Od 35 roku życia powinno się robić USG. Po 40-tce co 2 lata mammografia. Osoby z rodzin, gdzie występował rak piersi (babcia, mama, siostra), ze zmutowanym genem BRCA1 lub BRCA2 powinny przejść badania genetyczne (kosztowne bardzo) w kierunku predyspozycji do zachorowania na nowotwory. Stać je na nie nieliczne, a powinny wszystkie. Dlatego potrzebny jest program, a nie akcja jak w latach 2000-2002, gdzie wykonano 500 tys. badań mammograficznych rocznie, za które zapłacił Bank Światowy. Gdzie niegdzie badania wspomagały Urzędy Miejskie i Zakłady pracy. Zakłady pracy się wycofują ,bo od zapłaconych badań muszą płacić podatek (co wy na to politycy!). NFZ przeznaczył 15 mln . złotych na mammografię w 2004r. Wystarczy na 200 tys. badań. 1,3 mln. powinno je przejść.
Każda osoba z podejrzeniem nowotworu powinna trafić do odpowiedniej placówki (przychodnia lub szpital) w celu ustalenia rozpoznania. Na szczęście coraz lepiej zorganizowana jest sieć onkologiczna i sieć szpitali akademickich i specjalistycznych. Tu się rozpoznaje nowotwór. Wiemy już, że nie ma jednego leku na wszystkie nowotwory. Odkrywa się nowe leki na poszczególne narządy. Z terapią celowaną wiąże się ogromne nadzieje.
Niektóre jak Glivec, stosowany w rzadkich odmianach białaczki i raków przewodu pokarmowego (także u nas) prowadzą do zaniku komórek rakowych. Inne przedłużają życie, wspomagają chemioterapię, dają nadzieję. Dlatego też potrzebny jest program, by los ludzi chorych na raka nie zależał od kaprysu urzędników, czy wpiszą, czy nie wpiszą na listę leków refundowanych. (Znana awantura z Glivecem i Herceptyną).
Po leczeniu przeciwnowotworowym (radykalnym, chemioterapii, hormonoterapii czy (i) radioterapii) pacjent trafia do lekarza pierwszego kontaktu będąc jednocześnie pod kontrolą ośrodka onkologicznego. Im lepsze przygotowanie lekarza pierwszego kontaktu do właściwej opieki po leczeniu specjalistycznym tym większe szanse na wyzdrowienie. Tym większe szanse na to, że wyleczony z raka płuc pacjent nie umrze z powodu źle lub w ogóle nieleczonej infekcji.
Około 70% wszystkich chorych na nowotwory złośliwe nie ma szans na trwałe wyleczenie. Wymagać będzie leczenia paliatywnego. Tzn.: przeciwbólowego, przeciwzapalnego, leczenia reakcji popromiennych, odleżyn i postępowania w przypadkach owrzodzonych, czy krwawiących guzów nowotworowych. To też wymaga wielkiej odpowiedzialności od lekarza pierwszego kontaktu. Ich rola w walce z rakiem jest równie ważna jak onkologów, chemioterapeutów i radioterapeutów.
Lekarze wiedzą i potrafią. Ale nie wszystko od nich zależy. Sami nie są w stanie spełnić oczekiwań ponad 1% populacji, które miały lub mają rozpoznany nowotwór złośliwy. Ponad 400 000 osób, u których kiedykolwiek rozpoznano nowotwór złośliwy plus te, u których rozpoznany będzie, ze względu na czas ujawnienia klinicznego później, oczekuje na takie rozwiązanie, które spowoduje, że diagnoza: rak, nie zabrzmi jak wyrok. Nie od lekarzy zależą kwoty przeznaczone na walkę z rakiem.
Reszta zależy od klasy polityków. Ale czy nasi politycy mają klasę?
Mają pomysły. Wymyślili Chore Kasy, w których na wszystko brakowało pieniędzy. Na dodatek przywiązali ludzi do miejsca zamieszkania. I jak za cara. Chcesz jechać
z „obłasti” do „obłasti” musisz mieć „propusk”. Chcesz się leczyć w ośrodku podległym innej Kasie Chorych przepustkę musisz mieć. Bodajże promesa to się nazywało. Na szczęście je zlikwidowali. Powołali Narodowy Fundusz Zdrowia. Przy okazji podnieśli składkę. Naród zbiera fundusz, a posłowie go dzielą. Pieniędzy też brakuje, ale przynajmniej rejonizację znieśli. Już sobie wyobrażam Centrum Onkologii w Warszawie za jakiś czas. Zatka się kompletnie. Terminy wydłużą się z tygodni do miesięcy. Standardy trafi szlag.
Ale może nie będzie tak źle. Może rząd ten program w końcu przyjmie. Skieruje go do Sejmu. Posłowie wzniosą się ponad podziałami i stwierdzą, że Narodowy Program Walki z Rakiem jest potrzebny. Przejdą do szczegółów i tu się pokłócą. Najprędzej o to jak dzielić pieniądze i kto to ma robić.
Nie tylko u nas polityka i pieniądze (lub ich brak) mają wpływ na walkę z rakiem. Mało kto wie, że w Niemczech przed II wojną światową bardzo zaawansowane były badania nad rakiem piersi i na wysokim poziomie profilaktyka tej choroby. W Jenie powstał specjalny instytut badający przyczyny powstawania i sposoby zapobiegania. Szeroko rozwinął działalność oświatową. Samokontrola piersi u kobiet. Zakaz palenia papierosów. Rygorystycznie przestrzegany. Co ma do tego polityka? Instytut powstał z polecenia Adolfa Hitlera. Kiedy skończyła się wojna i rozpoczęły procesy przeciwko hitlerowcom, kierownik zespołu popełnił samobójstwo a członkowie zniszczyli wyniki badań. Woleli zaprzepaścić dorobek swojej pracy niż narazić się na oskarżenie o współpracę z Hitlerem. Skąd to wiem?
Z rozmów w czasie wyjazdów w ramach wymiany między województwem skierniewickim
a okręgiem Gera. Nasi lekkoatleci jechali do Jeny, a oni przyjeżdżali do Skierniewic. Program obejmował oficjalne spotkania z przemowami o naszym wkładzie w rozwój socjalizmu i internacjonalizmu. Dokumentowaliśmy ten wkład naszą wódką i ich piwem. Jeden dzień był przeznaczony na zawody sportowe, pozostałe na wycieczki po okolicy i zakupy. My ,to czego brakowało u nas, oni głównie kryształy, wiklinę i oryginalne wyroby „Adidasa”. Ale był też czas na wizyty w prywatnych mieszkaniach. Oczywiście nie od razu i nie wszyscy. Mnie się udało zaprzyjaźnić z niektórymi z nich. Oni byli u mnie, ja u nich. Właśnie w czasie jednej z takich wizyt domowych o tym się dowiedziałem. Sączyliśmy piwo czekając na Marię, żonę jednego z trenerów. Właśnie pojechała na specjalistyczne badania w związku z podejrzeniami o nowotwór piersi. Wróciła szczęśliwa, bo badania wykluczyły to najgorsze. Wprawdzie mnie ten problem jeszcze nie dotyczył (mama zachorowała dopiero w roku 1991), ale zgodnie stwierdziliśmy, że jest to paskudztwo, żałowaliśmy, że tak mało lekarze wiedzą o tej chorobie i tak mało mogą pomóc. Wtedy Maria mi o tym opowiedziała. Że mogliby wiedzieć więcej, gdyby nie strach naukowców z Jeny przed posądzeniem o przeszłość hitlerowską. Pokazała mi też, wyciągając z głębokich zakamarków, gazetę z 1938r., bodajże „Turüngische Zeitung”. W gazecie tej bardzo dokładne rysunki z opisem samokontroli piersi. Prawie dokładnie takie same jak na naszych plakatach i ulotkach w Centrum Onkologii w Warszawie.
Pierwszy amerykański program walki z rakiem też powstał z pobudek politycznych. Wielkość Ameryki Johna Fitzgeralda Kennediego kojarzyła się z podbojem kosmosu. Po jego śmierci Richard Nixon jako prezydent chciał mieć cos własnego, nie kojarzącego się z Kennedim. Jego ekipa zgłosiła więc potrzebę opracowania i przyjęcia do realizacji narodowego programu walki z rakiem. By możliwe było zatwierdzenie tego programu w amerykańskim parlamencie senator Edward Kennedy wycofał swoje nazwisko spod projektu. Wycofał mimo, że bardzo był za ze względów osobistych. Jego synowi amputowano nogę w kolanie z powodu nowotworu. Program uchwalono. Przeznaczono miliony dolarów na jego realizację. Sukcesu nie było. Nie mogło być. W tej chorobie jest zbyt wiele niewiadomych. 40 lat temu było znacznie więcej. Ponadto duże pieniądze przeznaczyły koncerny tytoniowe na utajnienie wyników badań o szkodliwości tytoniu. Jeszcze większe na kompanie reklamowe papierosów. Zaangażowanie znanych gwiazd w reklamę papierosów, przy rosnącej popularności kinematografii, gdzie sceny z papierosami były na porządku dziennym (najsłynniejsza chyba z „Casablanki”) i przy nikłej jeszcze świadomości i poziomie oświaty zdrowotnej musiały walkę z rakiem w tamtym czasie zakończyć klęską. Nawet w Ameryce.
Jeśli nasi politycy nie maja klasy, by uznać potrzebę powstania Narodowego Programu Walki z Rakiem, niech pomyślą o kasie. Nie dla siebie. O naszej narodowej kasie. Niech usiądą razem i policzą ile kosztuje wczesne wykrycie raka sutka, koszt leczenia i rehabilitacji, a ile leczenie nowotworu zaawansowanego. Z chemioterapią i radioterapią. Z długotrwałym zwolnieniem lekarskim, niekiedy zakończonym rentą inwalidzką.

W czasie jednej z wizyt u dr Gałeckiego spytałem o Letrozol. Powiedziałem, że mam możność załatwić go ze Stanów.
- Nie ma potrzeby - usłyszałem - tamoksyfen to bardzo dobry lek.
Jedna z koleżanek zaoferowała pomoc w sprowadzeniu „Noni” z Kanady. Do picia. Sama jest po problemie onkologicznym i zażywa. Ponieważ postanowiłem, że nie będę robił nic bez wiedzy i zgody moich lekarzy podzieliłem się tą wiadomością z dr Witowicz. Dowiedziałem się, że jak ziołowe to można. Jak homeopatyczne to nie. Według najnowszych doniesień przy nowotworach zero homeopatii. Sami naturoterapeuci zwracają na to uwagę.
No to piję. Herbatkę ekologiczną sporządzoną z roślin, które wykazują najsilniejsze działanie antynowotworowe. Wpływają na zwiększone wytwarzanie interferonu. Nadziei onkologów na leczenie raka bodajże w latach 70-tych lub 80-tych. Nadziei niespełnionej. Dziś wiemy, że nie ma jednego cudownego leku na raka. Są leki na poszczególne rodzaje nowotworów. Ale interferon (substancja białkowa) zwiększa odporność organizmu.
Piję kolorowe herbatki. Czerwoną, bo usuwa z organizmu nadmiar tłuszczu. Nadmiar tłuszczu to zagrożenie estrogenem. Wprawdzie łykam Tamoksyfen, ale po co stwarzać zagrożenie dobrowolnie. Zieloną, bo reguluje trawienie, działa przeciwutleniająco (dzięki flawonoidom) przez co zapobiega miażdżycy, chorobie niedokrwiennej i nowotworom. Nie powiem, żeby były smaczne. Eli smakują. Nie wiem jak to może smakować? Jedyny napój, który piję ze smakiem to kawa. Gdy moi lekarze powiedzą, że kawa szkodzi to pić przestanę. Na razie nie mówią - to piję. Wprawdzie nie tyle, co kiedyś (5-7 dziennie), tylko 2 (w porywach 3-4).
W diecie dużo warzyw. Już nie kłócę się z Elą, że ja to nie królik, żebym się faszerował zieleniną. Dużo pietruszki (natka) bogata w witaminę C, prowitaminę A, olejki eteryczne. Duży wpływ na powstawanie czerwonych ciałek. No to co, że działa moczopędnie. Marchew, ze względu na dużą ilość β-karotenu, który działa przeciwnowotworowo. Również pomidory, które oprócz β-karotenu i potasu, witaminy C i E oraz mnóstwa mikroelementów zawierają Likopen. Może chronić przed nowotworami ze względu na wiązanie wolnych rodników. A te powstają w wyniku zanieczyszczonego środowiska, intensywnego promieniowania słonecznego, spożywania alkoholu (z wyjątkiem czerwonego wina), palenia papierosów (nie ma znaczenia, że ja nie palę, już), czy nieprawidłowej diety. Jemy dużo czosnku nie tylko dlatego, że jest bardzo zdrowy , że jest królem naturalnych leków. Również dlatego, że badania przeprowadzone w Stanach i Japonii wykazały, że czosnek zapobiega rakowi. Stwierdzono, że leukocyty (białe ciałka krwi) u osób, które jedzą czosnek o wiele skuteczniej atakują i niszczą komórki nowotworowe niż u tych, którzy czosnku unikają.
Odkąd zetknąłem się poprzez cycek z problemem nowotworowym na naszym stole zagościły brokuły. Nie dość, że zdrowe to jeszcze smaczne.
Już po naświetlaniach. Przyszli byli nasi uczniowie. Ela była ich wychowawczynią
w klasach I-III, Ja później. 20 lat temu skończyli podstawówkę. Organizują spotkanie. Będzie prawie cała klasa. Chcą, żebyśmy i my byli.
- Nie możecie Państwo nie być - mówią dziewczyny - w Was mieliśmy „mamę” i „tatę” w szkole.
- No to nie możemy nie być mamo - mówię do Eli.
- Zobaczymy, zobaczymy - jak zwykle ostrożna Ela - To było 17 naświetlań. Zobaczymy jaki będzie efekt skumulowany.
Efekt skumulowany jest dobry. Decyzja: idziemy, gdzieś na 2-3 godziny. Byliśmy 8. Poznawanie kto jest kto. Zdjęcie z klasy IV ściągawką. Na zdjęciu poznaję wszystkich.
W rzeczywistości mam kłopot z Markiem i Agatą. Rozmowy, wspomnienia, tańce. Mówią, że czasem mieli żal, gdy dostali w „dupę”, ale dziś są wdzięczni. Wyrośli na porządnych ludzi. Nikt nie siedział w więzieniu. Jest to dla nich tak ważne, że powtarzają kilka razy. Mają rodziny. Szanują się. Wiedzie im się różnie, ale bez powodu do narzekań. I tylko naszej klasie udało się być prawie w komplecie. Mnie to nie dziwi. Zawsze musieli być w komplecie. 34 osoby w klasie. Po klasówce z geografii 17 piątek i 17 dwójek. Załatwiam powtórzenie klasówki. Wszyscy zostają po lekcjach. Ja mam SKS to dopilnuję.
- Dlaczego ci co dostali piątki mają zostać? - pyta ktoś oburzony.
- A dlatego, że ktoś musi głąbów nauczyć! Nie zrobiliście tego wcześniej, zrobicie teraz.
Gdybym napisał, że z powtórzonej klasówki były 34 piątki to bym skłamał. Ale dwójki nie było żadnej.
Gdy się zbieramy do domu nie chcą nas puścić. Lokal zamówiony do rana.
- Każdy wiek ma swoje prawa - mówię.
Godzą się tylko dlatego, że wiedzą, co przeszedłem. Wychodzą z nami na dwór ze śpiewem. A śpiewać potrafią. To z nich składał się zespół „Promienie”. Laureat I nagrody Wojewódzkiego Festiwalu Piosenki Harcerskiej.
- Idźcie do środka, cholery, bo się przeziębicie - mówię do nich.
- Grzeje nas. Od środka - słyszę w odpowiedzi.
No tak. Popłynęło sporo, choć specjalnie po nich nie widać.
- Do zobaczenia następnym razem - krzyczą.
- Za 20 lat? - pytam.
- Znacznie, znacznie wcześniej.
To był dobry „trening” przed balem siatkarzy. Tam do rana. Puchar za II miejsce
w lidze. Anka i Paweł najlepszą zawodniczką i zawodnikiem ligi. Już nikt nie pamięta
o kłótniach o każdy punkt. Był aut, czy boisko? Dotknął, czy nie dotknął siatki? Dziś nie ma siatki. Tej pośrodku sali. Jest maskująca u sufitu. Dekoracja. Tańczymy. Wszyscy ze wszystkimi. Już nie ma poszczególnych drużyn: Małej Wsi, Energomontażu, Paprotni, Master - Foodu, Guzowa, Międzyborowa, Absolwentów, czy Milanówka. Są zwariowani pasjonaci piłki siatkowej. W skrócie ZPPS, nie mylić z PZPS. Tam grają i pracują za kasę. My za darmo. Pół roku szarpaczki. Niedziela w niedzielę. Obrażona rodzina, bo nie przyszliśmy na imieniny. A jak mieliśmy przyjść, jak mieliśmy mecz? Wszystko po to, by się spotkać na koniec na takim balu. Żartowaliśmy, że można od razu się spotkać na balu. Po co się męczyć? Można. Ale wtedy byłby to normalny bal. Jakich setki w całym karnawale. Ten jest niezwykły. Na niego nie można się doczekać, grając przez pół roku co niedzielę. Mecz i rewanż.


Do „Amazonek” się nie zapiszę. Nie dlatego, żebym miał coś przeciwko tej szacownej „instytucji”. Pomysł powstania tego typu placówek powstał z inicjatywy byłych pacjentek, które dotknęła choroba nowotworowa piersi. Inspiracją był ruch „Rech to Recowery”. Powstał w Stanach Zjednoczonych. Twórczynią i założycielką tego ruchu była pacjentka leczona z powodu raka piersi. Wyzdrowiała i chciała własnym przykładem wesprzeć psychicznie chore kobiety. Tak powstał ruch wolontariuszek, na którym wzorują się polskie „Amazonki”. Prowadzą grupy wsparcia psychicznego dla kobiet po mastektomii. „Ochotniczki”, czyli kobiety w pełni sił fizycznych i psychicznych, które przeszły chorobę nowotworową. Są najbardziej wiarygodnym przykładem, że z rakiem można wygrać. Ich obecność wśród kobiet na szpitalnej sali, dyżury przy telefonie zaufania, udzielanie wywiadów w radio i telewizji, pokazywanie twarzy i nazwiska uwiarygodniają fakty. Przełamuję barierę anonimowości. Patrzcie ja wygrałam. Mnie się udało. Przełamują barierę lęku, jaka otacza raka. Nie bójcie się. Nie lekceważcie, ale nie bójcie się. Ja żyję i wy będziecie.
Coraz liczniejsze Kluby i Filie zrzeszone w Federacji Polskich Klubów Kobiet po Mastektomii „Amazonki” opracowują programy szkolenia ochotniczek, prowadzą rehabilitację fizyczną w celu uzyskania i podtrzymania sprawności i ogólnej wydolności, różne formy rehabilitacji psychicznej, tak indywidualnej jak i grupowej, opracowują materiały informacyjne dla kobiet leczonych z powodu raka piersi, poradniki dla kobiet po mastektomii, prowadzą audycje w środkach masowego przekazu, a przede wszystkim włączają się do działalności na rzecz profilaktyki i walki z rakiem piersi organizowanej przez Służbę Zdrowia, Fundacje i Polski Komitet Zwalczania Raka. „Amazonki” są przychylnie przyjmowane przez społeczeństwo. Merytoryczną opieką sprawują ośrodki onkologiczne.
„Amazonki są potrzebne. Ale ja się do nich nie zapiszę. Jeśli nawet, to co ja im powiem? Że bez cycka można żyć? Ja mogę, ale ja to JA. Gdyby lekarze powiedzieli, że konieczne jest odjęcie drugiej, bo zagrożony jest cały organizm to bym się zgodził. Jeśli ktoś myśli, że z poważnego tematu żartuję to jest w błędzie. To fakt. W Wielkiej Brytanii kobieta zagrożona genetycznie rakiem piersi (zmarła jej mama i siostra) zgłosiła się do lekarzy z prośbą o profilaktyczną mastektomię. Lekarze odmówili. Podała ich do sądu. Wygrała. W sądzie i w życiu.


Ja się do „Amazonek” nie zapiszę bo nie mam czasu. Wróciłem do pracy. Siatkarzy trzeba przygotować do zawodów o mistrzostwo powiatu. Jak wygramy „święta wojna”
z Żyrardowem. Łukasza przygotować do egzaminu na AWF. Paru chłopaków ma szanse w lekkoatletyce, też trzeba z nimi popracować. Jest co robić, czas ucieka. Świadomie uciekłem od Niemena. Za wcześnie by go po prostu cytować.
Jedziemy na zawody. Gdyby nie te „trzy miesiące” byłbym spokojny. Bronimy tytułu mistrza powiatu. Szkolny autobus się spóźnia. Wpadamy na halę w ostatniej chwili. Krótkie przywitanie z kolegami i gramy. Jeszcze któryś zażartował:
- Spóźniliście się, nie gracie!
- Ja wam dam! - odpowiadam.
- Czekaliśmy na ciebie tyle (moje pierwsze zawody od października) poczekalibyśmy jeszcze pięć minut.
Gramy. Pierwszy mecz z Leśną Podkową. Nasza zagrywka i po chwili 8:0. Wymieniam całą „szóstkę”. Nic się nie zmienia. Po pierwszym secie proponuję przeciwnikom, że wprowadzę trzecią, jeśli nie będą mieli nic przeciwko temu. Zgodnie
z regulaminem może być w drużynie 12 zawodników. koledzy się zgadzają. Gra nieco inna. Wygrywamy wprawdzie gładko, ale bez demolki. Długo czekamy na półfinał. W drugiej grupie mecze bardzo zacięte. Wszystkie po 2:1. W półfinale i finale już nie kombinujemy. Nie ma przebacz. Gra pierwsza „szóstka”. Wygrywamy gładko. Chłopcy się cieszą bo nie idą pieszo. Gdyby przegrali mieli iść za autobusem. Sami sobie taką karę wymyślili. Mamy mistrza. Teraz przygotowania do zawodów międzypowiatowych, w których jesteśmy wiecznie drudzy, za Żyrardowem. Może uda się to zmienić? Może.
Chłopcy się cieszą. Czekamy na wypisanie dyplomów i wręczenie pucharu. Dla Międzyborowa. Jak przyjemnie znów czuć ten dreszcz emocji. Grać i wygrać. Gdy mi mówią, że to co się wstało wcześniej to też moje zwycięstwo, mówię, że nie. Wygrywa się, gdy się gra. Ja nie grałem. Ja zaufałem Bogu i lekarzom. I się nie zawiodłem.
- Jak się czujesz? - pytają koledzy.
- Dobrze. Dziś bardzo dobrze, bo wygrałem.
- Dobrze, że jesteś!
- Dobrze, że wróciłeś! - klepią po ramionach.
Jestem, wróciłem. Wróciłem do zdrowia. Wróciłem do pracy. Wróciłem do życia.
Jak dobrze jest żyć!. Uśmiechem witać słońce i gwiazdom mówić „dobranoc”.
 

Od tamtej pory minęło trochę czasu. Parę rzeczy się wydarzyło. Zaliczyłem 3 wizyty na Ursynowie (podobno do końca życia co pół roku). Wyniki dobre. Doktor zadowolony. Ja też.
Chłopcy nie dali rady odwiecznemu rywalowi z Żyrardowa. Przegrali w „tie -breku” 2:1. Może gdyby nie te „trzy miesiące”?. A co tam. Srebrne medale też cieszą. Cieszy to, że pogodzili sport z nauką. Cała pierwsza „szóstka” otrzymała świadectwa z wyróżnieniem. Lekkoatleci nie zawiedli. Łukasz dostał się na studia (już zaliczył I rok AWF-u).
Nie udało się niestety Duśce i Kaczmarskiemu, Zosi (tej co ręka puchła) i Pawłowskiemu. Nie udało się jeszcze wielu. Ale wielu się udało. Tak jak mnie. Jest nadzieja, że będzie się udawać. Każdy dzień przynosi nowe odkrycia medyczne. Nowe rozwiązania. Śmiało można powiedzieć, że postęp naukowy w medycynie jest ogromny. Niektórzy mówią, że medycyna zrobiła tak duży postęp, że już nie znajdzie się na świecie człowieka, który nie miałby jakiejś choroby. Ale też coraz mniej chorób jest nieuleczalnych. Postęp w medycynie niesie nowe leki, nowe metody operacji (bezkrwawe). Nadzieję daje przyjęty przez rząd i Sejm wieloletni Narodowy Program Walki z Rakiem. (Nareszcie!).
Każdy dzień przynosi nowe wiadomości o naszych (moich i Jacka) siatkarzach. Już nie grają we „Wrzosie”. Szkoda ich było trzymać. Poszli do klubów, w których rozwiną się bardziej („MDK”, „Metro” Warszawa). Przed nimi może nawet reprezentacja Polski (jeden już był na konsultacjach kadry). Przede mną dużo pracy. Są następni zdolni i chętni chłopcy. Daj Boże zdrowie i dużo co półrocznych wizyt kontrolnych.


W życiu szczęście trzeba mieć. To zdanie często przewija się przez moją książkę. Bo trzeba. Ja je miałem. I mam. Do ludzi. Do przyjaciół. Do lekarzy. Do nauczycieli. Jednym z nich był wcześniej już opisany „Dziadek”. Drugim wychowawca z I i II klasy technikum. Adolf. Ten od papierosów. Szybko zorientował się, że niektórzy z nas nie są i nigdy nie będą pasjonatami elektroniki. Zaproponował nam udział w zajęciach „Koła młodych wierszokletów”. Baliśmy się użyć nazwy poetów, jak też nasze rymowanki nazwać poezją, ale składanie wierszy szło nam całkiem składnie. Były o wszystkim, o miłości, o młodości i o tym co się działo wokół nas. Nie zabrakło w nich wojny wietnamskiej i zagrożenia katastrofą nuklearną. Z moich wypocin nic nie zostało „w szufladzie”, (spaliły się u rodziców), ale na szczęście mam niezły „twardy dysk”. Niektóre zostały w pamięci.

poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Józef Adamczyk (j2003)

Forum

Poczytaj również