Ocena:
oceń

rozmiar czcionki

|

|

poleć

|

drukuj

|

forum

|

2010-04-01 19:03:28

Mój dziennik ,,Dzień po dniu”

Dziennik Doris nagrodzony w konkursie "Zwierciadła"

 



20 czerwca 2007r.

Smak seksu

Po raz kolejny ta niesamowita refleksja, że znacznie lepiej, łatwiej żyje się kobietom uznawanym za brzydkie. Może w wieku dwudziestu, trzydziestu lat nie, ale później...
Mam czterdzieści lat, nigdy nie byłam wybitną pięknością, ale trzeba przyznać – nawet sama to przyznaję – byłam ładną kobietą. W chwili obecnej ja po prostu nie mogę na siebie patrzeć. Nie ważne przychylne opinie innych, skoro sama siebie postrzegam jako ,,coś minionego”. Widoczna w każdym centymetrze ciała nadwaga, brzuch dużo większy od piersi, obwisłe pośladki, twarz – jakby skóra straciła swą przyczepność, a zwisanie było jej jedyną funkcją, sine plamy pod oczami, opadające kąciki ust (żeby kąciki, opadająca cała linia ust), pękające w galopującym tempie naczynia krwionośne, dorodne podgardle i dłonie coraz bardziej przypominające dłonie ukochanej babci złożone w trumnie. Jeszcze zęby, czy to naprawdę moje zęby? Jeśli tak to dlaczego z mlecznej bieli przeobraziły się w kolor zębów sąsiada – alkoholika, na którego w dzieciństwie spoglądałam z odrazą. Wiem, rozumiem, że każdy wiek ma swoje prawa, teraz muszę dostrzegać atuty dojrzałości, przecież tyle już przeżyłam, tyle doświadczyłam, pozostało wykorzystać tę wiedzę do dalszego rozwoju. Człowiek to CUD: ciało, umysł i dusza. Skoro ciało już trochę zawodzi to trzeba zająć się rozwojem umysłu i rozkwitem duszy. Praktycznie od paru lat nic innego nie robię, ,,rozwijam się i rozwijam”, a tak często dopada mnie pytanie: - właściwie po co to robię, skoro koniec wiadomy i nieunikniony? Trudno było dzisiaj uśmiechać się do sosu w granatowym rondlu i ze spokojem powiedzieć dwunastoletniemu synowi: - ,,Nie spiesz się synku, wszystko przed tobą, na wszystko przyjdzie czas”, gdy zachęcony młodzieżowym filmem, w którym gimnazjaliści namiętnie się całowali oznajmił: - ,,Mamo, ja chcę szybciej żyć, chcę już wszystkiego spróbować, bo przecież mogę zachorować na raka tak jak ty i nigdy nie dowiem się jak smakuje seks!”.

 

 

21 czerwca 2007r.

Onkologia


 

22 czerwca 2007r.

Ewelina

Dzisiaj stawiam sobie już całkiem inne pytania. Bardzo się cieszę, że jeszcze po prostu żyję, już nieważna obwisła skóra i nadwaga. Wczoraj wiele godzin spędziłam na onkologii, przyjęłam kolejną chemię i dowiedziałam się, że znajoma młoda dziewczyna, z którą rozpoczynałam leczenie już nie żyje.
Od jedenastu lat choruję na nowotwór złośliwy piersi. W marcu 2006 roku okazało się, że nastąpiła wznowa choroby, tzw. przerzuty. Badania potwierdziły obecność komórek nowotworowych w moich kościach i wątrobie. Nawrót choroby jest dla mnie znakiem mojej naturalnej odporności, która wymaga ode mnie wsparcia. Jeśli chcę żyć, to po prostu muszę zająć się emocjonalnymi przyczynami choroby.
Wiadomość o przerzutach sparaliżowała mnie. Niewyobrażalny lęk i strach nie opuszczały przez miesiąc. Pierwszy raz w życiu byłam przerażona. Poczułam bardzo wyraźnie oddech śmierci. W cierpieniu niedopisania pojawiła się decyzja, decyzja narodzona z tysiąca myśli, z uczuć prawdziwych, tych najboleśniejszych. Zalana łzami, zapytałam siebie: Dlaczego doprowadziłam ciało do takiego stanu? Dlaczego nie kocham siebie? I już wiedziałam, w końcu dostałam odpowiedź – decyzję, uświadomiłam sobie, że zrobię wszystko, żeby wyzdrowieć, wykorzystam wszelkie możliwości, dotrę do granic niemożliwego. Wyzdrowieję, a później wynagrodzę sobie czterdzieści lat życia spowitego smutkiem melancholii. Od trzynastu miesięcy walczę. Nie mam chwili zwątpienia. Niczego nie byłam tak pewna jak tego, że chcę być zdrowa. Co tydzień chodzę na chemioterapię. Moje wyniki są bardzo słabe, odporność organizmu krytyczna. Polubiłam leczenie, czekam na kolejną chemię jak na wielki dar, smutno mi, gdy z powodu złych wyników jest przełożona. Walczę z całym systemem zdrowia – tak bardzo chorym w naszym kraju. Założyłam sobie, że żadne przeciwności zewnętrzne nie przeszkodzą mi w pokonaniu choroby. Oddział chemioterapii, jak zresztą cały szpital onkologiczny jest mały, nie dostosowany do potrzeb pacjentów i personelu. Oddział posiada dwadzieścia trzy łóżka, a potrzebujących chorych jest więcej. W bólu choroby, osłabieniu umęczonych ciał, rozgrywa się walka. Walka o wyniki w laboratorium – codziennie setki osób, o dostęp do lekarza – zawsze bardzo zajęci, o łóżko na oddziale, o zainteresowanie personelu – przemęczone, smutne pielęgniarki. Lekarze decydujący o tak ważnej terapii mają zbyt dużo pacjentów i jeden mały gabinet lekarski. Przed gabinetem dziesiątki ludzi, tych chorych z niekończącymi się pytaniami: - Czy mam dobre wyniki? - Czy zostaję na oddziale? - Jak dalej będzie przebiegać leczenie? I tych zdrowych, z wyrazami wdzięczności. W tym wszystkim ja uzbrojona w niezłomną decyzję, postanowienie powrotu do zdrowia, do życia. Pamiętam jak rok temu (teraz nie zostaję na oddziale, tylko po chemii idę do domu) około godziny czternastej przydzielono mi łóżko, leżałam w tzw. dużej sali. Pacjentek było sześć (więcej łóżek już się nie zmieści), wszystkie cierpiące, z nawrotem choroby. Temperatura powietrza za oknem 40˚C, w pomieszczeniu niewiele mniejsza. Naprzeciw sali chorych wspólna męsko-damska ubikacja. Zapachy wymiotów towarzyszyły nam nieustannie. Noc na oddziale to niekończące się odgłosy choroby: pacjentka wymiotuje, chory idzie do ubikacji, pielęgniarki podają leki, ktoś głośno chrapie (na mojej sali wszystkie panie chrapały), ktoś szlocha skulony w kąt szpitalnego łóżka. Pośród odgłosów ja, szczęśliwa jak nigdy przedtem, szczęśliwa, bo dostałam kolejną chemię, więc byłam bliżej swojego celu.

Ewelinka była piękną, młodą dziewczyną, pełna nadziei szukała pomocy, próbowała walczyć do końca. Wczoraj jej ciocia powiedziała, że Ewelinki już nie ma. Pomyślałam jak to nie ma, a gdzie jest? Po paru minutach uświadomiłam sobie, że następna młoda dziewczyna umarła.

Ewelina brakuje tutaj ciebie.

Dziś znowu nie spałam całą noc, rozwolnienie spowodowane lekami, decyduje o tym, że pół nocy spędzam w ubikacji. Patrzę w okno, szlocham i wypatruję poranku. O czwartej rano już było weselej, ptaki śpiewały, przebudziła się kotka, przyszła i ocierała się o moje spuchnięte nogi. Pomyślałam, że za cztery godziny obudzi się mąż, później syn i jakoś przetrwam ten następny dzień darowany przez los. Mąż ucałował, później dzwonił z pracy, dzwoniła mama, siostra, koleżanki. Nic nie cieszy, niczego nie potrzebuję, tylko spać, spać, spać... Jak bezrozumnie nie doceniałam snu, marnowałam długie godziny nocne. Kiedyś mogłam spać – nie spałam, teraz pragnę snu – a wycieńczony organizm nie pozwala na odpoczynek.


 

23 czerwca 2007r.

Tam też jest życie

Jest nowy dzień, obudziłam się, żyję. Twarz spuchnięta, zmęczona, mąż pomaga podnieść z łóżka moje obolałe ciało. Zaraz się rozruszam. Skupiam się na tym, co jeszcze mogę, co przede mną. Pewnego dnia pomyślałam: - Zaraz, zaraz, zgoda, trudno wielu rzeczy już nie zrobię, ale coś chyba mi pozostało! Spojrzałam na moją rzeczywistość inaczej. Jestem szczęśliwa jak rzadko przed chorobą, przestałam myśleć o tym, czego już nie mogę zrobić, nie skupiałam się na moich brakach, tylko doceniłam, wyraźnie zobaczyłam moje możliwości.
Chemioterapia to teraz jedna z płaszczyzn mojego życia, a więc zaakceptowałam ją, polubiłam, nie buntuję się. Co tydzień szykuję się na oddział, ubieram się, robię makijaż, już nie stawiam pytania – dlaczego ja? Ono tylko osłabia i drażni. Na oddziale rozmawiamy, pozdrawiamy się, tam też żyją ludzie, tam jest życie, i właśnie takie jest obecnie moim udziałem. Chorym jest bardzo ciężko leczyć się będąc świadomym (a odczuwamy to na każdym kroku), że służba zdrowia w naszym kraju jest bardzo chora. Nie mamy wyjścia, akceptujemy biurokrację medyczną, zmiany, które okazały się utrudnieniami, ciasnotę, brak intymności. Rozumiemy, że nie ma jednostkowej winy, wiemy, że lekarze, dyrekcja i pielęgniarki onkologii to wspaniali ludzie. Chory jest system, a w tym przypadku nie można zastosować chemioterapii. Jestem szczęśliwa, ponieważ przyjmuję chemię, objęto mnie leczeniem i zawsze mogę zgłosić się do lekarza.
Inna płaszczyzna mojego życia to rozwój duchowy. Jest wspaniale! Teraz dopiero mam czas na pracę nad sobą. Czytam dzieła literatury pięknej, na które nigdy nie miałam czasu. Czytam też wiele terapeutycznych książek, są ciekawe, pouczające, w każdej z nich znajduję coś dla siebie. Wypisuję sentencje, afirmacje, bawię się tym i jednocześnie pomagam sobie. Jest pięknie, jest cudownie, więcej czasu mogę poświęcać bliskim, a relacje interpersonalne są o wiele głębsze, pełniejsze. Dzisiaj zadzwoniłam do mamy i podziękowałam za pomoc, którą otacza mnie od zawsze. Niezastąpiona mama zaopatruje moją lodówkę w pyszne jedzenie i przyjmuje wszelkie zamówienia. Ostatnio wróciłam po chemii i nie byłam w stanie zrobić sobie herbaty, pomyślałam, co byłoby gdybym musiała gotować teraz obiad? – Ja nie muszę, moja mama dba o to, żebym przez parę dni po chemioterapii nie przygotowywała posiłków. Umyłam się, sporządziłam mężowi ulubione danie, wyszłam do sklepu, przyniosłam zakupy, a teraz piszę. Kiedyś uważałam takie czynności za coś oczywistego i nudnego. Kiedyś nie potrafiłam dziękować, a nawet nie wiedziałam, że mam, za co, dopiero teraz.... Paradoksalnie, cierpienie uświadomiło mi bezmiar mojego szczęścia. Prowadzę wspaniały, kolorowy dziennik wdzięczności, którego strony bardzo szybko się zapełniają, bo ja mogę dziękować bez przerwy: za to, że piszę do Was, za to, że widzę, za to, że żyję jedenaście lat z chorobą nowotworową, za lekarzy i rewelacyjną chemię, za to, że kotka stoi na klawiaturze i ziewa, za to, że zaraz przyjdzie syn, a później mąż, za to, że jeszcze tu jestem.


 

24 czerwca 2007r.
Korzyści wtórne, ale zgubne

I znowu nowy dzień. Jak dobrze, że jestem. Tylko, dlaczego krzyczałam już na męża? Dlaczego najbardziej kocham męża i syna jak już położą się spać. Patrzę na nich wtedy z taką miłością, czułością, całuje ich po rękach i myślę, że jestem najszczęśliwsza. Rano już nie, nie jestem już taka słodka. Drażnią mnie decyzje męża, zachowania syna, ich postrzeganie świata. Dlaczego tak się reaguję? Przecież od dawna wiem, że: ,,Prawdziwą siłę i skupienie daje pozostawienie innych samym sobie”. Zauważyłam pewną prawidłowość, kiedy czuję się źle ze sobą, gdy na powierzchnię wypuszczam żal nabyty w dzieciństwie, niespełnione marzenia młodości, kiedy z odrazą patrzę na swoje ciało, gdy ,,zaśmiecam” kosmos tym bezsensownym pytaniem dlaczego właśnie ja zachorowałam na raka, wtedy z potrójną mocą, kurczowo łapię się i trzymam wad moich bliskich. Jakim prawem, przecież mam ich kochać, a nie oceniać, co właściwie znaczy dobre zachowanie, czy odpowiednie poglądy, przecież wszystko jest względne. Nie, choroba mnie wcale nie usprawiedliwia, jeśli wykorzystuję chorobę to zwyczajnie jestem nieuczciwa. Przypominam sobie ćwiczenia polegające na uświadomieniu korzyści płynących z choroby. Pamiętam zdziwione miny, gdy pierwszy raz grupa chorych usłyszała - wydawałoby się nielogiczne - polecenie. Po dłuższym zastanowieniu zaczęliśmy wypisywać korzyści płynące z choroby, a pisaniu nie było końca. Zapisz 6 pożądanych rzeczy, które nastąpiły w wyniku twojej choroby (tzw. korzyści wtórne). W czerwcu 2006 roku odpowiadałam tak:

•Mam spokój, nie muszę tyle udawać, prezentować się otoczeniu z najlepszej strony
•Często jestem sama, a to bardzo lubię (już nie pracuję zawodowo)
•Wykonuję mniej prac domowych (nie lubię tego robić)
•Przerwałam nieciekawą, destrukcyjną znajomość
•Uwolniłam się od stawianych wymagań
•Choroba daje mi chwilową ,,ochroną”

Zidentyfikowanie tych i wielu innych korzyści wtórnych pomogło mi odkryć uśpione potrzeby, których sobie nie uświadamiałam. Uważam, że choroba to wyzwanie do zmiany postawy, rak jest sygnałem do pobudki, do odnalezienia harmonii wewnętrznej. Harmonię osiągamy przez robienie więcej tych rzeczy, które przynoszą nam radość i poczucie głębokiego spełnienia, a mniej tych, które stwarzają niepotrzebny ból emocjonalny. Więc może praca zawodowa, którą wykonywałam nie przyczyniała się do mojego rozwoju i dobrze się stało, że w wyniku choroby ją utraciłam.


 


25 czerwca 2007r.

Łobuz

Od rana towarzyszą mi wyrzuty sumienia. Syn nie otrzymał świadectwa z tzw. czerwonym paskiem, ponieważ miał obniżone sprawowanie. Nie chciałam oglądać cenzury i z wyraźnym niezadowoleniem powiedziałam, że wychowałam łobuza. W nocy spojrzałam na świadectwo, same piątki, z matematyki celujący! Poczułam wielką radość i dumę. Owszem, radość odczułam, ale żebym ją okazała, nie, to za trudne.... Mój wspaniały, mądry, kochany syn ma matkę od jedenastu lat chorą na raka, przeżywa i obserwuje wszystkie moje stany psychiczne, od wielkiej euforii po smutek, rozpacz i ból. Jestem bardzo krytyczna, wymagająca a wrażliwość ukrywam głęboko, jak ukrywamy młodzieńcze, miłosne listy na dnie zakurzonego kufra. Jest jedynakiem, którego nie karmiłam piersią, bo już miałam w niej guza. Mam nadzieję, jestem głęboko przekonana, że nie odziedziczył choroby nowotworowej. Jednak ,,przekazałam” synowi wszystkie moje lęki, moje smutne przestraszone oczy, łzy, często głośny, nieuzasadniony, przejmujący śmiech, moje nieprzewidywalne zachowania i decyzje. Obcuje z tym, na co dzień, bo przebywa ze mną, chorą matką. Wypracował bardzo dobre świadectwo, ze średnią ocen 5,0 i usłyszał, że jest łobuzem. To w takim razie, kim ja jestem? Gdzie się schować? Jak teraz poprosić, żeby znowu mnie przytulił, bo właśnie ,,łobuz” daje mi najwięcej siły i dzięki niemu jestem!


 

26 czerwca 2007r.
Rekompensata

Dzisiaj moje samopoczucie dobre, wybraliśmy się po zakupy w centrum miasta. Ulubione pierogi syna, najnowszy komiks, buty – takie jak chciał, lekkie sportowe, do biegania. Czy ja przypadkiem nie chcę czegoś zrekompensować? Kąpać się nie mogę, opalać się nie mogę, ale smutno kolejne lato oglądać jezioro tylko w telewizji. Zdecydowałam, że kupię wcześniej wyszukany strój kąpielowy. Niestety, okazało się, że nie ma mojego rozmiaru. Ekspedientka powiedziała, że pełna kolekcja była w kwietniu, a ja przyszłam za późno. Przecież dwa dni temu rozpoczęło się kalendarzowe lato!




poleć znajomemu drukuj skomentuj rss
Oceń artykuł:

Autor

Dorota Jakóbczyk

Forum

  • jagodula (offline)

     

    Avatar

    2012-11-27 13:59:20
     

    Doris, dziękuję, pobeczałam się...
  • bozena_stanczyk (offline)

     

    Avatar

    2013-03-27 09:06:10
     

    Czytam sukcesywnie opowiadania i nie mogę wyjść z podziwu.Poruszany jest ten sam temat, ukazywane są nasze podobne uczucia i emocje ajednak każde jest bardzo subiektywne i daje do myślenia.Każde z...
  • Jolar (offline)

     

    Avatar

    2013-08-25 19:42:17
     

    Dziennik mógł trwać jeszcze dłużej...

Poczytaj również