Zdarzenia medyczne: skala roszczeń pacjentów

Wysłane przez Al_la 

Al_la (offline)

Post #1

22-02-2013 - 18:32:20

k/Warszawy 

[www.rynekzdrowia.pl]





W najgorszych chwilach mego życia zawsze mogłem liczyć na przyjaciół.
Odtąd wiem, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to poprosić o pomoc. Paulo Coelho




Przewodowy NST, G2, T3N0Mx, TNBC, 6 x FEC (3 przed operacją), yT2N0Mx

Adossx (offline)

Post #2

08-05-2015 - 23:26:48

łódź  

Witam

Korzystam z waszego forum od dłuższego czasu, (anonimowo)wiele porad było mi bardzo pomocne.
Moja historia jest bardzo trudna zresztą jak każdej osoby lub rodzin chorych.
W sierpniu 2012 roku moja mama wyczuła guzek na piersi po wykonaniu badań okazało się, że to nowotwór złośliwy her- ujemny.
Mama dostała agresywną chemioterapię przedoperacyjną cyklu AC osiem wlewów było jej bardzo trudno ale bardzo dzielnie to znosiła, robiła to dla nas.
Życie jednak pokazało, że nieszczęścia chodzą parami tata bardzo przeżywał chorobę mamy opadł z sił a jego skóra silnie się zażółciła. Po wykonaniu badań okazało się że tata ma na wątrobie guza wielkości 8 cm. Diagnoza, nowotwór dróg żółciowych(nieoperacyjny).Rodzice zachorowali na nowotwór jednocześnie, wszystko rozgrywało się w tym samym czasie.
Pani doktor chemioterapeuta, która leczyła mamę powtarzała jak mantrę do mamy "pani będzie żyć ale pani mąż nie ma szans na życie" statystycznie wszyscy lekarze w naszym mieście tacie dawali 2 miesiące życia od diagnozy.
W trakcie gdy mama dostawała wlewy chemii, jeździliśmy z tatą do kliniki w Warszawie gdzie okazało się że jako jedyni są w stanie przedłużyć życie mojemu tacie( założyli tacie protezy na drogi żółciowe)
W maju 2013 roku po zakończonej chemioterapii mama miała operację mastektomii piersi. W czerwcu byłyśmy na konsultacji u radioterapeuty był to trudny okres czyli urlopowy, dostałyśmy od dr. skierowanie do kardiologa aby wydał zgodę na radioterapię (mama miała nadciśnienie) urlop radioterapeuty i kardiologa i długie kolejki spowodowały że pierwsze naświetlania były wykonane dopiero we wrześniu. Radioterapię mama znosiła bardzo żle dokuczał jej kaszel, ból kręgosłupa, skaczące ciśnienie, reakcją dr. było tylko wypisanie mamie recepty na Thiocodin i ketonal. Pani doktor nigdy nie miała czasu dla nas a jak już znalazła była bardzo miła i odpowiadała na pytania zdawkowo (zwykle po to aby pozbyć się pacjenta) nie zostały wykonane żadne badania tylko wyniki krwi. Naświetlania były często przerywane spowodowane przeziębieniem, wycięciem kaszaka na dekolcie. Suma Sumarom to leczenie radioterapeutyczne zakończyło się dopiero w styczniu 2014 roku. Odetchnęliśmy przedwcześnie z ulgą, że mamy gada za sobą.

W trakcie kontrolnych badań w marcu, czyli dwa miesiące później, po zrobieniu prześwietlenia klatki piersiowej, kolejny cios guz na płucu lewym, markery z krwi w normie. Z płaczem pobiegłam do doktor, chemioterapeuty zastosowała leczenie paliatywne. Dostałyśmy skierowanie na tomograf. W związku żeby zyskać na czasie i zahamować rozwój guza na płucu, dała mojej mamie chemioterapię w tabletkach Xelodę. Powiedziała że ta chemioterapia działa na przeżuty nowotworu z piersi. Mama dostała w sumie cztery cykle chemii znosiła ją źle. W trakcie, wynik tomografu, który pokazał przeżuty do śródpiersia i węzłów nadobojczykowych.

W lipcu lekarz w historii choroby wpisał stan mamy jako stabilny, ale tak nie było mama miała duży męczący kaszel. Od chemioterapeuty dostała antybiotyk i Thiocodin. Po dwóch tygodniach kaszel nie ustąpił ale się nasilił. Pani doktor rozłożyła ręce i powiedziała, że trzeba zrobić kolejny tomograf a w sprawie kaszlu to mamy iść do lekarza rodzinnego,(bo ona już nie ma czasu)
Lekarz pierwszego kontaktu był bardzo zdziwiony ale dał receptę na kolejny antybiotyk. Kaszel dalej się nasilał (krwioplucie).

Na początku sierpnia chemioterapeutka gdy dostała wynik ostatniego tomografu w tym samym dniu ściągnęła szybko chirurga i zrobili mamie biopsję z węzła nadobojczykowego. Wynik tomografu o którym dowiedziałam się przypadkiem podczas rozmowy lekarzy to progresja 30 procent i poczuli strach iż prawdopodobnie jest to nowy nowotwór płuc.

Mama miała stawić się za dwa dni na oddziale i dostać inną chemioterapię niż dotychczas która zadziała na pierś i płuco. . Niestety kolejnego dnia kaszel się tak bardzo nasilił doprowadzając do bardzo dużej duszności. Wizyta na pogotowiu, podanie tlenu nie pomagało. Mama została skierowana do innego szpitala na odział chorób płuc. Lekarze tam nie mieli wątpliwości mama miała NOWY NOWOTWÓR PŁUC ich diagnozę miał potwierdzić tylko wynik biopsji.

W tym samym czasie tata był w szpitalu w Warszawie jego stan był ciężki ( lekarze już nie mieli możliwości założenia kolejnej protezy, żółtaczka była bardzo zaawansowana guz urósł do 18 centymetrów)
Musieliśmy dzielić czas między szpitalami rodzice umierali..........................................................................................osobno
Moja mama była świadoma swojego stanu, ordynator na obchodzie krzyczał dosłownie na mamę " dlaczego tak późno"
Wynik biopsji mamy "naciek niskozrónicowanego niedrobnokmórkowego raka z obszarami martwicy. Obraz nie pozwala na zróżnicowanie raka płuca z rakiem piersi, jednak obraz bardziej wskazuje na płuco" . Lekarz od chorób płuc powiedział że jest to ewidentny pierwotny rak płuca z przerzutami i że mama niewłaściwie była leczona.

Tata zmarł sam w szpitalu w Warszawie 22.08.2014 --------Mama zmarła w szpitalu w Łodzi 24.08.2014

Byłam na każdej wizycie i badaniu z moimi rodzicami , posiadam całą dokumentację medyczną.
Przeżyliśmy ogromną stratę, straciliśmy oboje rodziców jednocześnie.
Jestem pewna, że gdyby lekarze nie podchodzili rutynowo do pacjenta i poświęcali więcej czasu na każdy przypadek który niekiedy jest zawsze inny to wiele osób miało by szanse na przedłużenie życia które jest bezcenne.

Opisałam tu moje własne doświadczenia, które są bardzo bolesne.
Mojemu tacie dawano dwa miesiące życia od diagnozy a przeżył dwadzieścia miesięcy, tylko dla tego że szukaliśmy pomocy w całym kraju i trafiliśmy na lekarzy którzy chcieli pomóc. Mojej mamie nikt nie dał żadnej szansy miała podawaną chemioterapię w tabletkach i została pozostawiona sama sobie, pani doktor uznała że skoro był nowotwór piersi to tylko on mógł dać przerzut do płuc, tak jednak nie było a leczenie na oko to miało by sens ale w średniowieczu. Dodam że pani doktor jest doświadczonym lekarzem mającym długi staż pracy na oddziale onkologii w Łodzi.

Szukam pomocy prawnej aby dowieść że moja mama od momentu wykrycia zmiany na płucach była źle zdiagnozowana i źle zostało podjęte leczenie. Szukam sprawiedliwości aby kolejni pacjenci onkologiczni nie byli wrzucani do tego samego "worka" bo każdy przypadek jest inny. Chcę dowieść, że błędy i niedopatrzenia medyczne zdarzają wśród pacjentów onkologicznych gdzie niekiedy lekarze spisują takich na straty, nie zdają sobie sprawy że każdy dzień to szansa na "przedłużenie " życia, które jest na wagę złota. Jeżeli jest kancelaria prawna która może mi pomóc byłabym bardzo wdzięczna.

Pozdrawiam Małgorzata

marzusia (offline)

Post #3

12-05-2015 - 15:52:00

Cieszyn 

napisałam Ci wiadomość na priv



Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Użytkownicy online

Gości: 364
Największa liczba gości online: 5263 dnia 07-04-2018