Jak bliscy mogą pomóc/zaszkodzić świeżynce

Wysłane przez agawa 

agawa (offline)

Post #1

15-07-2010 - 12:29:50

okolice 

Zakładam nowy wątek, bo mnie refleksja naszła... refleksja po rozmowie z moją ciotką...
Gdy zachorowałam, byłam (pewnie jak większość) w szoku. Nie chciałam się widywac z przyjaciółmi, trudno mi było zachować się 'normalnie' w otoczeniu znajomych. Najbardziej chciałam siedzieć w norce i ryczeć...
Dzwoniło wtedy do mnie wiele osób. Dostałam wiele sms'ów. W założeniu wszyskie te kontakty miały mnie podtrzymać na duchu. Niestety tak to nie działało. Najbardziej przkre, a wręcz wkurzające, lub jeszcze inaczej - kuriozalne, były te z gatunku: ale ci współczuję... ale biedna jesteś... ale ci się trafiło...
Sama nie bardzo wiedziałam, czego od ludzi wtedy chcę, czego potrzebuję. Wiedziałam, że na pewno nie tego, co dostawałam...
A teraz moja ciotka... Gdy zachorowałam - ona i jej córka 'obraziły' się na mnie, bo zdecydowanie powiedziałam, że nie chcę, aby mnie odwiedziły i nie odpowiedziąłm na ich sms'a pt: bardzo ci współczuję... Teraz zadziało się tak, że przyjaciółka mojej cioci zachorowała na raka piersi. W tej chwili jest po mastektomii i po pierwszej chemi. I zdecydowanie odmówiła kontaktu z moją ciotką. Ja się nie dziwię. Ja rozumiem. Ale ciocia - nie rozumie... I mówi, że 'wszyscy' chorzy na raka świrują, dziwnieją, nie sposób się z nimi dogadać...
No więc piszę: po diagnozie, po operacji - to co było mi potrzebne od moich bliskich i przyjaciół to:
- przyniesienie upieczonego, pysznego ciasta (bez oczekiwania ode mnie towarzystwa... i rozmowy...)
- ugotowanie obiadu
- zabranie mojego psa na długi spacer
- zabranie mojego syna do kina
- przyniesienie mi do domu najnowszej komedii na dvd
- dostarczenie informacji o działalności klubu amazonek
- może przyprowadzenie jakiejś amazonki do domu (ale tu nie jestem pewna..?)
- skontaktowanie np z tym forum
- pogadanie z moim mężem... dodanie mu otuchy...
- potrzymanie za rękę mojej mamy, która była cały czas koło mnie i bardzo się matwiła...
***
No to się wygadałam przewraca_oczy
Dodacie coś? A może u was to wyglądało inaczej?

ToJa (offline)

Post #2

15-07-2010 - 12:46:31

 

wróciłam ze szpitala i......
sterta prasowania na mnie czekała.....
a tesciową, która przyszła zobaczyć jak wyglada synowa "po raku" akurat wtedy zaczeła bolec noga oczko

jano0244 (offline)

Post #3

15-07-2010 - 13:07:01

Mrągowo 

Agawa, tak jak moja Ania wyraziła się publicznie, wielu naszych znajomych (i rodziny) na wieść o jej chorobie się odsunęło. Ale może to i dobrze, że tak postąpili. Bo zdarzali się i tacy, którzy próbowali pocieszać ją w taki sposób, że aż mnie przerażenie ogarniało, jak ona na to zareaguje. Na szczęście jakoś te "pocieszenia" łagodnie przełykała.
Ale chwała tym naszym (nielicznym) wiernym znajomym, których zachowanie wzdlędem nas w ogóle się nie zmieniło!
Dzwonią tak jak dzwonili kiedyś, odwiedzają, jak odwiedzali kiedyś, zapraszają, tak jak zwykle zapraszali. Nie wiercą nam dziury w brzuchu z ciekawości, a wystarczają im te informacje, które sami od Ani usłyszą.
Sam jestem ciekaw, od czego to zależy, że jedni potrafią zachować się "wzorowo", czyli po prostu normalnie, a inni próbują "pocieszać" w dość makabryczny sposób, a jeszcze inni nie zachowują się w ogóle, czyli uciekają. Szczególnym przypadkiem jest tu siostra mojej żony (dodam, że to pielęgniarka pracująca z chirurgami), która odwiedziła Anię w dniu, kiedy po operacji przywiozłem ją ze szpitala. Była zaskoczona dobrą kondycją psychiczną i fizyczną Ani. Od tego czasu (pażdziernik 2009) mieszkając w tym samym mieście i dwa razy dziennie przechodząc w drodze do/z pracy pod naszymi oknami, nie zadzwoniła i nie odwiedziła już siostry ani razu!





Nas dwoje, choroba tylko jedna...



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 15-07-2010 - 13:10:59 przez jano0244.

Al_la (offline)

Post #4

15-07-2010 - 13:20:44

k/Warszawy 

Ja miałam trochę inne oczekiwania.
Byłam świadoma, że mój rak został zdiagnozowany zbyt późno. Odczuwałam to również w rozmowach z lekarzami.
Pochodzę z rodziny, gdzie rak często zabierał kogoś, więc moja nadzieja na wyzdrowienie była bardzo wątła.
Nie mam swojej rodziny bliskiej (jestem jedynaczką i sierotą). Kontakty moje ograniczały się więc do męża i teściowej, która na moją prośbę wprowadziła się do nas. Odwiedzał mnie też mój brat cioteczny i kontakt z nim bardzo mi pomógł.

Czego od nich oczekiwałam?
Przede wszystkim zapewniania, ze rak to nie wyrok, bo jakoś nie umiałam w to uwierzyć, biorąc pod uwagę historię rodziny i mój przypadek. Kiedy siadaliśmy wieczorem i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, a z ich ust płynęły same optymistyczne słowa - czułam się lepiej.
Poza tym oczekiwałam pomocy takiej, jak Agawa. Kiedy po chemii źle się czułam, dom prowadziła teściowa, zakupy robił mąż. Kiedy po tygodniu od chemii czułam się lepiej włączałam się do prac (tych na miarę swoich sił). Ale gdyby nie teściowa na pewno nie robiłabym sobie codziennie soczków, kwaszonek i innych wspomagaczy. Nic mi się nie chciało.

I jeszcze słówko na temat reakcji mojej koleżanki-zwierzchniczki, kiedy zadzwoniłam i powiedziałam, że od jutra nie ma mnie w pracy, bo mam raka. "Ty to masz rzeczywiście pecha". Zawsze mówiła, że jestem jej przyjaciółką. Dzwoniła raz na 2 tygodnie, odwiedziła mnie raz przez całe leczenie. Oczekiwałam trochę więcej...więcej serca.





W najgorszych chwilach mego życia zawsze mogłem liczyć na przyjaciół.
Odtąd wiem, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to poprosić o pomoc. Paulo Coelho




Przewodowy NST, G2, T3N0Mx, TNBC, 6 x FEC (3 przed operacją), yT2N0Mx

agawa (offline)

Post #5

15-07-2010 - 15:37:54

okolice 

Pomyślałam sobie, że wiele osób po prostu nie wie, co powiedzieć, jak się zachować. Boją się... Rak budzi w niektórych ludziach przerażenie...
Może zaglądają tutaj, na forum osoby, które poszukują informacji, co mówić... co robić... dokąd iść po pomoc...
Napiszcie, co wam pomagało, co przeszkadzało...
Myślę raczej o dalszych znajomych, właśnie - ciociach, wujkach, koleżankach z pracy, znajomych ... Może konkretne wskazówki właśnie dla tych osób pomogą amazonkom-świeżynkom na łatwiejsze przejście drogi do zdrowia....
Choć oczywiście jest to tez ważna informacja dla tych nam najbliższych osób też...



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 15-07-2010 - 15:39:31 przez agawa.

b_angel (offline)

Post #6

15-07-2010 - 16:55:17

radom 

ja jak zdadzyndzałam w sobote wieczór do kużelanki, że własnie jezdem w śpitalu i w pon mi cycka utnom gdyż_albowiem to cuś co tam miałam sie okazało być rakiem ....... to się baby szybko skrzyknęły i w niedziele mi we 3 sztuki najazd zrobiły i sie sala aż trzęsła od naszych śmichów....
a za tydzień sie okazało, że mój raczek to pryszcz bo jednej z owych koleżanek siostrzenica miała zdiagnozowanego glejaka .....

Co do rodziny to raczej ja musiałam pocieszać towarzystwo ............ najbardziej się spisała siostra męża, która ciągle dzwoniła z rzeczowymi info co powinni mi jeszcze zbadać, gdzie jest klub amazonek w r. itp.

Ale większość nie wiedziała jak się zachować na mój widok chichot




. . . . . . . . . . . . . .

...na forum od 16 listopada 2005 ...

lotka4 (offline)

Post #7

15-07-2010 - 18:22:07

Rydułtowy 

Przyszła mi jeszcze jedna myśl na ten temat.Ja lepiej bym się czuła,gdyby o tym ze mną rozmawiali.Dosłownie o chorobie,leczeniu itd.Wiele ludzi czy to bliskich,czy koleżanek poprostu milkli.Woleli wogóle tego tematu nie poruszać-temat tabu.Tak naprawde tu mogę napisać dużo więcej,niż powiedzieć moim znajomym.Wydaje mi się,że ludzie boją się o tym rozmawiać,czy może nie urażą,może nie wiedzą jak z nami rozmawiać.Ja bym chciała,żeby mnie traktowali po operacji tak jak przed,normalnie tak jak się zachowują ludzie gdy odwiedzają chorych np.operowanych na woreczek itp.



Wszystkim życzę Dosiego Roku,wszystkiego co najlepsze w 2015 roku

lulu (offline)

Post #8

15-07-2010 - 18:33:05

k/Kwidzyna 

A ja gdy ktoś mówił ... ale Ci się trafiło itp ... odpowiadałam ... ciesz się, bo statystycznie Tobie to już nie grozi ... dotyczyło to tylko kobiet. Nie dziwiły mnie reakcji i komentarze, bo sama nie wiem jak bym się zachowała. W jednym przypadku mnie zamurowało ... jedna z koleżanek jak usłyszała, że się leczę prywatnie u dentysty to powiedziała "a po co" ... na szczęście inna szybko odpowiedziała "żeby mieć zdrowe zęby".
Nie wiem czego oczekiwałam, czego chciałam od innych. Pewnie wyszłam z założenia, że jeśli ja sobie nie pomogę to nikt mi nie jest w stanie mi pomóc. Moja bratowa całkiem niedawno powiedziała mi, że nie chciałam pomocy od innych, że aż nieprzyzwoicie sama sobie z tym radziłam. Nie sądziłam, że z zewnątrz tak to wygląda. Ja myślałam, że zanudzam sobą całą resztę.
Jak u mojej bratowej (było to całe lata temu) stwierdzono raka, to nie mówiliśmy o chorobie wcale, zachowywaliśmy się (mając świadomość, stopnia zaawansowania i pewnie liczyliśmy na cud) tak jak to by był katar. Jak ją odwoziłam do szpitala, to zapytała mnie ... czy ma po co iść tam ... i co miałam odpowiedzieć ... powiedziałam ... skoro lekarze chcą tam Ciebie to pewnie wiedzą jak pomóc ...



Na Forum od 07 lutego 2008
Nigdy nie jedz do syta. Jedna trzecia żołądka dla pokarmu, jedna trzecia dla napoju, jedna trzecia dla ducha.
je



Zmieniany 2 raz(y). Ostatnia zmiana 15-07-2010 - 18:43:28 przez lulu.

mag_dag (offline)

Post #9

15-07-2010 - 19:19:40

Sosnowiec 

to jest bardzo trudny temat - jak się zachować by pomóc a nie zaszkodzić
ludzie, którzy nigdy nie zetknęli się z tematem raka mogą mieć spory problem
również dlatego, że każdy chory jest inny i potrzebuje czegoś innego

ale możemy się tu pokusić o to, by stworzyć taki ogólny poradnik ... hm... "obsługa osoby chorej na raka" oczko

ja chyba jestem nietypowa, bo mam bardzo mało takich obserwacji jak Wy, mój mąż czasem zwracał mi uwagę na takie czy inne zachowanie kogoś ze znajomych i uważał, że tak nie powinni się zachowywać
a ja wcale tego nie odbierałam negatywnie - chyba nawet nie zauważałam

podam przykład: byliśmy u znajomych, wykształconych i niegłupich, opowiadałam z zapałem jak to zabiorę się za leczenie i pogonię cholerę gdzie pieprz rośnie - dla mnie było to oczywiste ale ktoś słuchający z boku być może miał inne odczucia, nie wiem
w pewnej chwili koleżanka mi przerwała ze słowami "przepraszam cię Magda, muszę popatrzeć gdzie to kocisko poszło, bo czuję, że gdzieś nabroił" hm... na serio nie odniosłam tego do siebie, no kota trza pilnować to poszła go szukać ... ale mój mąż był oburzony i właściwie już z tymi znajomymi nie utrzymujemy kontaktów (również dlatego, że jakoś mało się interesowali tym, jak ja swoje zapewnienia o dzielnej walce z rakiem wprowadzam w czyn)
ale do celu, bo się rozgadałam
mąż mi opowiedział o swoich odczuciach z tamtej wizyty dużo_dużo później, jak już byłam po leczeniu, a ja nawet wtedy nie zauważyłam nic złego w tym w jaki sposób koleżanka mi przerwała - zresztą ja gadałam dalej, łatwo nie dam się zbić z tropu... język

ale ostatnio kilka razy myślałam o tym i o całym problemie - wniosek mam jeden - ja nie oczekiwałam od nikogo jakiegoś specjalnego traktowania, bo ja ogólnie jestem chyba samowystarczalna uczuciowo w stosunku do osób ciut dalszych niż mój mąż i dziecko
ponieważ mój mąż na samym początku powiedział, że cokolwiek zdecyduję będzie ze mną i poradzimy sobie RAZEM z tym całym rakiem, a domem zajmował się zawsze więc te całe zakupy i obiady naturalnie zostały na jego głowie - to ja jak tylko załatwiłam dostawę córki do i ze szkoły w chwilach jak po chemii nie wychodziłam z domu, to już dla mnie było wszystko czego potrzebuję - wydawało mi się, że jak życie sobie będzie powolutku leciało "obok" mojej choroby, nie zakłócone przez nią, to już sukces

nie pamiętam bym odczuwała boleśnie brak zainteresowania ze strony znajomych, a rodziny za dużo to ja nie mam, właściwie tylko rodzina męża, a teściowa akurat wtedy opiekowała się sparaliżowanym teściem, więc do głowy by mi nie przyszło, żeby od niej czegoś chcieć
i tak sobie teraz myślę, że takie "nieoczekiwanie" jest bardzo zdrowe psychicznie, bo człowiek się nie zawiedzie na nikim ... hehe...

koleżanki dzwonily od czasu do czasu, ale ja nie chciałam się z nikim widywać, cała chemia to była dla mnie katorga i gdyby dzwoniły częściej i jeszcze chciały się spotkać, to pewnie bym była zła - w sumie odpowiadało mi to jak się to wszystko toczy

ale jedno jest ważne - może jako podsumowanie tego wywodu i mały znak zapytania - ja teraz mam całkiem nowe grono ludzi, którymi się otaczam, te najbliższe mi osoby, ważne dla mnie, to osoby poznane już po leczeniu ... hm...

chyba nie do końca to chciałam napisać, więc jeszcze na pewno tu się odezwę










Gdyby mi coś przyszło do głowy, niech zaczeka. (Dominik Opolski)

-----><-----


----------------------------------------------------------

czarna (offline)

Post #10

15-07-2010 - 19:42:04

 

Chciałam dużo napisać ale ogarnął mnie DÓŁ JAK LEJ PO BOMBIE> POZDRAWIAM!!!!!!!!

Al_la (offline)

Post #11

15-07-2010 - 19:56:33

k/Warszawy 

Czarna, akurat w tym momencie Cię ogarnął, czy pod wpływem naszych rozważań?





W najgorszych chwilach mego życia zawsze mogłem liczyć na przyjaciół.
Odtąd wiem, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to poprosić o pomoc. Paulo Coelho




Przewodowy NST, G2, T3N0Mx, TNBC, 6 x FEC (3 przed operacją), yT2N0Mx



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 15-07-2010 - 19:57:20 przez Al_la.

Masza70 (offline)

Post #12

15-07-2010 - 20:02:19

 

Było mi zawsze przykro jak ktoś mnie traktował jakby mnie już prawie nie było na tym świecie, zdziwienie że kupuję nowe ciuchy, planuję skończyć przerwane studia podyplomowe, że mam plany na przyszłość... i te makabryczne opowieści przekazywane z odrazą w głosie też są nieprzyjemne. Mi pomógł dużo mój ojciec. Zawsze powtarzał, żeby nie słuchać płaczek i żadnych histerii tylko trzymać się tego co mówi lekarz. W ogóle moja rodzina zachowała się na medal. I w pracy też nie mogę narzekać, jest jak było, koleżanki twierdzą, że zapominają o mojej chorobie, kłócimy się jak dawniej, śmiejemy jak dawniejsmiling smiley



b_angel (offline)

Post #13

15-07-2010 - 20:05:49

radom 

"ale dobrze wyglądasz ..."

hehe , uwielbiałam to stwierdzenie na mój widok chichot




. . . . . . . . . . . . . .

...na forum od 16 listopada 2005 ...

Grażyna1 (offline)

Post #14

15-07-2010 - 21:18:31

Warszawa 

Ja sprawę w dalszej rodzinie i wśród znajomych załatwiłam krótko : " mam raka , będę mieć operacje - i nie życzę sobie żadnych rozmów ze mną na ten temat " . Chyba zabrzmiało to bardzo stanowczo bo rzeczywiście długi czas nikt z nich nawet nie pisnął w mojej obecności na temat mojej choroby uśmiech
Jedynie zaskoczyła mnie moja cioteczna siostra mieszkająca w Radomiu. Wiedziała kiedy mam operację i w którym szpitalu - i kiedy zaraz po operacji leżałam na sali pooperacyjnej to około północy podeszła do mnie pielęgniarka , powiedziała mi że ta siostra zadzwoniła z pytaniem jak się czuję i prosiła o przekazanie mi jej pozdrowień.
I wtedy coś we mnie pękło i rozryczałam się . I całe to moje " trzymanie się " diabli wzięli .

ajaka (offline)

Post #15

15-07-2010 - 21:29:04

40km od Warszawy 

A mnie zawsze wkurzało pytanie z troską w głosie "jak się czujesz?"....szczególnie na początku choroby, bo nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć...byłam łysa, wykończona chemią....i psychicznie i fizycznie czułam się źle...ale chciałam gada pokonać.....mówiłam więc że jeszcze nie umieram co pytającego wprowadzało w stan konsternacji.....ja czułam się źle w takiej sytuacji i pytający pewnie też
Nie cierpiałam też kiedy /moim zdaniem laik/ mówił mi " nie martw się będzie dobrze"....od razu zapalała mi się lampka pt. Jasnowidz czy co??????
Pomagały mi rozmowy o tym co przeżywam z kimś kto potrafił słuchać, nie wymądrzał się, nie pouczał mnie lecz słuchał.....kiedy głośno wypowiedziałam myśli, które latały mi po głowie....strach i stres był jakby mniejszy.....




"Jeszcze nigdy tak nie było żeby jakoś nie było.." ....Szwejk

mag_dag (offline)

Post #16

15-07-2010 - 21:32:38

Sosnowiec 

o właśnie Ajaka, to "będzie dobrze" doprowadza mnie do szewskiej pasji do dziś - od razu człowiek powinien zapytać "a skąd wiesz?"
wiem, że ludzie mówią to z dobrej woli, ale czasem to brzmi jak poklepanie po plecach na odczep się ...










Gdyby mi coś przyszło do głowy, niech zaczeka. (Dominik Opolski)

-----><-----


----------------------------------------------------------

Magda (offline)

Post #17

15-07-2010 - 21:45:34

Jastrzębie Zdrój 

uśmiechhm jak dowiedzieli się moi znajomi że jestem chora różnie reagowali,jedni współczuli drudzy przestali dzwonić.Powiedziałam im tylko w planach nie mam śmierci muszę walczyć,i jedno wam powiem nie jestem chora na weneryczną chorobę nie zarażam.Raka się leczy nie jest to łatwa droga przede mną ale wygram.Co nie którzy patrzyli na mnie jak na ufo.A ja dzięki Bogu żyję,zostali ze mną tylko ci najsilniejsi i za to jestem im wdzięcznauśmiech



Perła (offline)

Post #18

15-07-2010 - 22:08:11

Łódź 

Ja przez pierwszy tydzień taplałam się czarnej dziurze...potem wzięłam d...troki i powiedziałam chyba wszystkim o chorobie...Hm...po pierwszej chemii zrobiłam imprezę("mój" z córką pojechali na kajaki), ale jaką! Zaprosiłam samych kumpli i kazałam im opijać raka...Siedzieli przeszło dobę, ucinali na zmianę krótkie drzemki,dzielnie wywiązując się z zadaniaduży uśmiech Ja , jedyna kobitka (opękałam zabawę na kilku kieliszkach wina) i tego wieczoru absolutnie pierwsza na liście przebojów, pasłam się tą sytuacją i jeżeli działają jakieś siły, energie, zaklęcia, to wtedy to dostałam.Potem, kiedy byłam już łysa, też mi mówiono ooo, jak ładnie wyglądasz, ale Dziewczyny, przecież chemia, to hardcore i kiedy wylecą na koniec brwi i rzęsy, a ty zrobisz sobie jednak "cwany" makijaż, to naprawdę jest to szczery komplement. Ja się bardzo przykładałam i mam wrażenie,że w wersji Sinead O'Connor byłam "bardziej laska", niż teraz postarzana hormonalnie tamoksyfem. Ogólnie rzecz biorąc, odkryłam przyłbicę, "moja cała Łódź" trzyma(ła) za mnie kciuki i nawet najgorsze "fo pa" ("ja tam Perła na twój pogrzeb nie przyjdę"grinning smiley)przyjmowałam na luziku. Nie wyobrażam sobie chorować w samotności....



www.perla.nets.pl



Zmieniany 2 raz(y). Ostatnia zmiana 15-07-2010 - 22:10:35 przez Perła.

agawa (offline)

Post #19

16-07-2010 - 00:50:14

okolice 

Perło, dobrze się czyta Twoje słowa. Dobrze, że są kobiety, które potrafią dać sobie radę w najcięższych momentach. I to z taką klasą buzki
Moim zamiarem było, aby tutaj podpowiadać bliskim, co moga robić, aby nam pomóc.
To jak my sobie radzimy... to trochę inna sprawa....
Co byś, Perło, podpowiedziała osobie, która właśnie się dowiedziała, że np. jej siostra/bratowa/przyjaciółka/sąsiadka... ma raka? Jak mają się zachować? Co mówić? Czego absolutnie nie robić?

lulu (offline)

Post #20

16-07-2010 - 01:16:15

k/Kwidzyna 

Mieliśmy kiedyś problem, aby osobie która uczyła się języka polskiego, wytłumaczyć sens zwrotu, "nie martw się, będzie dobrze", albo wychodząc przy pożegnaniu mówić "do widzenia, życzę dużo zdrowia". Byli to muzułmanie, u nich zupełnie to inaczej jest w zwyczaju. Wtedy zrozumiałam jak czasami gadamy bez sensu, ale przecież to nie wypływa ze zlej woli. Te zachowania wynosimy z domu. Czasem nie trafi się z oczekiwaniami osoby do której kierujemy słowa pociechy, pomocy. Staramy się robić to najlepiej jak umiemy.



Na Forum od 07 lutego 2008
Nigdy nie jedz do syta. Jedna trzecia żołądka dla pokarmu, jedna trzecia dla napoju, jedna trzecia dla ducha.
je

Perła (offline)

Post #21

16-07-2010 - 02:20:17

Łódź 

Teraz mam właśnie sytuację...Kolega z rakiem jądra. Kurcze, w ogóle sobie nie radził. Naprawdę ciężko usłyszeć w słuchawce płacz mężczyzny.. Bywałam brutalna, mówiłam: Ok, mogę zaraz przyjechać i powiesimy się razem, to najłatwiej i zawsze...Ale najczęściej cytuję mu różne mądre rzeczy z książek, których dużo przez ten rok przeczytałam. Że ważna jest postawa w pierwszych chwilach od postawienia diagnozy, jak chory reaguje na początku tej piekielnej drogi..że ważne jest jedzenie, myślenie, ruch. To wszystko ma w "Antyraku", którego dostał na starcie w prezencie. Zachęcam go do zmian w myśleniu, o mimo wszystko optymizm. Ja reagowałam bardzo nerwowo, gdy na pytanie w gabinecie:"Panie doktorze, jak teraz?" słyszałam odpowiedź:"Normalnie". Czyli,że co? Żyję, jak dotąd i znowu staje przed ścianą? Przecież coś mnie przed nią zatrzymało! Trzeba zmian!!! To ma być ruch po spirali w górę, a nie jałowe kręcenie się w kółko...To też mu mówię. I to, że trzeba się bawić, bo z tego podobno od razu rezygnuje większość chorych na raka. Opowiadam o moich totalnych imprezkach i że w dniu diagnozy poleciałam do kina na Woody Allena. Teraz dzwoni często i bardzo dobrze mi brzmiduży uśmiech Ale żeby nie było... nie jestem taka Matka Teresa. Tu na forum popstrykałam się ostro z Savannach i na pewno nie należałam do grupy wsparcia...ale dałyśmy se po razie na boczku i gitara.
Kurcze, znowu nie do końca na temat...Agawko, ale prawieduży uśmiech



www.perla.nets.pl



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 16-07-2010 - 02:24:13 przez Perła.

betty (offline)

Post #22

16-07-2010 - 08:07:05

 

Mojej rodzinie to ja dawałam wsparcie. Już tu kiedyś gdzieś pisałam, że najtrudniej było mi poradzić sobie z rodzicami. Bałam się bardzo jak sobie z tym poradzą.
Moje siostrze, która beczała i mówiła, że to ona powinna mieć raka zamiast mnie powiedziałam: pewnie, ustaw się w kolejce. Nie ma tak dobrze.
Generalnie byłam zadowolona, że to ja, a nie ktoś z moich bliskich, bo wtedy byłoby mi trudniej.
Doceniałam, kiedy przyjeżdżałam po chemii, to np. zabierali moje dzieci na spacer albo do siebie (miały wtedy niewiele ponad 2 latka), żebym mogła spać.

W pracy natomiast (pracuję w większości wśród facetów) powiedziałam stanowczo, że mają nie traktować mnie jak ufoludka. I ma być normalnie. I tak było.

Natomiast najbardziej zawiodłam się na mojej wieloletniej przyjaciółce. Mieszka w Warszawie, ja tam byłam operowana. Siedziała u mnie w szpitalu za dużo. Najpierw powiedziała mi, że to wszystko moja wina, bo dałam sobie zrobić biopsję i raczysko się rozlazło (czym wywołała u mnie poczucie winy), a potem skupiła się głównie na swoich problemach związanych z pracą i w konsekwencji to ja musiałam ją pocieszać. Dodam, że już nie utrzymujemy kontaktów.




debora48 (offline)

Post #23

16-07-2010 - 08:12:21

Kozienice 

,,,a mnie to moje koleżanki robią wyliczanki: ta kobieta 40 lat" po", druga sąsiadka zza sciany już 22 lata" po". trzecia 20 lat "po" itd., to mnie naprawdę trzyma.Czasem do mojego męża mówię: ucz się coś tam robić , bo jak mnie zabraknie....,a on na to, pewnie,że kiedyś tam trzeba umrzeć,wszyscy muszą...Mój stary ojciec(93),przytulil i powiedział:kiedyś na to, to nie było ratunku, ale ja teraz jak patrzę w tv to słyszę,że kobiety z tego wychodzą,zaufaj lekarzom, lecz się.Jedna tylko osoba,była moja szefowa,kiedy się dowiedziała,że jestem na chemio.i czeka mnie operacja,zrobiła dziwny grymas twarzy i z cicha powiedziała ....to fatalnie.Do dzis mam jakiś niesmak wewnętrzny na to wspomnienie(z przed roku).



Perełka (offline)

Post #24

16-07-2010 - 17:13:27

 

O mojej chorobie wiedziała rodzina i dosłownie kilka bardzo zaufanych osób. Nie chciałam, żeby mnie na ulicy wytykano palcami. Mieszkam w małym mieście i ploteczki się tu roznoszą lotem błyskawicy.
Na operację czekałam ponad 2 miesiące. W tym czasie mąż był moja największą podporą, ale nie mieliśmy tu pisać o najbliższych.
Tuż przed operacją wychodziłam z mężem z Biedronki. Humory nam dopisywały, szliśmy i śmieliśmy się jak małe dzieciaki.
W pewnym momencie przed nami wyrosła postać mojej koleżanki, ktora z oburzeniem spojrzała na nas i powiedziała do mnie
" masz raka i jest ci tak wesoło? Jak możesz się śmiać w takiej sytuacji"
Szczęka mi opadła, cycki i majtki też.
Byłam tak zaskoczona, że nie wiedziałam co powiedzieć. Łzy napłynęły mi do oczu i chciałam uciec przed siebie. Nie powiem wam jak zareagował mój małżonek, bo było to bardzo niegrzeczne.
Nie wiem skąd się dowiedziała, ale nie była jedną z osób wtajemniczonych.
Po powrocie ze szpitala ( miałam operacje oszczędzająca) ubrałam bluzkę z dużym dekoltem i poszłam z mężem na rynek. Pochyliłam się nad skrzynką i zaczęłam wybierać sobie pomidory. Z boku słyszę taki szept.
- Niemożliwe, że ma raka piersi. Zobacz ma oba cycki. Jakby miała to by jej ucięli.
- mówię ci, że ma, a cycka jej nie ucięli, bo nie było co ratować"
Tak się wściekłam, że odpaliłam na głos
- A może pokazać?
Od tamtego momentu chodzę z podniesiona głową.
Potem dowiedziałam się, ze niektórzy widząc mnie z włosami na łbie postawili na mnie krzyżyk, bo przecież jak się leczy raka to trzeba być koniecznie łysym, a wiec jednak nie było co ratować, bo chodziłam z włosami czyli nie podjęto leczenia.
Uśmiercono mnie dwa razy, ze 3 położono do szpitala na dogorywanie.
Co najbardziej może zaszkodzić świeżynkom? Plotki! Przed nimi nie ma się jak bronic a,one potrafią bardzo skrzywdzić człowieka, zrobić mu wiele przykrości i sprawić, że osoba chora nie będzie chciała wychodzić z domu.
Co się stało z tymi dobrymi, zaufanymi znajomymi? Z siedmiu osób zostały dwie. Pozostałe 5 rozpuściło te plotki na mój temat.



Dortek (offline)

Post #25

17-07-2010 - 00:44:20

 

Gdy zachorowałam był przy mnie mój mąż, który prawdę mówiąc na początku radził sobie z całą sytuacją gorzej niż ja (może dlatego, że do mnie to wszystko przez jakiś czas nie docierało). Dla niego pomocne miały być rozmowy z rodzicami, po których JA musiałam go pocieszać, bo oni w kółko pytali: Kiedy wracacie? Leczenie i pogrzeb w UK będzie kosztowny...
W pracy miałam niesamowite wsparcie od szefowej, która zawsze wynajdywała dobre strony sytuacji. Większość ludzi zwyczajnie ułatwiała mi życie pozwalając pracować w swoim tempie i godzinach. Ogólnie w pracy odczuwałam ogromną życzliwość i doping.
Najbardziej pomogła mi koleżanka, po której najmniej się tego spodziewałam. Po prostu była z nami. Dzwoniła, wpadała, robiła soczki, wyciągała do ogrodu, gotowała ‘ze mną’, nawet odwoziła dzieci na zajęcia sportowe. Poza tym obłożyła się lekturami, szperała w necie i przynosiła mi dobre wieści. Zawiozła mnie kiedyś na wlew i siedziała przy mnie do końca. Przywiozła mi z Polski” Antyraka”. Po prostu była. Co dziwne, od zakończenia leczenia i jako takiego powrotu do normalności nasze stosunki się rozluźniły i obecnie są bardzo powierzchowne. Możliwe, że są ludzie, który uaktywniają się w sytuacjach stresowych.
Kilku ludzi mnie zawiodło, ale teraz myślę, że nie zrobili tego zamierzenie. Raczej zwyczajnie nie umieli się znaleźć w tej sytuacji, woleli stanąć z boku, nie angażować się, bojąc się przeszkadzać, narzucać, uczestniczyć w misterium choroby nowotworowej. Tak sądzę.

Co mi pomogło przejść przez ten trudny czas:
*bezinteresowne zainteresowanie, ale nie zdawkowe w stylu ciągłego ‘jak się czujesz’
*pomoc doraźna typowo techniczna (przywieźć,powieźć, kupić, zrobić, pójść gdzieś)
*dobre rady w stylu : pij sok z buraków
*rozmowy podnoszące na duchu w tym pozytywne przykłady
*podrzucenie lekkiej komedii do obejrzenia
*taktowne wycofanie się gdy zmęczenie bierze górę
*przytulenie, gdy dopadnie dołek
*zabranie na spacer
*planowanie niedalekiej przyszlości (jak skończysz leczenie przygotuję ci kąpiel w pianie/zrobię masaż/ zabiorę na wycieczkę...)

A brakowało mi:
*zrozumienia, że:
-się boję,
-jestem zmęczona, obolała, niewyspana;
*rozmów o problemach, które mnie nurtowały;
*współodczuwania ze mną;
*normalności -czasem zwykłego kontaktu (telefonu czy obecności). Dlatego chodziłam do pracy. Potrzebowałam ludzi wokół siebie;

Myślę, że dla mojej rodziny było to ogromne doświadczenie scalające nas bardziej, tymczasem moje otoczenie z czasem ‘przywykło’ do sytuacji i ekscytowało sie tylko na dźwięk słów „wizyta lekarska”. Jenym słowem wszystko wróciło na stare tory.

A ja znów się rozpisałam. Normalka

lulu (offline)

Post #26

17-07-2010 - 11:21:25

k/Kwidzyna 

Dortek, czyżby Ty i Twoja koleżanka, nie potrafiłyście się znaleźć w nowej sytuacji. Nie jest to broń boże zarzut, tylko dowód na to, że nie ma sztampy na nasze postępowanie, zachowanie. Czasem wiemy jak się zachować, czasem nie.



Na Forum od 07 lutego 2008
Nigdy nie jedz do syta. Jedna trzecia żołądka dla pokarmu, jedna trzecia dla napoju, jedna trzecia dla ducha.
je

bożka1 (offline)

Post #27

17-07-2010 - 11:30:03

Jastrzębie Zdrój 

Ja sama też mam problem co tu powiedzieć osobie chorej. bezradnyA przecież przechodziłam przez to dwa razy...... Każdy reaguje inaczej i czego innego oczekujemyśli



Dortek (offline)

Post #28

18-07-2010 - 23:59:30

 

Lulu, tak jak pisałam, ta koleżanka najbardziej mnie zaskoczyła swoją oddaną postawą, głównie dlatego, ze nigdy nie byłyśmy sobie bliskie. Różniło nas wiele (wiek, status rodzinny, praca, zainteresowania... słowem dużo). Gdy skończyłam leczenie pomału (bo nie od razu) ona znalazła sobie inne zajęcia. Zapisała się nawet do Czerwonego Krzyża, by pomagać innym, poznała chłopaka... Tak to się rozluźniło.



Ciemne wczoraj może sie przemienić w jasne jutro (Marcin Luther King)

Miarą wielkości człowieka jest ilość przeszkód, które udało mu się pokonać.

Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło.

jedna z nas: [www.youtube.com]


Tola (offline)

Post #29

03-08-2010 - 15:04:56

Chojnice 

Moja rodzina przyjęła wiadomość o raku ze strachem,trzy lata po amputacji piersi zmarła moja siostra(przerzuty do płuc i mózgu).Doprowadziłam ich do pionu stwierdzeniem,że jeszcze nie mam zamiaru umierać.Utrzymuję częsty kontak telefoniczny z siostrami.Początkowo zachowywały się jak dla mnie trochę dziwnie,z dystansem ,pewnie nie wiedziały jak ze mną rozmawiać.Ja natomiast rozmawiam tak jak dawniej o wszystkim ,ale nie wiele mówię o chorobie ,bo wiem ,że to u nich wywołuje panikę.Moja jedyna córka traktuje mnie jak zdrową osobę dostarczając mi zajęć.Zna mnie dobrze i wie ,że to jest dla mnie najlepsze.Mąż, no cóż sam jest bardzo chory i to ja się nim opiekuję.Martwi się tylko,że gdybym odeszła przed nim to co on pocznie.Koleżanki poinformowałam o chorobie,ale nie rozmawiam z nimi na ten temat.Spotykamy się w kawiarni i tak jak przed moim zachorowaniem dyskutyjemy,żartujemy itp.
Moim zdaniem jeżeli nie chce się żeby inni traktowali nas jak ciężko chore, same musimy zachowywać się jak zdrowe.I nie zanudzać opowieściami o chorobie.
A jeżeli mamy potrzebę wygadania się albo doła polecam sesje terapeutyczne,ja jeszcze nie korzystałam ,nie było takiej potrzeby.
.



Zawsze się cieszę.bo cieszę się,że żyję!!!

amor (offline)

Post #30

03-08-2010 - 16:58:00

Siemianowice Sl. 

Dopiero teraz wpadłam na ten watek ! Przeczytalam wszystko i wiecie co mi sie nasuwa- baaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo trudno jest nam pomoc! Kazda ma inne oczekiwania, co innego ja pociesza,doluje....Owszem sa chwilami wspolne cele i potrzeby ale oni" chyba nie wiedza co maja zrobic! Mysle ,ze dobrze Agawa na początku wypisala instrukcje dla wspierajacych. Trzeba by cos takiego zalozyc i dopisywac, badz zwryfikowac za jakis czas.
Teraz o sobie , o moich przezyciach. A jak wecie dwa razy mnie to spotkalo i powiem Wam ,ze reakcje moje byly rozne. Za pierwszym razem chcialam poiformowc niemalze caly swiat, ostrezc wszystkich przed ta podstepna choroba. Byłam uważana za jedna z najlepiej dbajacych o zdrowie. A tu mnie dopadlo! Tylko ,ze informowac mial mąz ja nie miałam ochoty z nikim sie widziec oprocz najblizszych.W szpitalu na okrąglo sluchałam medytacji zdrowia, wyciszałam sie , a tu wciaz smsy, telefony.....az sie komus dostalo! Zaczęłam byc własnie asertywna , w nosie miałam co kto sobie pomysli, chyba zła bylam na caly swiat. Serce pękało mi z bolu na mysl ,ze zrobie corce to co mnie moja mama. Potrzebowalam tylko by inni ludzie pokazali mi ,ze będa z moim dzieckie, ze ją wesprą ,ze ja kochają! Z czasem przekonałam sie ,ze niestety to mrzonki....Chyba chciałam znow uchronic ja przed tym co ja czułam i przezywałam gdy moja mam odeszla! Potem chemioterapia ( mialam tylko 3 osoby z ktorymi chcialam sie spotykac), innym tlumaczylam ze boje sie zarazic jakims wirusem , zima wtedy byla i siedzialam w domu. Najglupsze to chyba sa telefony tuz po chemii- jak sie czujesz? Nauczylam sie nie odbierac telefonow- odbija mi sie nr ,jak nie chce z kims gadac to nie gadam. Za drugim razem nawet za bardzo nie chcialam nkiomu mowic co mnie spotkalo bo wiedziałam ,ze mnie pogrzebią, na straty spiszą. Z usmiechem walczylam o kazdy dzien , chetnie spotykałam sie z tymi ktorzy nie poruszali tego tematu, wolałam nie rozmawiac o chorobie. Nawet ktos chcial mi tlumaczyc ,ze powinnam , to dla mojego zdrowia he,he.....Potrafilam niegrzecznie odpowiedziec by trafilo do sluchacza. Nawet zartowalam z choroby, zdrowia, zycia ,smierci ale zauwazylam ,ze niektorzy chca mnie pouczac- typu nie zartuj bo moja mama tez tak zartowala i umarla przed 50 ! Opieniczylam czlowieka i od tej pory temat tabu- jak by nic mnie nie spotkalo! Nie mowie kiedy ide do lekarza, jakie wyniki itp bo tez mnei wpiernicza pocieszanie ,szczegolenie przez osoby ktore z byle pierdoly juz umieraja - a mnie mowia ,bedzie dobrze itp. Rozumiem tez ,ze to moja nadwrazliwosc zle odbiera bo Ci ludzie ( wierzę w to ) chcą dobrze, oni tylko z troski sie pytaja " Jak sie czujesz "- o ,a na to nauczylam sie odpowiadac- dzieki a TY? Moze dlatego tez` zawsze staram sie wygladac dobrze, byc usmiechnieta ,wesoła i zadowolona z zcyia by nikt nie gadal - oj zle z nia... Stawiam przed soba zadanie by byc mocniejsza, sparwniejsza, zdrowsza..... moze oganizm to zapamieta i bedzie taki juz zawsze! Hm przypomnialo mi sie jak bliska osoba przychodzila do mnie plakac- ja mialam ja pocieszac ! he,he....osoba ktora mocno dala mi w kosc wczesniej ...Wspierajacy pamietajcie- wspierajcie, dodajcie otuchy, zachęcajcie do zycia, do walki, ktora dobrze sie skonczy....Pomagajcie nabierac dystanusy do zycia i odchodzenia , do choroby. Nie demonizujcie tej choroby, umiera sie czasem z byle powodu! Kochajcie nas i naszych bliskich, pytajcie co mozecie dla nas zrobic i robcie to czego sami oczekiwalibyscie od innych!
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Użytkownicy online

Gości: 369
Największa liczba użytkowników online: 77 dnia 11-10-2011
Największa liczba gości online: 5263 dnia 07-04-2018