Jak zareagowałaś(-eś) na diagnozę - rak piersi

Wysłane przez Amazonki.net 

Amazonki.net (offline)

Post #1

19-02-2010 - 16:04:50

Forumowo 

W tym miejscu możesz napisać jak/czy poradziłaś(-eś) sobie z diagnozą.

Sara (offline)

Post #2

08-05-2010 - 21:59:23

 

Chyba nikt z nas nie chce sobie tego przypominać i wracać do tamtej chwili. Przepraszam, powinnam pisać w swoim imieniu.
Ja na pewno NIE!!!

Czy poradziliśmy sobie z diagnozą? - chyba tak, przecież tu jesteśmy.

bożka1 (offline)

Post #3

08-05-2010 - 22:06:00

Jastrzębie Zdrój 

Sara popieram , gdybyśmy sobie nie poradziły to by nas nie byłobezradny. Ale na pewno to jest szokstres ja sobie popłakałampłacze i wzięłam się za leczenie wg wskazówek lekarza



basia04 (offline)

Post #4

08-05-2010 - 22:18:15

Olsztyn 

Ja ne płakałam, przyjęłam to naprawdę spokojnie. Od razu powiedziałam, że będę się leczyć a tego dziada we mnie traktuję jak zwykłą chorobę. Teraz gdy słabo się czuję i jakos nie mogę dojśc do siebie po chemii ( dwa miesiące minęły), jestem słaba, czasami mam doła. Jeszcze biorę hercię i avastin i może dlatego jestem słaba, ale wierzę, że będzie ok. Przeraża mni tylko to, że jakaś taka "powolna" sie zrobiłamwstydniś, alr to musi minąć...



joakil (offline)

Post #5

08-05-2010 - 22:50:48

Pomiechówek 

A ja nawet nie zdążyłam popłakać. Do samego końca (operacji) nie wiedziałam co mam. Po operacji obudziłam się bez cycka więc już wiedziałam. Lekarz nie bardzo chciał ze mną rozmawiać. Skwitował krótko rak i rozłożył ręce. Kazał czekać na wynik hist-pat. W tym czasie jedyną moją skarbnicą wiedzy było forum. To tu dziewczyny przetłumaczyły mój wynik. Powiedziały co dalej robić. Pokazały, że z tym da się żyć. To z internetu dowiedziałam sie co to jest rak. Wcześniej nie miałam z nim bezpośredniej styczności.
Paradoksalnie, przed chorobą, jak usłyszałam, że ktoś jest chory na raka, to było mi go żal. Wiedziałam, że to wyrok śmierci. O dziwo jak się dowiedziałam, że ja też mam raka, nigdy już taka myśl nie powstała w mojej głowie.
Pamiętam, że martwiłam sie o córkę. Miała zaledwie 7 lat. Jestem z jej ojcem po rozwodzie, ułożyłam sobie życie na nowo a ona musiała się do tego dostosować. Poszła do nowej szkoły (nikogo nie znała) a ja zaraz we wrześniu miałam operację. Ja co najwyżej mogłam umrzeć w bólu. Ona dopiero rozpoczyna życie.
Potem to jakoś tak poszło...... Chirurg oddał wynik i powiedział, że myślał iż było gorzej. Myślał, że większość węzłów mam zajęte a były tylko 4 z 13. To mnie uspokoiło...... bo przecież podejrzewał, że było gorzej ....... Ja chyba uczepiłam się myśli, że mi się uda. Do dzisaj mam takie przekonanie.
Kryzys przyszedł w momencie wypadania włosów....... Wtedy zaczęłam płakać.
Na szczęście włosy wypadły szybko więc i płacz się skończył. Wyszukałam dobre strony łysej głowy (i nie tylko....). Śmiałam się z tego.
Miałam wielkie szczęście, że w domu wszyscy mnie wspierali. Nie współczuli, po prostu pomagali przejść przez to wszystko. Nie było łatwo ale sie udało.
Zakończyłam leczenie i mogę powiedzieć jestem zdrowa.
Jednak gdzieś tam głeboko strach pozostał. Czeka tylko, ze by się pojawić nagle, bo cos strzyknęło w boku....a potem znowu wraca normalność..... Jestem zdrowa!




bożka1 (offline)

Post #6

08-05-2010 - 23:04:02

Jastrzębie Zdrój 

U mnie było trochę inaczej , bo to już druga choroba nowotworowazałamka- To już miałam prawo sobie popłakać.płacze Ale potem to już byłam bardzo dzielna:hura:



Grażyna1 (offline)

Post #7

08-05-2010 - 23:23:11

Warszawa 

A ja wiadomość od onkola że mam raka przyjęłam z pewnością zupełnie nietypowo . Było to na początku sierpnia a w połowie października był ślub mojego jedynego syna w Watykanie a ja miałam prowadzić go do ołtarza ! Wtedy to była dla mnie sprawa najważniejsza i chyba nie całkiem dotarły do mnie słowa lekarza. Zaczęłam jej powtarzać że ja muszę z leczeniem zdążyć do dnia ślubu i już. Nic innego się nie liczyło i dziś myślę że to była reakcja szokowa .I zaczęłam działać jak w transie - z desperacją, do dziś nie wiem jak ale jednak przekonałam chirurga i operację miałam już 16 sierpnia! Potem zaczęłam przygotowania do chemii......i pękłam dopiero pod sklepem "Amazonka" gdzie miałam kupić stanik i protezę. Ryczałam mężowi jak bóbr i za nic na świecie nie chciałam wejść do tego sklepu ..... i dopiero wtedy wszystko do mnie dotarło.
A potem okazało sie że chemii mieć nie będę , na ślubie oczywiście byłam , minęło już 2,5 roku a ja - odpukać ! - czuję się nieźle.. Oby tak dalej....

Tola (offline)

Post #8

09-05-2010 - 11:10:38

Chojnice 

Diagnozę przyjęłam spokojnie.Ponieważ zmiany mastopatyczne-cysty,zwapnienia ,poszerzoe przewody mleczne itp. miałam od około 30 lat,byłam świadoma,że kiedyś może coś z tego się wykluć. Tymbardziej ,że moja siostra zmarła 3 lata po rozpoznaniu raka piersi. W pierwszym okresie po diagnozie to ja pocieszałam męża ,córkę i rodzeństwo,że będzie dobrze i że nie mam zamiaru umierać. Tak naprawdę dotarło to wszystko do mojej świadomości dopiero po kilku miesiącach i teraz czasami się trochę boję .A że prowadzę aktywne życie nie mam na szczęście wiele czasu na rozmyślania.



Zawsze się cieszę.bo cieszę się,że żyję!!!

ewela (offline)

Post #9

09-05-2010 - 11:29:08

Bydgoszcz-Fordon 

Ja jak usłyszałam diadnoze pierwszy raz to jak ktos by mi w łeb szczelił,za drugim razem zas juz bardziej spokojnie a za trzecim to juz zupełny luzik nawet niwiedziałam że mam tyle siły w sobie ale to zycie tego nas uczy......

Haniap. (offline)

Post #10

09-05-2010 - 14:23:52

Poznań 

Dla mnie diagnoza o raku to był szok. Szłam do szpitala na wyłuskanie. Miałam dość dużą zmianę w dużym biuście, ale podczas biopsji nie wyszły komórki rakowe. Na szczęście. Tak myślałam. Moja psiapsiuła pielęgniarka ( rok wcześniej dopingowałam jej mamę w walce z rakiem piersi!) miała wyłuskiwane guzki i udzieliła mi wszelkich pożytecznych porad. Miałam iść na trzy dni, więc w lodówce w domu zostawiłam jedzenie dla moich dzieci (dorosłych!) na trzy dni, zabrałam szydełko (hi hi), żeby się nie nudzić...
Pan doktor, kiedy mnie przyjmował na oddział, nie uwierzył, że ta zmiana jest łagodna. Nawet nie uwierzył w wynik mammografii sprzed dwóch lat - bez zmian. Trafiłam na oddział 2 stycznia i na drugi dzień zamiast operacji miałam badania: mammografia, USG i oczywiście krew itd.... Po południu przyszedł do mnie pan doktor i powiedział po prostu: "Muszę amputować pierś i część węzłów, to rak." I tyle. Pamiętam jak stałam na przeciwko niego na korytarzu, a łzy kapały mi po policzkach. On patrzył na mnie, potem pogłaskał po policzku, powiedział: "będzie dobrze" i zwiał.... Miałam nockę z głowy, ale tylko jedną. Gdybym miała czekać na termin operacji z diagnozą raka to wiem, że nie spałabym i nie jadła tylko ryczała. Po operacji postanowiłam umrzeć. Poważnie. Stwierdziłam, że będę miała przeżuty, więc po co w ogóle ta cała operacja. Kiedy lekarz powiedział, że będę skierowana na chemioterapię, zastanowiło mnie to. Jeśli chcą mnie dalej leczyć, to znaczy, że jednak mam jakąś szansę? Potem dotarło do mnie, że jak umrę, mój były mąż zostanie wdowcem! Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że aż mnie podniosło.... i popchnęło do walki. Cały czas miałam przed oczami mojego eksa ze swoją panna przed ołtarzem.... Ten widok dodawał mi sił do walki!
Może ktoś powiedzieć, że jestem nienormalna... może, ale efekt osiągnięty - żyję i mam zamiar być jeszcze szczęśliwa w życiu!



"Nawet bardzo mały gest życzliwości nigdy się nie marnuje"
Ezop



adamalika74 (offline)

Post #11

09-05-2010 - 14:48:24

Szczecin 

Jak czekałam w poczekalni na swoja kolejkę to nawet do głowy mi nie przyszło,że wynik bedzie do bani. W gabinecie usiadłam sobie spokojnie obok doktora który jak widziałam nie umiał mi tego przekazac, wiec musiałam ciągnąc go za jęzor. Gdy juz wiedziałam jaki jest wynik, zapytałam się go spokojnie jakie mam szanse; odpowiedział ze około 75%( nie wiem ile w tym prawdy) na przeżycie czy zejscie z tego świata zapytałam? a lekarz zdębiał. Byłam taka spokojna jak chyba nigdy dotąd, teraz mysle ze to moze był jakis szok.
Postanowiłam w jednej chwili walczyć z całych sił o mój świat. Wróciłam do domu, stanęłam przed lustrem mówiąc do "niego" masz k.....a stary takiego pecha ze zamieszkałeś akurat w mojej piersi że aż mi cię szkoda. Walkę rozpoczęłam nazajutrz ścinając swoje długie blond włosy. i tak się zaczęło....leczenie trwa do dzisiaj ale sie nie poddaje, nie płacze , nie szaleje tylko zaliczam wszystkie etapy leczenia. Wierze ze bedzie dobrze, bo będzie .



Masza70 (offline)

Post #12

09-05-2010 - 15:22:14

 

no masz.... ja myślałam, że to taka spokojna, wrażliwa, o delikatnej konstrukcji psychicznej Ada .. a tu proszę! Pierwsze co zrobiła to włosy ścięła, rzeczywiście, jak wojowniczkasmiling smiley
A ja? A ja jak poszłam do lekarza na USG to już wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie wiem skąd ale wiedziałam. Przed wizytą zadzwoniła moja siostra, wybeczałam się jej do słuchawki. Potem otarłam łzy i poszłam. U lekarza już byłam w miarę spokojna. Aż do momentu, w którym przestał gadać i w milczeniu jeździł tą całą głowicą czy jak się to nazywa po piersi, po okolicy lewej pachy, prawej i tak na przemian. Potem stwierdził, że nie ma dla mnie najlepszych wieści i kazał się zgłosić natychmiast (!) do lekarza onkologa. Wiedziałam już co to znaczy, na opisie USG napisał BIRADS 5. Wyszłam z ośrodka z kamienną twarzą, wytrzymałam do poczty. Za pocztą już zalałam się łzami. Rak... czyli wkrótce umrę. Tak sobie myślałam. Już nawet czułam zapach wieńców na moim pogrzebie. Serce pękało mi na samą myśl o moich dzieciach. Szczególnie tych najmłodszych. Postanowiłam przez tydzień nie iść do pracy i porobić sobie wszystkie badania. I udało się, porobiłam te badania. Oczywiście zaczęłam natychmiast kopać w internecie, szukać informacji na temat choroby. Myślałam, że znajdę tu odpowiedź czy umrę czy nie, jakie mam szanse. Na to pytanie odpowiedzi nie znalazłam, bo jej po prostu nie ma. Na szczęście znalazłam to forum. Od razu się zarejestrowałam i od razu pojawiły się wpisy, że moja reakcja jest normalna, że tyle kobiet na to zachorowało, że żyją już długo i żyć będą. Uczepiłam się tych słów jak tonący brzytwy. Myślałam, że nawet jeśli umrę to jeszcze nie tak szybko. Ile się da to powalczę, a z każdym dniem moje dzieci starsze, tak? I tak to właśnie było.Teraz przyznaję, że mam coraz większy apetyt na życie.



maryla (offline)

Post #13

09-05-2010 - 20:32:18

gdzieś w górach... 

Pierwszy raz , że to może być rak , usłyszałm 13 października 2007 roku, 16 miałam biopsję i po 3 dniach potwierdziła się diagnoza - niestety...
Pamietam, pomyślałm wtedy -umrę,pomyślałam o córce 10-cioletniej... kto się nią zajmie... kto będzie ją wychowywał... To był największy strach.
Oczywiście wyłam, ale wtedy jak mnie nikt nie widział.
Niestety nie wpadłam na pomysł, żeby poszukać Was. Nie wiem jak to się stało, bo z netem nie miałam problemu.
Nikt w moim najbliższym otoczeniu nie miał raka, więc nie miałam większego dostępu do wiedzy, takiej zwykłej, ludzkiej...
Najtrudniej, było powiedzieć o tym bratu i mamie...Zawsze byłam mocna, to ja pomagałam, wspierałam, a teraz mnie trzeba było pomóc, wesprzeć.
Pomogła mi moja bratanica, dzięki niej uwierzyłm, że mogę być spokojna o moją córkę.
Konsultacja u onkologa i natłok wiedzy fachowej, medycznej... a potem funkcjonowałam jak automat, 13 badań i 15 listopada mastektomia...




Ola_1300 (offline)

Post #14

09-05-2010 - 21:04:18

Gdańsk 

To może teraz ja: W grudniu 2009 byłam zdrowa.W marcu zrobiłam USG i od razu wysłano mnie na biopsje.W trybie natychmiastowym wezwano do lekarza(telefonicznie poproszono abym szybko przyszła do lekarza)Pomyślałam że pewnie żle mi coś pobrali i trzeba powtórzyć biopsje,więc szybko poszłam( mam obok przychodnie).W przychodni w rejestracji mówię:Nazywam się.....miałam się zgłosić itp.....bo dzwoniono po mnie......I TU WSZYSTKIE PANIE w rejestracji oczy na mnie skierowały-obejrzały-i ja już wiedziałam że nie jest dobrze.A pan doktor bardzo delikatnie mi przedstawił moją sytuacje,popłakałam sobie u niego i szłam do domu.Bardzo długa była ta droga,płacz,płacz i płacz.A w domu to samo ,po godz.15 już mi minęło.Teraz tylko mam nieraz doła.........bo czekam na zabieg.



Perełka (offline)

Post #15

13-05-2010 - 23:20:17

 

Ja nie byłam bohaterką - byłam tchórzem.
Kiedy podczas biopsji lekarz powiedział RAK byłam w takim szoku, że nie czułam wbijanej igły. Nie wiem jak się ubrałam i wybiegłam z gabinetu na dziedziniec spółdzielni. Na poczekalni był mój mąż. Nie wiedziałam go przez łzy- wybiegł za mną - już wiedział. Przytulił i zapłakał razem ze mną. Otarłam łzy i powiedziałam mu " to rak, z tym sukinsynem nikt nie wygrał, masz mnie spalić".
Wziął mnie mocno w ramiona i krzyczał ze łzami w oczach " A ja? A nasz syn, a twoja mama? Anuś,kochamy cię, potrzebujemy masz dla kogo żyć, nie możesz się poddać, nie możesz nam tego zrobić, damy rade, razem nam sie uda, ja tu jestem i będę przy tobie cały czas".
Nawet nie wiedziałam, że ta scena obywała się pod oknami gabinetu, z którego wybiegłam kilka minut wcześniej. Wyszła do nas pani doktor patomorfolog. Podeszła, objęła mnie ramieniem, wprowadziła do poczekalni, posadziła w fotelu i powiedziała. " Dzisiaj płacz, wściekaj sie, możesz nawet tłuc talerze w domu, możesz mieć do każdego pretensje, ale od jutra bądź gotowa do walki. Nie jest prawdą , że z nim nikt nie wygrał itd."
W drodze do domu ustaliliśmy, że od razu poinformujemy syna, moja chorą mamcię i jedną z moich sióstr która opiekowała się nią podczas mojej nieobecności. To było bardzo trudne.
Przez 3 dni nie mogłam dojść do siebie, nie mogłam tego przełknąć, pogodzić się z tym.
Czwartego dnia powiedziałam " ty sukinsynu, nie dam ci się! Nie pokonasz mnie! Wywalę cię na zbity pysk, zabiję itd"
Gadałam sama do siebie jak wariatka, ale faktycznie poczułam bojowy nastrój. Nie mogłam doczekać się terminu operacji.
Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą. Sprawa opieki nad mamcia była dopięta na ostatni guzik i byłam gotowa na wyjazd do szpitala, a tu niespodzianka. Jak szybko pojechałam , tak szybko wróciłam. Nie przyjęli mnie z powodu braku miejsc. takich odroczeń miałam 4 w tym 2 spowodowane opryszczką, która mi się przyplątała i to na dodatek pierwszy raz w życiu.
Guza znalazłam sobie 13 maja, a operacje 24 lipca. Musze powiedzieć wam, że w miarę upływu czasu mój bojowy nastrój mnie opuszczał. Zamknęłam się w sobie , wrócił strach i wmawiałam sobie, że te odroczenia to zły znak. Nawet wtedy nie pisałam na forum.
To był dla mnie bardzo trudny czas, który przerwałam tylko i wyłącznie dzięki mojemu mężowi i synowi. Gdyby nie oni, totalnie bym się rozsypała. Za długo czekałam na operacje. Żyłam w stresie, w oczekiwaniu na coś co nieuniknione, w strachu, że ta gadzina sieje w mym organizmie spustoszenie, że tam jest i ma się całkiem nieźle wypijając ze mnie życiodajne soki.
Gdybym była operowana w pierwszym terminie kiedy byłam bojowo nastawiona do walki byłoby zupełnie inaczej.







Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 13-05-2010 - 23:22:39 przez Perełka.

bozena_stanczyk (offline)

Post #16

14-05-2010 - 09:28:32

Tomaszów Mazowiecki 

!3 lat temu rak to był jeszcze temat tabu.Nie wiedziałam nic poza tym,że w mojej rodzinie były inne raki.Najpierw szok,spontaniczny płacz,zwłaszcza,że moja druga córcia miała 2 latka,a później pełna mobilizacja,w tej mobilizacji sił znacznie mi pomogły 2 filmy o Aniołach ,które akurat w dniu diagnozy przypadkowo znalazłam w tv.Oczywiście pomagała mi też rodzina.
Nie było internetu,wielu książek,które teraz są wsparciem ogromnym.
Wiedzy na temat szukałam sama w bibliotekach ,zaczely sie pojawiać artykuły..

krysiada (offline)

Post #17

13-09-2010 - 20:18:38

powiat Głogów 

Kiedy znalazłam guzka, w ciągu 2 godzin miałam termin otwartej biopsji. Po tygodniu już byłam w szpitalu. Chirurg wyjaśnił mi, że w razie niepomyślnego wyniku, drugim etapem będzie mastektomia. To dziwne, że po uśpieniu niczego nie pamiętam, tylko moment chwilowego przebudzenia, a nad sobą poważną twarz chirurga, który zakomunikował, że wynik jest zły i oczekuje, że wyrażę zgodę na dalszą część zbiegu, bo wyboru nie mam. Zgodziłam się i tu film się urywa.Dopiero na drugi dzień dotarło do mnie, że mam raka i zaczynam walkę o życie. Początkowo trzymałam się nieźle, ale po tygodniu umęczona bólem i własną nieporadnością, ryczałam na zawołanie. Analizowałam swoje życie i zastanawiałam się, czy kontynuować leczenie, bo wszystko co najlepsze za mną. Zdecydowałam, że się nie poddam bez walki. Chcę zobaczyć jak moje wnuki dorastają, jakie zawody wybiorą, jak ułoży się ich życie. Poczułam się silna - jestem teraz w niezłej kondycji psychicznej, nawet uśmiecham się częściej niż przed chorobą i na pewne rzeczy patrzę z dystansem. Mimo, że od operacji minęło dopiero 2,5 miesiąca i chemia daje mi w tyłek, dużo ćwiczę i jestem w miarę sprawna fizycznie. Często zaglądam na forum i to też mnie podnosi na duchu.

karolka (offline)

Post #18

21-09-2010 - 19:49:11

okolice Wawy 

a ja, no cóz od samego początku wiedziałam co to jest, ale jak mi onkolog powiedział, że to rak, to gdy wyszłam z gabinetu to się popłakałam. Potem jeszcze 2 razy łzy uroniłam. Tego samego dnia w domu, gdy o tym z rodziną rozmawialiśmy i w dniu gdy dowiedziałam się , że będę miała mastektomię całkowitą. Jednak gdzieś tam w głębi duszy łudziłam się , że pierś uda się zachować. W sumie to szybko oswoiłam się z myślą o chorobie. Szybko przestawiłam się na walkę. A od momentu operacji to sobie na ten temat żartuje. Podobno poczucie humoru działa cudawinking smiley

Teresa1957 (offline)

Post #19

08-11-2010 - 16:11:43

Kraśnik 

Poszłam do ginekologa na zwykłe badania, już chciałam zejść z fotela gdy pani doktor mówi jeszcze chwilkę zbadam piersi. Niech se bada myślę sobie, nawet przez moment nie pomyślałam, że coś tam znajdzie. Nigdy nie robiłam żadnych badań piersi, sama też się nie badałam. Ledwo mnie dotknęła zaraz wyczuła tego guzka. Jak powiedziała, że muszę zrobić mammografię, przyjęłam to z udawanym spokojem, wyszłam z przychodni i dopiero popłynęły łzy. Nie płakałam długo, łudziłam się, że to tylko jakiś tłuszczak. Biopsja cienko i grubo igłowa nie dały jednoznacznej odpowiedzi, ale pani doktor powiedziała, że dopiero podczas operacji okaże się czy będę miała operacje oszczędzające czy amputacje. Po operacji już na stole operacyjnym dowiedziałam się, że to jednak jest rak, ale węzły są czyste.
Powiem, że nie płakałam, bo wstydzę się okazywać słabość. Niepokój istnieje, ale tak sobie myślę, że nie jest najgorzej i musi być dobrze. ok



tesa (offline)

Post #20

24-11-2010 - 09:35:43

 

01.10.2010 r znalazłam się o godz. 7 rano na oddziale chirurgii jednego dnia. Mieli mi usunąć niegroźną (jak wskazywała biopsja zrobiona w maju)zmianę. Dzień przedtem jeszcze lekarz rodzinny, do którego poszłam na ekg zapewniał mnie, czytając wynik biopsji że to na 99% jest łagodne i jeszcze paru innych lekarzy też mnie uspokajało. Zresztą nawet tego nie oczekiwałam. Oni mówili na 99% a ja byłam pewna na 100% (nikt w rodzinie nie miał raka piersi, 14 lat temu usunięto mi też zmianę która była łagodna, co jakiś czas pojawiały się guzki, które na usg wychodziły jako mastopatia, potem niektóre znikały, dwa lata temu mammografia, generalnie luz). Przed operacją chirurg zażyczył sobie aby pokazać mu zmiany, co też uczyniłam a on widząc je, bardzo się zdenerwował, zażyczył sobie wyniku biopsji, po czym rzucił parę niewybrednych tekstów pod adresem lekarza, który skierował mnie na tą chirurgie jednego dnia. Powiedział mi tylko że te zmiany nie nadają się na taki zwykły zabieg. Mam się nie denerwować, wyznaczą nowy termin i wtedy mnie zoperują. Zanim wyjdę zrobią mi tylko jeszcze mammografię. Cały czas luzik z mojej strony. Przed chwilą dali mi zresztą premedykację przed zabiegiem. Za chwilę zrobili mimammografię. Luzik. Mąż miał mnie odebrać o godz. 12. Słodko sobie spałam,gdy obudził mnie mój chirurg, chwycił mnie za rękę i powiedział że niestety muszę zostać na oddziale, bo wyszła poważna choroba że to jest rak. Szok? Chyba bardziej wrażenie że sen ( zresztą odruch szczypania aby się obudzić miałam przez parę dni, wrażenie cały czas że to jednak sen). No i zaraz myśl że to już koniec. Boże co z moimi dziećmi? To dobijało mnie najbardziej.



<a href="[amazonki.net] src="[amazonki.net]; alt="tesa" /></a>

agawa (offline)

Post #21

25-11-2010 - 00:07:13

okolice 

Tak, Teso.... to uczucie, że to sen.... To pamiętam najbardziej...

kamilla (offline)

Post #22

28-11-2010 - 17:54:00

starogard gd 

do czasu odebrania wyników biopsji jeszcze miałam złudzenia że nic takiego guzek usuną i ok ale jak lekarz powiedział że to rak to były łzy ,ale tylko chwile .potem stwierdziłam że byle rak mnie nie pokona w końcu mama dla kogo żyć.sama wychowuję 12letniego syna. nie mogę rozczulać się nad soba

lulu (offline)

Post #23

28-11-2010 - 18:24:22

k/Kwidzyna 

Kamilo, czasem rozczulenie nad sobą też jest potrzebne, byle jak ze wszystkim ... nie popadać w przesadę. A Twoja motywacja jest bardzo dobra, masz syna i jesteś mu bardzo potrzebna, więc zabieraj siły do tej zwycięskiej walki.



Na Forum od 07 lutego 2008

2007 amputacja prawej piersi, 5 lat na Tamoksyfenie, Egistrozolu, Mamostrolu
2015 amputacja lewej piersi, 4xAC, rok Herceptyna
Nigdy nie jedz do syta. Jedna trzecia żołądka dla pokarmu, jedna trzecia dla napoju, jedna trzecia dla ducha.
je

jagoda 1967 (offline)

Post #24

11-01-2011 - 22:42:35

 

Do tej pory nie wierze w nią ja ją przyjęłam do wiadomości ,gdy powiedziałam mężowi o raku to zapłakał nad sobą że jak umrę to cały majątek przepadnie,umilił mi życie tak że jak powiedział mi w drugi dzień świąt że mnie zdradził to z ulgą kazałam mu się wyprowadzić mimo że wiem że czeka mnie poważna i ciężka walka,że jestem sama z swoją wnusią,mała na czas szpitala idzie do mojch znajomych to ja wygram tą walkę dla mojej wnusi i na złość mojemu mężowi,choć też boje się jak będe czuła się po operacji i czy dam sobie rade z małą a chemi już nie wspomnę

b_angel (offline)

Post #25

11-01-2011 - 22:51:04

radom 

dzielna dziewczyna jesteś
sił życzękwiatek




. . . . . . . . . . . . . .

...na forum od 16 listopada 2005 ...

malgos 10 (offline)

Post #26

11-01-2011 - 23:07:05

Łódź 

Jagódko kazda z nas w pierwszym momencie przezyła szok
Ale potem przyszly mysli ,że co my mamy sie poddac
Co to ,to nie
Miedzy czasami pobeczałyśmy sobie
Ale wziełyśmy sie do leczenia
A co do męza ,to powiem szkoda słów
A co do wnusi
To pamiętam, jak moja mama zachorowała na raka ,to w tym czasie musiała zaopiekować sie wnusią - moja bratanicą (a miala ona wtedy 7 latek) i było to 20 lat temu
I moze ten kołowrót ,ta troska o wnusie spowodowało ,że nie myslala o chorobie i wszystko potoczyło się dobrze
Wiec Jagódko będzie dobrze i trzymaj sie
Buziaczki buziak




jestem na forum od 25-10-2008




Bez cierpienia nie zrozumie się szczęścia.

- Fiodor Dostojewskiserce

Marzenna (offline)

Post #27

11-01-2011 - 23:19:33

Łódź 

Siła wielka i odwaga jest w Tobie skoro kazałaś sie wyprowadzić frajerowi.Wnusieńka jest wielką Twoją siłą, ale pamiętaj też o swoich potrzebach.
A zmartwienie kazde w koncu się zużywa.
Pozdrawiam serdecznie, dużoooo zdrówka!!!buzki

Magda (offline)

Post #28

11-01-2011 - 23:23:21

Jastrzębie Zdrój 

brawoJagoda jesteś wielka,zasługujesz na szacunek a nie na poniewierkę...pamietaj szczęście i milośc zagości u ciebie w naj mniej oczekiwanym momencie buziak



Masza70 (offline)

Post #29

12-01-2011 - 10:25:54

 

kurde! dobrze zrobiłaś Jagoda, na co Ci jeszcze taki balast jak jakiś frajer beczący, niech se go ta laska weźmie i teraz pociesza winking smiley A Ty wygrasz, zobaczysz smiling smiley
Pochwal się swoją wnusią, wklej zdjęcie smiling smiley Jesteś chyba tylko 3 latka starsza ode mnie, czyli młoda jesteś i na pewno sobie życie ułożysz smiling smiley



bozena_stanczyk (offline)

Post #30

12-01-2011 - 10:49:24

Tomaszów Mazowiecki 

Jagoda zdrowiej dla wnusi ale głownie dla siebie.Jestem pewna,że Twoja waleczność pokona gada,a chłopem sie nie przejmuj,ktos go kiedyś rozliczypociesza
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Użytkownicy online

Gości: 602
Największa liczba użytkowników online: 77 dnia 11-10-2011
Największa liczba gości online: 5263 dnia 07-04-2018