Cuda w naszym życiu

Wysłane przez andzia73 

andzia73 (offline)

Post #1

19-11-2010 - 14:41:12

Gdańsk 

Cuda dnia codziennego!szok
Reagując spontanicznie na nasze poranne gadu - gadu.Z podpowiedzią Bożki i filmu agawy. Postanowiłam założyć ten wątek. W nim można pisać o sytuacjach naszego życia ,które można by nazwać cudem.
Większość z nas twierdzi. że cuda się nie zdarzają .Lecz one są obecne każdego dnia w naszym życiu. Takim cudem jest na pewno niejedna z Was dziewczyny. Stwierdzono u nas chorobę o bardzo dużej śmiertelności. Ale obecność sama Was świadczy całkiem o czym innym.Mam nadzieję, że pomysł Wam się spodoba.I chętnie będziecie chciały tu popisać.I może wspólnie dojdziemy do jakiś wniosków.kwiatek
A samo to, że coś niemożliwego staje się możliwe...Będzie miodem na nasze serca...Zapraszam wszystkichbuzki




mag_dag (offline)

Post #2

19-11-2010 - 14:47:25

Sosnowiec 

ja nieśmiało tak chciałam tylko napisać, że cuda się nie zdarzają, tylko się dzieją - czasem trzeba im tylko ociupinkę pomóc









Gdyby mi coś przyszło do głowy, niech zaczeka. (Dominik Opolski)

-----><-----


----------------------------------------------------------

Al_la (offline)

Post #3

19-11-2010 - 15:26:53

k/Warszawy 

Ja uważam, że moje (na dzień dzisiejszy) wyjście z choroby to cud.
Guz miał 5 cm. Od wymacania do leczenia minęło prawie półtora roku.
Lekarze orzekli, że jest nieoperacyjny. A ja żyję radocha





W najgorszych chwilach mego życia zawsze mogłem liczyć na przyjaciół.
Odtąd wiem, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to poprosić o pomoc. Paulo Coelho




Przewodowy NST, G2, T3N0Mx, TNBC, 6 x FEC (3 przed operacją), yT2N0Mx

andzia73 (offline)

Post #4

19-11-2010 - 16:09:55

Gdańsk 

Ja napiszę o cudzie jaki doświadczyłam w moim życiu. Był grudzień 1980 roku .Zima bardzo sroga była tego roku…. Miałam wtedy 7 lat.. Moja mama była wtedy w ciąży z moją najmłodszą siostrą .W nocy z 23 na 24 grudnia, mama bardzo źle się poczuła. Tej nocy nie mieliśmy prądu, ulice zasypane, karetka miała trudności z dojechaniem ale jakoś dotarli.. Ok. 8 rano w wigilię przez cesarskie cięcie, urodziła się moja siostra Ewa. Ale z moją mamą było bardzo źle, straciła bardzo dużo krwi . Ona ma jednak bardzo rzadką grupę, bo AB RH- a do tego między AB jakiś współczynnik 1 taka mała jedyneczka. Jednak podano jej krew ,ale bez tej jedyneczki. Po niej cała napuchła, zaczęła się dusić… Pamiętam tamten dzień jak dziś ,byliśmy u babci na wigilii .Wszyscy klęczeliśmy i modliliśmy się, aby mama przeżyła. Jeszcze kilka dni mama była w ciężkim stanie, lekarze bezradnie rozkładali ręce .I nagle wszystko się poprawiło ... byliśmy bardzo szczęśliwi ....Moja siostrzyczka była śliczna, kręcone rude włoski. Normalnie taki mały aniołek ....Lecz nie wiedzieliśmy, że jest ona bardzo chora. Ciągle mocno płakała.... Wszyscy po kolei nosili ją na rękach, bujali, nawet mama była z nią u lekarza. Pani doktor mówiła, że taka jej uroda... Ale nie podobały się jej oczy mojej siostry. Medycyna nie była tak daleko posunięta jak dziś. Moja siostra mając trzy miesiące straciła przytomność. Rodzice pojechali z nią do szpitala. Tam okazało się ,że ma ona wodogłowie. Pół półkuli mózgu to była woda. Lekarze mówili, że siostra będzie warzywem: które nie chodzi, nie mówi, nie będzie z nią kontaktu ....Lecz wbrew wszystkim opiniom siostra po punkcjach wody z mózgu, dochodziła do siebie .Pół roku była w szpitalu, gdy ją mama przywiozła do domu byliśmy bardzo szczęśliwi. Siostra rosła, zaczęła się rozwijać... Jak my cieszyliśmy się z każdego słowa które powiedziała. Jak zaczęła siadać, chodzić, rozrabiać… Pomagaliśmy jej we wszystkim :ubierać się , uczyć jeść, robić z nią lekcje… Jest troszkę opóźniona w rozwoju. Ale jak ktoś nie wie, to nawet tego nie spostrzeże. Martwiliśmy się wszyscy jak ona sobie ułoży życie. Podejrzewaliśmy ,że nie znajdzie swojej drugiej połówki .Tym bardziej, że dopóki chodziła do szkoły to miała kontakt z rówieśnikami... A po szkole, jak skończyła 18 lat poszła na rentę socjalną. Cztery lata temu pojechała na wesele z rodzicami do naszego kuzyna. Tam poznała Tomka. Z ich opowieści wynika, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Wydzwaniał do niej codziennie, bo dzieliło ich prawie 160 km. Mama nie za zbytnio wierzyła w tę miłość. Do dnia kiedy on rzucił pracę, spakował się i przyjechał do mojej siostry. On wszystko wiedział o mojej siostrze od początku. Ale powiedział, że ją bardzo kocha i mu to nie przeszkadza. Dwa lata temu wzięli ślub.A w sierpniu tego roku urodziła im się cudowna zdrowa córeczka.hura Dla mnie to jest właśnie cud. Od diagnozy lekarzy, że siostra będzie kaleką-do dzisiejszego dnia jak już jest szczęśliwą żoną i mamą.buziak




lulu (offline)

Post #5

19-11-2010 - 16:51:33

k/Kwidzyna 

Chociaż uważam, że oboje moich dzieci to cud, jednak moja córcia musiała mieć troszkę poparcia .....
Nie dało się zaplanować jej tak jak my chcielibyśmy. Były problemy, było poronienie.
We wrześniu '84 roku wybrałam się na pielgrzymkę do Gietrzwałdu. Spory wysiłek, bo część trasy trzeba było pokonać na tempo, ale jakoś poszło. Po powrocie do domu byłam wykończona. Następnego dnia nie mogłam wstać z łóżka. Mąż załatwił mi w pracy wolne. Pomalutku doszłam do siebie. W październiku lekarz oświadczył mi, że chyba jest ciąża. Wpadłam w panikę jak uzmysłowiłam sobie mój wrześniowy wysiłek, moją wcześniejszą ciążę nie udało się utrzymać, mimo bardzo oszczędnego trybu życia. Często chodziłam do lekarza, aby być pewną, że jest wszystko w porządku. W styczniu wylądowałam w szpitalu na podtrzymaniu, zagrożenie przedwczesnego porodu, założone miałam szwy na szyjkę macicy. Mąż zjeździł przyległe województwa w poszukiwaniu lekarstwa, zdobył je. Wyleżałam się do maja. Na dwa tygodnie przed planowanym terminem, lekarz zdjął szwy i puścił do domu ze słowami: teraz już sobie może pani rodzić. 23 maja, dokładnie tak jak było wyliczone wzięła się i urodziła.



Na Forum od 07 lutego 2008
Nigdy nie jedz do syta. Jedna trzecia żołądka dla pokarmu, jedna trzecia dla napoju, jedna trzecia dla ducha.
je

andzia73 (offline)

Post #6

20-11-2010 - 09:22:44

Gdańsk 

Życie jest ...
Życie jest...
Życie jest darem... przyjmij go.
Życie jest przygodą... wyjdź jej naprzeciw.
Życie jest zagadką... rozwiąż ją.
Życie jest grą... podejmij ją.
Życie jest walką... staw jej czoło.
Życie jest pięknem... chwal je.
Życie jest rebusem... znajdź rozwiązanie.
Życie jest okazją... skorzystaj z niej.
Życie jest przykrością... zaznaj jej.
Życie jest pieśnią... zaśpiewaj ją.
Życie jest celem... osiągnij go.
Życie jest misją... wypełnij ją.




Masza70 (offline)

Post #7

20-11-2010 - 10:43:44

 

proszę, jaki wątek...
Cuda? jakby się tak dobrze zastanowić, pewnie się zdarzyły każdej z nas.
Jak miałam 2 albo 3 latka mieszkałam z rodzicami i dziadkami na wsi, nad rzeką Wartą. Były sianokosy i rodzice obiecali mi, że zabiorą mnie ze sobą na łąkę nad rzeką, zgrabiać siano. No ale zamiast tego położyli mnie spać i sami poszli. Mój dziadek miał mnie pilnować. Obudziłam się i nikogo w pokoju nie było. To poszłam poszukać mamy, ponieważ nie było jej też na podwórku to poszłam jej poszukać na tą łąkę. I pomylły mi się drogi. Chodziłam po jakichś krzakach rosnących dziko w starej dolinie Warty. Zabłądziłam. Znalazła mnie kobieta, która pracowała na polu nad rzeką w wiosce położonej ok. 3km od mojego domu. Szłam zapłakana, a za mną szedł ogromny pies. Odgoniła go i zaprowadziła mnie do domu, rodzice mnie juz szukali. Ten pies ponoć nie był agresywny. Tylko za mną szedł. Nikt nie wiedział co to z pies. Dziwna historia, nie? Tym bardziej, że ja to pamiętam, że to nie był żaden pies, tylko jakiś dziwny włochaty stwór na dwóch nogach z czarnymi oczami. Ale to pewnie wyobraźnia wystraszonego dziecka. To był pierwszy raz kiedy uciekłam z domu, drugi raz mnie szukali jak miałam 5 lat. A może to nic takiego? Ja mam trochę tak, że lubię dorabiać bajki do zwykłych historii, wierzę w znaki, w to że wszystko się dzieje po cośsmiling smiley Ponieważ wiem o tej swojej przypoadłości, to staram się nie stracić dystansu i zdrowego rozsądku smiling smiley Ale ta moja przygod jest w rodzinie obecna jako dość nezwykła.



ToJa (offline)

Post #8

20-11-2010 - 10:51:53

 

Cytuj
mag_dag
że cuda się nie zdarzają, tylko się dzieją - czasem trzeba im tylko ociupinkę pomóc
siostra cioteczna nie miała miesiączki....chodziła z tym do różnych lekarzy (u nas w kraju i poza granicami).....po wielu wielu badaniach stwierdzono, że nigdy nie bedzie miała dzieci......przez 3 lata chodziła z chłopakiem.....myśleli o malżenstwie, jednak gdy on dowiedział sie, że nie beda mogli miec dzieci...zwiał......ot cały facet......
w rodzinie naszej miało byc wesele......takie wielkie, wiejskie wesele.....dostałam (z osoba towarzyszącą) na nie zaproszenie .....hm....jakos nie bardzo miałam na nie z kim pojechac (a odległość duża więc tylko z kolega jechac to było bez sensu)...zadzwoniłam, że przyjade sama.....pan młody skołował dla mnie partnera (hehehe postarał się coby to nie był chłopak od nich ze wsi, ino z miasta.... hehe pewnie wydawało mu sie, ze mi tylko miastowy bedzie pasował) ............
na wesele nie pojechałam...........sie rozchorowałam........
.......z opowieści poweselnych usłyszałam, że z chłopakiem, który miał być moim partnerem czas weselny spędziła moja siostra cioteczna (coby sie chłopak nie nudził).............
po roku dostałam zaproszenie na nastepne wesele............ ich wesele........
po nastepnym roku dostapiłam zaszczytu bycia matka chrzestną ich córki...........
a za rok urodził sie ich syn...........
bo tam gdzie medycyna nie daje rady........miłość czyni cuda..............

miłości Wam wszystkim życzę.............




Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 20-11-2010 - 10:54:11 przez ToJa.

andzia73 (offline)

Post #9

20-11-2010 - 11:12:53

Gdańsk 

Miłość i wiara..to pierwsze kroki do cudu...
Im więcej kochamy i wierzymy,że się uda. Tym częściej doświadczamy cudu...
Bez względu na wiarę,przekonania....
Ten wątek dopiero raczkuje.
Dzięki za wpisy,i proszę nawet o te które nie zgadzają się z tym. Że cuda się dzieją...buziak




Następna (offline)

Post #10

20-11-2010 - 12:34:57

Krosno 

Ha, nareszcie znalazł się wątek, z którego adminy nie mogą mnie pogonić, bo jest mocno umowny - no, która mi udowodni, że to ,o czym chcę napisać cudem jest lub nie?! Nawet komisje watykańskie mają z tym problemy!
W moim życiu zdarzyło się kilka nawet cudów i jestem pewna na 100%, że cudami były naprawdę. Ale chcę Wam opisać tylko jeden z nich, kiedy śmierć (nagła)minęła mnie dosłownie o centymetr. Można było wymierzyć. Nie wierzycie? To posłuchajcie.
Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach epoki gierkowskiego socjalizmu, mieszkania dostawało się z przydziału. Prawie za darmo. No, słowo daję, niektórzy bardzo starzy ludzie mogą to jeszcze pamiętać, więc zapytajcie! Wtedy i ja, będąc młodą mężatką, w takim mieszkaniu zakotwiczyłam. ( Na chwilę, jak się potem okazało). Mój mąż, młody inżynier, otrzymał ze swojego zakładu pracy mieszkanie tzw. ( no i widzicie, zapomniałam ,jak zwane, ponieważ teraz mam sklerozę, a wtedy byłam jeszcze młoda i piękna - teraz już niestety, tylko piękna... Właśnie, co było pierwsze: kura czy jajko? Lepiej być młodą i piękną, czy starą i piękną, albo: starą i brzydką lub młodą i brzydką? To jest warte dłuższego zastanowienia...). W każdym razie to mieszkanie nie było w żadnym stopniu służbowe, ale też w żadnym stopniu nie było spółdzielcze, ani też komunalne. Miało status przydzielonego przez zakład, a administrowanego przez miasto - co okazało się przydatne po naszym rozwodzie, bo mogliśmy je zwyczajnie zamienić w urzędzie dzielnicy na dwa mniejsze. Ale to nie ten cud życzę sobie opisać, choć można by się zastanowić, czy nie było to cudowne załatwienie niemożliwej sprawy....
Budowano wtedy wysokie bloki w ciągu kilku miesięcy, ponieważ nasi odkryli wtedy system budownictwa kanadyjskiego z gotowych elementów - niezależnie od Kanadyjczykow, bo nie należało współpracować z krajami niewyznającymi realnego hurrasocjalizmu, a co dopiero rządzonymi przez stare królowe! Chociażby tylko teoretycznie. (Rządzone.)
Nasi budowniczowie, jako ci inteligentniejsi, zmodyfikowali system kanadyjski o tyle, że u nas wszystko musiało być lepsze, a lepsze to większe, bo bardziej rzuca się w oczy i nie trzeba się namolnie tym chwalić. Samo widać. W pobliżu Huty im. Lenina (pamiętacie jeszcze, kto to taki?), zwanej potocznie Kombinatem, powstała wielka fabryka domów. Wytwarzała gotowe, piękne ściany, w które były już wprawione okna i balkony, oszklone od razu, a jakże, i potem to-to jechało olbrzymimi ciężarówami na place budowy, żeby układać z tego domy. Wielkie dźwigi podnosiły te ściany coraz to wyżej i wyżej, ekipy robotników jakoś to cementowały i betonowały, żeby się utrzymało w pionie, a jak już się miało przewrócić, budowano następny dom, od parteru, jasne. Pionu nikt nie mierzył, bo nie było na to czasu, ale jak stało, znaczyło, że jest dobrze. Potem specjalne ekipy, już w środku, zaklejały co większe prześwity, żeby przyszłym lokatorom co drobniejsze rzeczy nie wpadały do sąsiadów niżej - mogłyby być potem spory co do własności wymienionych drobiazgów. A jeszcze bardziej wyspecjalizowane ekipy szkliły wszystkie okna, jak leci, ponieważ podczas montażu wszystko to ulegało wytłuczeniu w drebiezgi. Takie ekipy były bardzo poszukiwane, bo te lepiej wyspecjalizowane potrafiły tak pięknie kitować, że nie było od razu widać pewnych (zamierzonych, oczywiście) krzywizn futrynowych i nie gwizdało od razu - szczególnie na najwyższych piętrach. Potem, już po odbiorze, gwizdać mogło, a nawet należało i prześwity miały prawo się ujawniać. Nowi lokatorzy, szczęśliwi i tak, że mają gdzie mieszkać, samodzielnie, a nie w rodzinach wielopokoleniowych - jak w zacofanych, afrykańskich albo amerykańskich krajach ( naprawdę tam było źle, nie budowano tak szybko jak u nas i nawet byli tam bezdomni, wiec nasi współczujący krajanie wysyłali dla nich śpiwory, żeby biedactwa miały czym się okryć podczas kapitalistycznych, okrutnych zim!) . No więc nasi szczęśliwcy zgłaszali usterki specjalnie powołanej komisji od usterek. Komisja wszystko spisywała, po czym przysyłała ekipy przeciwusterkowe. Ekipy usuwały usterki tylko w takim zakresie, żeby za jakiś czas ci sami fachowcy mieli zgloszenia od tych samych lokatorów, ale już prywatnie, bo usterki zostały przecież komisyjnie usunięte! Musicie bowiem wiedzieć, młodsze koleżanki i koledzy, że w socjalizmie nic się nie marnowało! Żadna siła robocza nie mogła mieć przestoju! I w związku z tym nie było wcale bezrobocia. Każdy, kto chciał, mógł dostać pracę. A nawet musiał ją dostać, obligatoryjnie. I każdy dostawał taką samą pensję, żeby nie było między ludźmi głupiej zawiści. W końcu każdy starał się pracować tak samo! Dzieci nie podskakiwały, bo były zajęte odrabianiem lekcji i kółkami zinteresowań w domach kultury, a wolny czas wypełniały korespondencją ze swoimi przyjaciółmi z zaprzyjaźnionych republik radzieckich. (Związek Radziecki to był nasz najlepszy przyjaciel z prawej strony mapy - wielki, bogaty i wspaniały, wszystkie dzieci z obu krajów się przyjaźniły i w listach wysyłały sobie znaczki, bo innych hobby nie miały jakoś).
Fabryki domów powstawały dlatego w pobliżu kombinatów, żeby nie trzeba było daleko wozić surowca na ściany, ponieważ lepiono je z odpadów hutniczych - resztek żużlu, azbestu i takich tam, żeby się nic nie marnowało. Jak więc widzicie, dbano bardzo o czystość naszej Planety.
Kiedy juz taki dom został zbudowany, jwszcze przed zasiedleniem należalo zaopatrzyć go w wodę, gaz i ogrzewanie. Potem ludzie już mogli sie wprowadzać i uzdatniać mieszkania, zgodnie z potrzebami. Ten blok, w którym my mielismy mieszkać, został zbudowany w ciągu kilku miesięcy, ale zapomniano o ogrzewaniu. Stał więc sobie pusty, czekając na jakieś mądre rozwiązanie. Przeczekał tak cztery pory roku - w tym jedną bardzo zimną zimę - przeczekał następne trzy, razem zresztą z wybudowanym u jego stóp niziutkim czteropiętrowcem, aż ktoś mądry podjął decyzję, aby wybudować dla nich specjalną kotłownię! Więc wybudowano ją obok przystanku autobusowego. Przy okazji utworzył się etat dla palacza. Jak już mówiłam, wtedy nic się nie mogło zmarnować, jedna mądra decyzja pociągała za sobą nastepną!
A wielka płyta miała jeszcze tę zaletę (między innymi, oczywiście), że była bardzo, bardzo twarda - w końcu odpady ( a właściwie prefabrykaty, jakie odpady) z wielkich pieców musialy być dobrej jakości. I w taką wielką, twardą płytę nie można było niczego wbić. Nawet najmniejszego gwoździka. Ale wiadomo, że Polak potrafi, natychmiast więc powstał nowy zawód: wstrzeliwacza kołków. Ludzie rozbestwieni dobrobytem życzyli sobie posiadać wiszące na ścianach kuchni szafki. Jedni małpowali od drugich, jakby nie mogli powstawiać sobie do tych kuchni dobrych, starych kredensów. Kiedy jakiś blok był oddawany lokatorom (broń Boże, na własność!), taki wsztrzeliwacz kołków miał roboty, że hej! a kolki to były potężne haki, w końcu musiały utrzymać niemałe ciężary!
(Adminy kochane, nie denerwujcie sie, właśnie przechodzę do meritum):
Raniutko pewnego dnia weszłam nieprzytomna do naszej pustej jeszcze,nowej kuchni na piątym piętrze, nalałam wody do czajnika, żeby zrobić sobie kawkę i oprzytomnieć nieco. Stałam nad tą wodą bezmyślnie całkiem, czekając aż się zagotuje. Nagle na wysokości mojego czoła w ścianie kuchni wyskoczyła dziura, ja wrzasnęłam i odskoczyłam odruchowo,wszystko to działo się w jednym momencie, a w przeciwległej ścianie ujrzałam wbity ogromny hak. Za tą pierwszą dziurą rozległ się jakiś łomot i dosłownie w ciągu dwóch minut przyleciał do mnie nieludzko zdenerwowany, roztrzęsiony facet! Zaliczył tak pięć pięter w dół i pięć pięter w górę w następnej klatce schodowej! Usiadł na podłodze i wyznał, że spodziewał się zastać osobę co najmniej nieżywą, w ostateczności ciężko ranną i nieprzytomną, bo wrzask był krótki, pojedynczy i nagle zapadła cisza! A ja po prostu zwyczajnie osłupiałam! Gość był tak szczęśliwy, że widzi mnie całą i nie przebitą kołkiem, że napił się ze mną kawy, a potem zmierzyliśmy trajektorię haka. Gdybym się lekko nie szarpnęła, dostałabym w środek czoła!. Więc całkiem poważnie uważam, że to był cud. Cudem uniknęłam wtedy śmierci. Myślę, że to dobrze, bo być przebitą kołkiem...trochę wstyd...nawet metalowym, - w końcu kraj był wtedy postępowy i nowoczesny i drewnianych wykończeń nie używano. Wychodzi więc na to, że nie jestem jednak czarownicą...smiling smiley



"...od jutra będzie nam się wiodło coraz to lepiej i lepiej..." pies

Al_la (offline)

Post #11

20-11-2010 - 12:58:30

k/Warszawy 

Ewa, załóż sobie tutaj swój wątek i pisz, o czym chcesz (oprócz raka - on ma swoje miejsce).
Posikałam się ze śmiechu the finger smiley





W najgorszych chwilach mego życia zawsze mogłem liczyć na przyjaciół.
Odtąd wiem, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to poprosić o pomoc. Paulo Coelho




Przewodowy NST, G2, T3N0Mx, TNBC, 6 x FEC (3 przed operacją), yT2N0Mx



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 20-11-2010 - 12:59:24 przez Al_la.

mag_dag (offline)

Post #12

20-11-2010 - 13:28:21

Sosnowiec 

Następna, napisałaś historię o prehistorycznych budowlach, a ja w takim 4 piętrowym, wielkopłytowym ustrojstwie mieszkam!
wygląda na to, że ja mocno wiekowa jestem myśli
chyba się dam zezłomować


P.S. Ciągłe boje z mężem własnym o choćby jedną dziurkę w ścianie toczę i czasem wygrywam oczko

i tylko jako ciekawostkę dodam, że w moim na przykład bloku, to łazienki wpuszczali dźwigiem wielkim od góry - takie porobili boksy z płyt laminatowych i dawaj 5 sztuk od góry wsadzali - masakra
szczęściem mój młody wtedy jeszcze i robotny mąż płyty laminatowe wywaliwszy własnemi rękami całkiem nową łazienkę nam zmajstrował używając materiałów do tego przeznaczonych (czytaj: kafli), ale i ta łazienka poszła już w zapomnienie, zastąpiła ją nowa, już ręcami majstrów robiona, bo mąż mój własny w międzyczasie się zbiesił i już nie jest tak robotny w temacie remonty jak dawniej bywało

sorry wielkie, że w cudownym wątku kwiatek - już nie będę, ale taka mnie nostalgia jakaś wzięła










Gdyby mi coś przyszło do głowy, niech zaczeka. (Dominik Opolski)

-----><-----


----------------------------------------------------------

Janina.S (offline)

Post #13

20-11-2010 - 13:42:53

widły Soły i Wisły 

Następna znowu fajnie opisałaś tę poważną ale z dobrym zakończeniem historię w Twoim "zakładowym" -tak się nazywały te z przydziału z zakładu
pracy - mieszkaniu.
Pamiętam ,ojejku jak to dawno było też takie dostałam i podczas urządzania się to sąsiadka z parteru przeszła 2 piętra żebym syna zabrała od okna bo karnisze
- szyny będą wieszać.
...teraz dopiero dotarło do mnie jakie to niebezpieczne to wstrzeliwanie.

Mag_dag uświadomiłaś mi jaka ja wiekowa jestem gdzyż to moje pierwsze "zakładowe" w 1972r dostałam.myśli



.....jeśli niebo spada nam na głowę to nie po to by się z nas śmiać
....... lecz by podziwiać patrząc jak się podnosimy.
...

Następna (offline)

Post #14

20-11-2010 - 15:04:34

Krosno 

Dziewczynki, no i sam wątek nam się wysnuł : prehistoria, czyli jak radziłyśmy sobie w realnym socjalizmie. Co Wy na to? Juz go zakładam, ok?wnerwiony



"...od jutra będzie nam się wiodło coraz to lepiej i lepiej..." pies

andzia73 (offline)

Post #15

20-11-2010 - 16:03:07

Gdańsk 

No w tamtych czasach graniczyło z cudem dostanie swojego M...rotflEwciu twoja historia jak filmu Alternatywy 4.Tylko, że tam przewiercili się do barku z winem sąsiadki...myśli
A tak na poważnie,to jestem ciekawa... Co może się tak na fakcie, nieoczekiwanego stać w naszym życiu..Dlatego ten wątek ..Poetka to ze mnie marna... Ale wydaje mi się, że to może być nawet ciekawy temat naszych pogaduszek...




betty (offline)

Post #16

20-11-2010 - 21:15:50

 

Tak z kategorii cudów - moja Mama złapała mojego brata za nogę nad studnią...........
Miał 3 lata, mieszkaliśmy wtedy na wsi u gospodarzy (Rodzice uczyli w szkole). Gówniarz miał być w domu, ale se polazł na dwór nie mówiąc nic nikomu. Przy studni był kamień, a że zima, to oblodzony. Wlazł na kamień i byłby wleciał, gdyby mojej Mamy coś nie tknęło....
Akurat obiad szykowała, ale nagle coś Ją tknęło - wybiegła z domu i złapała młodego - dosłownie za nogę......... Cud czy instynkt - nie wiadomo.

Mój Młody miał problemy od razu po urodzeniu - długo by opowiadać.
Okulistka stwierdziła, że być może nie będzie widział - widzi.
Pierwsza neurolog stwierdziła, że stan jest bardzo poważny, że może ruchowo będzie nie halo - chodzi, biega jak najbardziej. Zmieniliśmy neurologa - tak na marginesie.
Kardiolog miał wątpliwości co do serduszka - jest OK.
Miał się wolniej rozwijać - jest prymusem, czyta od piątego roku życia, liczy świetnie.
itd, itp.
Ale to chyba nie cud, tylko złe diagnozy.
A co ja przeżyłam, to moje.................................




Perełka (offline)

Post #17

20-11-2010 - 23:08:50

 

Następna przeczytam twoja historie i uśmialm sie do łez.
W sumie powinnam ci współczuć, ale opisałaś to tak, że rechocze jak żaba.

Betty z moim młodym było podobnie, tylko, że diagnozy miał dobre. Na szczęście wszystko jest ok.



andzia73 (offline)

Post #18

30-11-2010 - 15:40:43

Gdańsk 

Troszkę wątek odszedł w zapomnienie.
Następnym cudem, jaki miał miejsce w moim życiu był przeszczep mojego taty.. może zacznę od początku...Mój tato urodził się z jedną nerką,odkąd pamiętam był na rencie z tego powodu.Ale jakoś funkcjonował..do czasu, gdy ta jedyna nerka trzy lata temu całkowicie stanęła.Musiał być dializowany..przez półtora roku dowożony był co 2 dzień do szpitala na dializę..bardzo źle je znosił ...wstawiano mu co chwilę przetoki,które co moment pękały..Bardzo się o niego martwiliśmy,bo było coraz gorzej...Zakwalifikowano go do przeszczepu....czasami trzeba czekać latami...i nastąpił ten szczęśliwy dzień,12 maja 2009 tato dostał nową nerkę.. wraz z panią Irenką, którą od tej pory nazywa siostrą.. Lecz nie od razu nowa nerka podjęła pracę..Ile na modliliśmy się oby zaczęła pracę..nawet samego papieża Jana Pawła II prosiliśmy o wstawiennictwo u Pana Boga...Córka pojechała na pielgrzymkę do Lednicy 4 czerwca,aby wyprosić łaski dla dziadka...No i nadszedł oczekiwany cud,nerka 4 czerwca zaczęła pracować ,od tej pory tato zaczął normalnie siusiać..Wyniki od razu się polepszyły..Do dziś cieszy się dobrym samopoczuciem...
Teraz w tym roku moja choroba mnie dopadła..Nie wiem dlaczego tak się dzieję ..przecież i tak już nas los tyle doświadczył...co jeszcze trzeba poprawić nie Wiem...Czekać na cud?Nie wiem, nie wiem czy jeszcze potrafię... Teraz walczę... ale czy będę mogła mówić o cudzie zobaczę...




Magda (offline)

Post #19

30-11-2010 - 19:27:15

Jastrzębie Zdrój 

buziakandzia dasz radę ,mój tato i ja też cudem jest że żyjemy...tacie dawali 3 miesiące a chłopak żyje już ponad 4 lata,a ja 3,5 r ...wiara czyni cuda...buziak



Tola (offline)

Post #20

30-11-2010 - 20:10:26

Chojnice 

Można wierzyć w cuda,ale to co wygląda na cud nie zawsze nim jest.Jedenaście lat temu ordynator oddziału na który trafił mój mąż stwierdził,że nie warto nic robić(czyli,że musi umrzeć).I stałoby się tak gdyby trafiło na laika,no bo skoro ordynator tak mówi..Trafiło na mnie,a że mam o tym pojęcie, zbeształam go że nie ma się bawić w Pana Boga i jeżeli nie potrafi mu pomóc to niech wyśle na konsultację do mądrzejszych.Jeżeli oni powiedzą ,że nie można! nic zrobić to się z tym pogodzę.Mąż trafił na urologię do Gdańska do prof. Krajki.Dwie operacje uratowały mu życie.Od tej pory mam bardzo ograniczone zaufanie do lekarzy.



Zawsze się cieszę.bo cieszę się,że żyję!!!

andzia73 (offline)

Post #21

18-01-2011 - 17:21:16

Gdańsk 

Ja dziś też przyszłam poodkurzać..pajęczyn tyle,kurzu...załamkapłaczeNic mi dziś do głowy nie przychodzi wypaliłam się chyba, czas na urlop?Ale to będzie cud jak ja se pójdęchichot







Następna (offline)

Post #22

18-01-2011 - 18:53:29

Krosno 

Mój Bratek trzy tygodnie temu zapomniał, jak się chodzi. Nie mógł nawet ustać na nogach, nie mowiąc już o przesunięciu którejś. załamkaByło to po zdjęciu dwutygodniowego gipsu. Ale nie to było przyczyną, bo z tym gipsem chodził o kuli normalnie, nawet szybko. I nagle zaniemógł... Wezwany nasz ukochany reumatolog - internista był pełen czarnych myśli. Bratkowi ciśnienie spadało (na siedząco) do 74/43. Myśleliśmy, że to już się zaczyna... Przez trzy tygodnie do naszego domu przychodzili rehabilitanci - codziennie, nawet w święta i od wczoraj Romuś uczęszcza już nawet na zajęcia. Chodzi - po schodach, po domu... Czasem tylko opiera się na chodziku, bo tam są odległości (pomieszczenia są wynajmowane od kościoła). Ma siłę i jest zdrowy! Cud! hot smileyA za dwa tygodnie skończy 54 lata...



"...od jutra będzie nam się wiodło coraz to lepiej i lepiej..." pies

ira (offline)

Post #23

18-01-2011 - 19:32:58

Pabianice 

Ewa, wielki szacunek dla Ciebie. Wiem, ile to wymaga siły - psychicznie i fizycznie pociesza
Taki człowiek, jak Ty jest CUDny.



mag_dag (offline)

Post #24

18-01-2011 - 19:51:28

Sosnowiec 

no_no!!! świnta prawda
a dla Bratka gratulacje wielkie!










Gdyby mi coś przyszło do głowy, niech zaczeka. (Dominik Opolski)

-----><-----


----------------------------------------------------------

Następna (offline)

Post #25

18-01-2011 - 21:25:44

Krosno 

Bratek dziekuje za gratulacje, a ja Was kocham!pociesza Nie przesadzajcie, nie myślcie, że ja się poświęcam, to nieprawda! niedowiarekTo naturalna kolej rzeczy, że jeżeli jest w domu ktoś, kim trzeba się opiekować, to trzeba to robić i już. Ja go bardzo kocham i mieszkam z nim z przyjemnością. I tak nie miałabym nic innego do roboty, bo robić mi się nie chce i do żadnej pracy się nie nadaję. A w pisaniu on mi nie przeszkadza.forumowicz Poza tym sto razy bardziej wolę być z Romeczkiem, niz z jakimś stetryczałym "obcym" facetem, ktorego obsługiwanie (zdrowego konia!) nie sprawiałoby mi żadnej przyjemności!wnerwiony Wiem, ze to nie ten wątek, ale musiałpiesam Wam to powiedzieć!!! Bardziej upierdliwy jest zresztą Gutek, ale też go kocham!!!radocha



"...od jutra będzie nam się wiodło coraz to lepiej i lepiej..." pies

agawa (offline)

Post #26

18-01-2011 - 21:37:01

okolice 

Tak sobie myslę, że nie wiemy do czego jesteśmy zdolne, co potrafimy, jak silne jesteśmy... dopóki życie nie postawi przed nami takiego doświadczenia, w którym te nasze zasoby się uaktywnią.
Gdy czytam, Następna, o Twoim byciu z Bratkiem, to sobie myśłę, że ja bym nie dała rady... I dlatego niezwyklę Cię podziwiam za mądość i spokój z jakim się odnajdujesz w swoim życiu.
ALe też mam 'na wierzchu' różne swoje doświadczenia, chociażby z minionego roku... gdzie inne osoby mówiły w moją stonę, to co ja przed chwilą wyliterkowałam do Ciebie....
Hm... po prostu nie doceniamy siebie. Ty sibie nie doceniasz... ja też zapewne...
No to teraz usłysz bez zaprzeczania: robisz bardzo trudną rzecz dla swojego brata. Niejeden by wymiękł. A Ty jesteś.
Ewo, jesteś wielka uśmiech

Następna (offline)

Post #27

18-01-2011 - 21:55:39

Krosno 

Hej, hej, bo się nadmucham i pęknę! Prawde mówiąc, to mnie nie doceniano prawie przez całe życie, to i ja też zaczęłam siebie nie doceniać. Ale wiedziałam, że umiem śpiewać, mimo że nie miałam siły przebicia oraz głazy na drodze (miałam). Dlatego napisałam książkę, żeby niektórzy mnie docenili, mając to na papierze, bo ja wierzę w pisane! Tyle mnie w szkole nauczyli (nie więcej!). Poza tym nie jestem wcale wielka, tylko gruba!!!! Ale będe szczupła i też Wam pokażę!!! Ale i tak Was kocham... tylko już mi nie kadźcie, bo mi głupio...



"...od jutra będzie nam się wiodło coraz to lepiej i lepiej..." pies

agawa (offline)

Post #28

18-01-2011 - 21:59:47

okolice 

Cytuj
Następna
Poza tym nie jestem wcale wielka, tylko gruba!!!!
No to witaj w klubie grubasów rotfl ja w nim mogę za okaz robić oczko
A wielka jesteś. Duchem przewraca_oczy

Następna (offline)

Post #29

18-01-2011 - 22:22:54

Krosno 

buzkidobranoc!



"...od jutra będzie nam się wiodło coraz to lepiej i lepiej..." pies

andzia73 (offline)

Post #30

19-01-2011 - 08:38:41

Gdańsk 

Ewuś gratulacje dla Bratka i dla CiebiebrawoI to jest kolejny dowód na to, że cuda się dzieją...Cudem jest szybki powrót Bratka do kondycji...I to że ma tak wspaniałą siostrę jak Ty...jesteś cudownabuzkiserce




Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Użytkownicy online

Gości: 365
Największa liczba użytkowników online: 77 dnia 11-10-2011
Największa liczba gości online: 5263 dnia 07-04-2018