Światełko naszych nadzieji

Wysłane przez Koko 

Koko (offline)

Post #1

14-09-2018 - 09:20:29

 

Witam serdecznie Administratorów tego forum ,witam nasze przemiłe panie amazonki i witam odwiedzających lecz niezrzeszonych ale oglądających to forum. Jeszcze raz serdecznie wszystkich witam.

Historia ta jest prawdziwa na autentycznych faktach.

Jadwigę poznałem wiele lat wcześniej. Nie myślałem że kiedy kol wiek zostanie moją Żoną
Czas to był za komuny kiedy wszyscy biliśmy prześladowani.
Pewnego czasu zaszło do zapoznania się na wzajem.
Był to czas zbierania kartofli na wykopkach czyli czas jesienny
Tego dnia zbierałem zbierałem ziemniaki z moimi rodzicami ,a tuż obok naszej działki, zbierała obca mi dotąd kobieta wraz z pomagającymi jej osobami.
Oczom moim wpadła pewna dziewczynka która była ubrana w białe podkolanówki. Po zbirach ziemniaków podszedłem do sąsiedniego pola zapylając o imię owej nieśmiałej dziewczyny która tak zawzięcie pomagała przy zbiorze owoców jesiennych. Było tam dwie młodziutkie dziewczynki które zawzięcie pomagały przy tych zbiorach. Nie znając ich imień zapytałem jak owe niewiasty się nazywają , przedstawiły się i na tym kropka zapadła jak by się wszystko skończyło.
Ale to był początek naszej historii miłosnej.
Lata mijały skończyłem szkołę i zacząłem pracę zawodową. Pracowałem na rozbiórce kombajnów zbożowych. Mijały kolejne lata kiedy zostałem powołany do zasadniczej służby wojskowej pewnego przedwiośnia kiedy przyjechałem na przepustkę do domu ,a był to czas wielkiej nocy, postanowiłem trochę się zabawić ze starymi znajomymi kolegami, trochę się powygłupiać wypić jakąś szklankę wina i trochę się zabawić. Po powrocie do domu matka moja nie mogła zasnąć wiedząc że jestem po za domem i jest późna godzina , powiedziała do mnie ,szalejesz gdzieś tam po za domem , a tu u sąsiadki jest ładna dziewczyna która przyjechała na święta wielkanocne. Po co łazisz gdzieś po nocach szukając wiatru w polach kiedy szczęście jest na miejscu. A był to drugi dzień wielkiej Nocy, czyli śmigus dyngus, nie wiele czekając zapukałem do drzwi sąsiadki i wszedłem do środka mieszkania z odrobiną wody w butelce do polania owej młodej dziewczyny. Oto zaniemówiłem owa dziewczyna okazała się już mi znajomą dziewczynką w białych podkolanówkach, którą poznałem już parę lat wcześniej. Tak zaczęła się nasza pierwsza miłość od pierwszego spojrzenia, dziewczynka która była w białych podkolanówkach zmieniła się w piękność której nie można opisać . Ja tego czasu byłem w zasadniczej służbie wojskowej. Byłem po pierwszym roku. Ale miłość jaka zapaliła się między nami, nie mogła zagiąć. Pisałem listy specjalnie wycinane pisane w gotyckich freskach o miłości jaką pałałem do wybrani mojej. Ten ostatni rok służby był dość długi ale wierzyliśmy w siebie i wytrwaliśmy w naszych marzeniach. Wyszedłem z wojska w niedługim czasie zawarliśmy nasz szczęśliwy związek małżeński. Jesteśmy katolikami więc związek małżeński dopełniliśmy także według obrzędów katolickich. W niedługim czasie żona urodziła czwórkę dzieci . Pierwsza była córeczka o imieniu Małgosia, druga była też córeczka o mieniu Beatka , trzecia była też córeczka o imieniu Asia, a za czwartym razem żona urodziła syna o imieniu Tomaszek.
Życie nie skroiło nam przyjemności, czasy były komunistyczne i wszystkiego brakowało ażeby dobrze wychować i ubrać nasze pociechy. Dzieci wyrastały i wymagania były coraz większe. Pieniążków nie wystarczało na utrzymanie czwórki dzieci. Więc postanowiłem ja jako ojciec rodziny żeby wyjechać do pracy za granicą. Pierwsze lata pracowałem na zaproszenie, bo inaczej nie można było. Pieniądze które zarabiałem też nie wystarczały na utrzymanie całej rodzinki. Do pomocy zaangażowała się matka mojej żony i opiekowała się naszymi pociechami. A ja wraz Ukochaną małżonką udaliśmy się do pracy za granicą. Tak przeciągnęliśmy kolejnych kilka lat. Dzieci powyrastały i założyły swoje rodziny. Ja z moją żoneczką pozostałem jeszcze kilka lat poza granicami naszego kraju. Obiecałem mojej kochane małżonce że trochę się dorobimy i wrócimy do rodzinnego domu. W co ona nieba rdzo wierzyła, powtarzała mi wielokrotnie że ja tu zostanę aż do renty. Ja ją zapewniałem że wrócimy dużo wcześniej. Ale marzenia nasze utonęły razem z biegnącym czasem.
Tak zaczyna się nasz nieoczekiwany dramat. Podczas wykonywanej pracy przy kładzeniu kabli pod ziemią nieoczekiwanie zachorowałem, krótkim czasie dowiedzieliśmy się że mam bardzo ciężką chorobę w pęcherzu i na prawej nerce. Badania potwierdziły że w tych dwóch miejscach utworzyły się raki. Załamanie było potężne cały świat zaczął wirować mi w oczach, ale nie miałem innego wyjścia jak tylko próbować walczyć z tą okropną chorobą. Poddałem się zabiegom chirurgicznym usunięcia tej choroby. Usunięto mi jedną trzecią prawej nerki i operacja na pęcherzu moczowym.
Nerka z czasem uspokoiła się i nie mam nawrotów choroby na nerce. Ale na pęcherzu poprawy nie widać to okropne rączysko ciągle mi się odnawia. I jestem ciągle pod kontrolą lekarzy. Odbyłem już sześć operacji i nadal nie widać oczekiwanego rezultatu. Pracuję dalej ale już z myślą powrotu do rodzinnego miejsca gdzie czeka na nas nasz rodzinny dom. Pewnego dnia wracam z pracy wchodzę do pokoju gdzie czekała na mnie moja ukochana małżonka ”JADZIA” dzień był jak każdy inny, niczym się nie różnił od pozostałych dni, ale w tym momencie całe moje życie uległo w gruzach.
Moja najukochańsza żoneczka podniosła swoją lewą rękę do góry i powiedziała do mnie .
Mężu… mężu zobacz ja mam jakieś dziwne zgrubienie pod pachą, jest to bardzo niepokojące ,nie wiem co to jest. Podszedłem do małżonki pomacałem wskazane mi miejsce i powiedziałem.
Kochanie jedziemy natychmiast do lekarza. Krótka chwila i pojechaliśmy do lekarza domowego.
Pani doktor spoglądnęła na owe zgrubienie i powiedziała żeby natychmiast pojechać do lekarza ginekologa , ona już zamówiła termin na wizytę. Nie czekając ani chwili pojechaliśmy do ginekologa.
Lekarz zbadawszy moją ukochaną małżonkę skierował ją natychmiast na badanie piersi.
Badanie mammograficzne zrobiła już następnego dnia. Dwa dni później jesteśmy u ginekologa w Pfafenhofen, przychodzi wynik-Żona ma raka piersi z przerzutami na węzły chłonne guzy są za duże i są nieoperacyjne musi pańska żona pojąć leczenie chemiczne celem zmniejszenia rozmiarów guzów, a potem możemy rozmawiać o zabiegu chirurgicznym. Ręce nam opadły życie leciało w szybki tempie w naszych oczach, wracając od początku do dnia dzisiejszego, szukaliśmy jakiegoś błędu który doprowadził do tej choroby. Zaczęły się badania PC ,rezonans magnetyczny, Nuklearne prześwietlenie szkieletu, oraz wiele innych. Wyniki przyszły dobre, nie ma więcej przerzutów krew czysta bez komórek rakowych, więc nadzieje jeszcze jakieś mamy. Udaliśmy się do onkologa w Pfafenhofen dr. Von …….. Po wizycie u onkologa zaczęła się chemioterapia ,żona zaczęła od ciężkiej chemii „AC” . Jak już powiedziałem jesteśmy katolikami i to bardzo praktykującymi, ja z małżonką chodziliśmy co niedzielę do kościoła, modlitwy odmawialiśmy codziennie i nadal to czynimy. Żona moja Jadwiga oprócz modlitw codziennych odmawiała jeszcze różaniec do Matki Boskiej, modląc się za zdrowie nas wszystkich, zarówno za zdrowie moje jak i za zdrowie naszych dzieci i wnuków. Zdrowie moje też ma dużo do życzenia jestem po kilku operacjach chirurgicznych na podobną chorobę jaką ma moja żona. Po pierwszej chemioterapii małżonka poczuła jakby się guzek w węzłach chłonnych troszeczkę zmniejszył . Ale poczuła też coś nowego a mianowicie lekki ból brzucha w górnej części , to znaczy powyżej pępka. Nie dawało nam to spokoju i podczas drugiego wlewu chemicznego zgłaszaliśmy to do onkologa prowadzącego tą terapię.
Onkolog wysłał małżonkę na badanie „USG”- Ultrasonografię .Badanie to nie wykazywało niczego podejrzanego i doktor onkolog powiedział że to skutek działania chemii w organizmie. Moja kochana żoneczka cierpiała z tego powodu bo był to dyską fort w codziennym życiu. Ja także próbowałem małżonce wytłumaczyć że to możliwe że to chemioterapia tak działa ze czuje lekki ból brzucha.
Żoneczka moja myślała też że to może być ból chemioterapii. Po każdorazowym wlewie chemii jeździliśmy się pomodlić do kapliczki „Mari Beinberg”. A wieczorem razem odmawialiśmy różaniec „ Nowennę Pompejańską” przez kolejne 54 dni modląc się o zdrowie dla mojej małżonki. W tym czasie pojechaliśmy do lekarza naszych znajomych w Berlinie. Lekarz nas przyjął ale nie za bardzo spodobało to się mojej małżonce, to jego ironiczne gadanie i nie spełnił naszych oczekiwań. Wróciliśmy powrotem do miejsca zakwaterowania.
Drugi wlew chemiczny nie był już tak skuteczny jak pierwszy. Po pierwszym wlewie poczuliśmy zmniejszenie się guz i żona straciła część owłosienia, czego nie było widać po drugim wlewie.
Podczas trzeciego wlewu chcieliśmy porozmawiać z lekarzem onkologiem że ta chemia którą poobiera żoneczka nie przynosi żadnego pozytywnego skutku, ale to nie było możliwe, bo pan doktor był na urlopie. Chcę jeszcze dodać że jeszcze przed podjęciem chemioterapii ,lekarz powiadomił nas o skutkach ubocznych jakich możemy się spodziewać podczas leczenia. Także potrafił odpowiedzieć na nasze zapytania, Pytaliśmy się onkologa czy jest możliwe przerzucenie się raka podczas terapii chemicznej. Lekarz zapewniał że to nie możliwe. Dopiero po roku od zakończenia leczenia może się odnowić ta choroba. Więc zaufaliśmy lekarzowi. Po trzecim wlewie żona miała zrobione badanie Mammograficzne, które nie wykazywało polepszenia w chorobie, a mianowicie pogorszenie stanu zdrowia mojej kochanej żoneczki. Zgłaszaliśmy drugi raz że bule brzucha nie ustępują i są trochę mocniejsze, ale lekarz onkolog znowu powiedział że to działanie chemii. Więc moja żona z tym nieznośnym bólem brzucha chodziła dalej. W między czasie przyjeżdżaliśmy odwiedzić nasze dzieci i wnuczęta. Owego dnia podczas odwiedzin w domu rodzinnym małżonka dostała ostrego bólu górnej części brzucha, Ból ten trwał przez trzy kolejne dni, potem trochę zrobiło się lepiej, zelżyło. Ale to był krótki czas odwiedzin, musieliśmy wracać do dalszej terapii. Dodam że za każdym razem kiedy jechaliśmy na wlewy chemiczne brałem urlop ponieważ ja pracowałem w firmie. Przyszedł czas na czwarty wlew chemiczny i po tym wlewie żona została skierowana znowu na Badanie Mammograficzne. Wynik badania zwalił nas z nóg „Rak „ zamiast znikać rozsiał się do węzłów nadobojczykowych. Pani doktor z mamografi powiedziała że ta chemia nie pomaga żonie ale szkodzi.
Dodała jeszcze że wystosuje pismo do onkologa o zmianę składu chemioterapii.
Załamaliśmy się oboje, łzy spływały nam z oczy, nie wiedzieliśmy co dalej robić. W tym czasie pojechaliśmy jeszcze do lekarz domowego z bolącym brzuchem małżonki. Lekarka zrobiła żonie Ultrasonografię brzucha i powiedziała ze nie widzi nić co by mogło być niepokojącego. Organy wewnętrzne wyglądają normalnie , raczej jest to związane z leczeniem chemicznym. Wróciliśmy do miejsca zakwaterowania. Płacz ogarnął nas oboje , nie wiedzieliśmy co dalej robić, załamanie na całego. Następnego dnia poszedłem do pracy bardzo przygnębiony. Zauważył to kolega z pracy i zapytał mnie nieśmiało czy wszystko u mnie jest w porządku. Rozpłakałem się i powiedziałem do niego że moja kochana żoneczka ma bardzo ciężką chorobę i pomału tracimy nadzieję żeby było lepiej.
Wtedy kolega z pracy powiedział mi że jego mam była w podobnej sytuacji i z niej wyszła zdrowa. Podał mi adres do lekarza onkologa gdzie leczyła się jego mama.
Było już późno około godziny ósmej wieczorem, nie miałem nic do stracenia, myślę zadzwonię i zrobiłem to. Telefon podawał sygnał ale nikt nie odbierał, włączyła się automatyczna sekretarka i prosiłem doktora o pomoc dla mojej ukochanej żoneczki i odłożyłem słuchawkę. Po godzinie dzwoni do mnie telefon odebrałem zaczyna się rozmowa , na początku nie wiedziałem z kim rozmawiam, ale po chwili rozpoznałem że rozmawiam z lekarzem do którego dzwoniłem o pomoc.
Powiedziałem lekarzowi jak wygląda sprawa i czy przyjął by moją żonę na dalsze leczenie.
Lekarz odpowiedział że musimy ustalić do niego termin i że przymnie moją żonę. Uradowało się nam serduszko, obojgu wzbudziła się nowa nadzieja że jeszcze wszystko jest przed nami.
Żona moja tak chciała jeszcze żyć, takie miała jeszcze marzenia, tak chciała poprzebywać z dziećmi.
A drugiej strony miała bardzo wielki strach przed śmiercią. Nic dziwnego przecież miała dopiero sześćdziesiąt lat, dopiero co je ukończyła i liczyła na dalsze nasze małżeńskie życie ,jak mówiła chociaż do siedemdziesiątki, jak jej mama.
Zadzwoniłem do przychodni onkologicznej Rechlingu i powiedziałem że chciałem umówić termin do lekarz onkologa. Po krótkiej chwili siostra ustawiła nam termin do lekarza onkologa dr H……… . Jak za każdym razem teraz też wziąłem urlop i pojechaliśmy do nowego lekarza onkologa na umówiony termin. Przybyliśmy na miejsce, wchodzimy do przychodni onkologicznej , podchodzimy do recepcji i mówimy że mamy dzisiaj termin do lekarz onkologa. Kazano nam usiąść na poczekalni i czekać na wezwanie lekarza. Po długim oczekiwaniu doczekaliśmy się wizyty, lekarz zaprosił nas do gabinetu i przeprowadził pełny wywiad na temat choroby i temat rodzinny czy ktoś w rodzinie chorował na podobną chorobę. Po długich wyszukiwaniach i pytaniach lekarz ustalił nową chemioterapię dla mojej małżonki. Żona moja miała zaaplikowany „paxitaxsel + chrome platynium”
Po wizycie u lekarza pojechaliśmy do miejsca zamieszkania . Następne wlewy chemiczne żona miała brać każdego tygodnia we czwartek. Ja dalej pracowałem zawodowo ,ale myślami ciągle byłem przy małżonce. Dzień za dniem mijały jeździliśmy na zakupy wieczorami kiedy wracałem z pracy. Jeździliśmy także do figurki Matki Bożej pomodlić się o dobre wyleczenie małżonki z choroby.
Przyszedł następny tydzień czas na następny wlew chemiczny . Siedziałem na poczekalni ,albo samochodzie , ponieważ wlew trwał całe cztery godziny. W między czasie pisaliśmy do siebie przez komunikator internetowy „WhatsApp Web”. Pisałem do mojej kochanieńkiej czy chce coś do picia i jedzenia bo idę do sklepu. Jeśli miała ochotę to odpisywała to kup coś do zjedzenia. I tak całe cztery godziny mijały. Po wlewie chemicznym wracaliśmy jak zawsze do miejsca zamieszkania. Żona zawsze pierwsze dni po wlewie czuła się w miarę dobrze ,ale po trzech dniach była bardzo osłabiona i nie miała ochoty na nic, na żadne spacery ,zakupy czy na oglądanie telewizji, po prostu leżała łóżku. Nie mogę sobie wyobrazić gdzie i o czym myślała, była jakby w innym świecie. Dopiero jak zapytałem o czym tak myśli to odpowiedziała mi Zenek ty jak i dzieci nie wierzycie mi ale z Miom brzuchem jest coś nie tak, nie jest to wielki ból ale cały czas czuję dyskomfort, to nie jest normalne. Podczas trzeciego wlewu znowu umówiłem się z lekarzem onkologiem. Zaraz po skończeniu wlewu mieliśmy wizytę lekarską i tu znowu zgłaszaliśmy bóle górnej części brzucha .Lekarz zareagował zaraz i kazał żonie iść do innego gabinetu gdzie zrobił „USG” brzucha i także powiedział że niczego złego nie widzi ,powiedział też że to są skutki chemioterapii. Znowu pocieszenie że to skutek leczenia chemicznego, ale małżonce to nie dawało żadnej satysfakcji i nadal twierdziła że to coś nie tak. Prawdę mówiąc ja myślałem z dziećmi że to na pewno leczenie chemiczne ma negatywne działanie na brzuch. Po tych trzech wlewach małżonka została skierowana na mammografię . Wynik przyszedł w miarę pozytywny, guz w piersi zmienił swój wymiar i stał się mniejszy, węzły chłonne też lekka poprawa ale nie taka na jaką liczyliśmy. Po trzecim wlewie żona dostała skierowanie do Ginekologa w klinice Recht der Isar w Monachium u doktora M N………. Ginekolog zbadawszy moją żonę powiedział że guzy w węzłach chłonnych są za duże i żona musi dalej brać chemioterapię. Więc wróciliśmy znowu w niedobrym nastroju, oboje traciliśmy nadzieję że da się z tego wyjść. Oczy nam się zalewały łzami, nie mogliśmy się powstrzymać od płaczu. Modliliśmy się do Najświętszej Maryj o Pani wspomóż nas w naszej niedoli i pozbądź raka z mojej małżonki. Dni leciały dale i dalej żona wraz zemną jeździliśmy na te wlewy. Nadzieje mieliśmy bardzo małą. Przychodziły następne wlewy a zaplanowane było dwanaście. Po ósmym wlewie lekaż sprawdził jeszcze raz przez „USG” i powiedział że sytuacja polepszyła się i to bardzo znacznie .Guz w piersi zniknął a węzły chłonne bardzo się pomniejszyły. Dostaliśmy jakby nowy zastrzyk do życia, więcej radości i większej szansy na to że jeszcze może wszystko się odmienić. Lekarz dał skierowania na badanie specjalistyczne „PET PC” czyli bardzo dokładne badanie całego organizmu czy są jeszcze gdzieś rozsiane komórki rakowe. I na rezonans magnetyczny piersi. Badania te żona wykonała i czekaliśmy z niecierpliwością na wyniki. Dalej jeżdżąc na następne wlewy chemiczne. Oprócz tych wyników wiele razy miała żona badaną krew, w zasadzie to co tydzień. Kiedy usłyszeliśmy wyniki laboratoryjne u lekarza onkologa uradowało się serce moje i mojej małżonki. Nie ma u pani żadnych komórek rakowych i kieruję panią na usunięcie resztek po raku do kliniki do doktora N………..
Pojechaliśmy do kliniki w Monachium na rozmowę przedoperacyjną. Tam Małżonka moja Jadzia przeszła szereg badań i przygotowań przedoperacyjnych. Był to piątek , a operacja przygotowana była na poniedziałek. Pojechaliśmy jeszcze do miejsca zakwaterowania, pojechaliśmy także do naszej kapliczki pomodlić się o dobrą operację i o dobry skuteczny wynik. Wróciliśmy do domu i czekaliśmy na poniedziałek z myślami pozytywnego wyleczenia. W poniedziałek pojechaliśmy z samego ranka do kliniki w Monachiu „ Recht am der Isar”. Zarejestrowałem małżonkę do przyjęcia na operację chirurgiczną usunięcia resztek po zniszczonym raku. Ale to nie wszystko taki proste okazało się że małżonka musi mieć wpuszczony barwnik miejsce gdzie był guz raka piersi. Więc po drugiej stronie ulicy gdzie znajdowała się klinika była przychodnia mammograficzna należąca do kliniki. Tam małżonce wbito igłę w miejsce gdzie znajdował się guzek wpuszczono barwnik, który miał za zadanie oznakować miejsce zabitych komórek rakowych. Wróciliśmy z powrotem na salę oczekiwania na operacją. Żonę wzięto na oddział operacyjny gdzieś o godzinie dziesiątej rano. Ja zostałem w klinice oczekując powrotu mojej kochanej małżonki. Gdzieś o godzinie piętnastej przywieziono małżonkę na salę , wcześniej była na sali intensywnego wybudzania.
Była po narkozie ,ale była bardzo spokojna , zapytałem jak się czujesz kochanieńka? Odpowiedziała mi że wszystko wygląda na dobrze ale musimy poczekać na wyniki z analizy. Porozmawialiśmy jeszcze z jakąś godzinę i ona sama powiedziała dzisiaj jedź do domu przyjedziesz jutro ja sobie trochę odpocznę. W pierwszy dzień po operacji przyjechałem z rana na odwiedziny, nie było źle małżonka czuła się w miarę dobrze ,miała dobry apetyt do jedzenia i mówiła że jej bardzo wszystko smakuje. Spędziliśmy ze sobą całe przedpołudnie i po południu znowu małżonka powiedziała do mnie jedź do domu trochę odpocznij, przyjedziesz jutro. Przyjechałem następnego dnia wchodzę na odwiedziny i widzę że coś jest nie tak. Małżonka moja powiedziała mi że ją znowu brzuch boli i że straciła apetyt i czuje całkiem gorycz w ustach. Bardzo mnie to zaniepokoiło, ale myślałem może zjadła na śniadanie coś nieświeżego i boli ją brzuch. Pobyłem jeszcze z żoną dłuższy czas i znowu pojechałem do miejsca zakwaterowania. Nie było to blisko ani daleko ,gdzieś jakieś sześćdziesiąt kilometrów .Przyszedł dzień czwarty byłem znowu na odwiedzinach lecz stan zdrowia małżonki nie polepszał się. Wychodząc z odwiedzin natrafiłem przypadkowo na lekarz który operował moją żonę i powiedziałem mu że żona nie czuje się najlepiej i boli ją brzuch. To kazał mi wrócić powrotem do żony, i poinformować siostrę oddziałową żeby dała mojej żonie lek zabezpieczający na żołądek. Lek ten nie pomógł mojej żonie, cały czas czułą gorycz w ustach i ciągotę na wymioty. Byłą to sobota, po wizycie odwiedzin u małżonki wróciłem znowu do miejsca zakwaterowania, cały czas z myślami co to może być że żona tak źle się czuje. W niedzielę rano przyjeżdżam na oddział i słyszę od siostry oddziałowej że małżonka wychodzi do domu, trochę to było mi dziwne ale skoro tak to co mam robić. Spakowałem rzeczy małżonki, zapytałem o wypis to siostra powiedziała mi że przyślą pocztą.
Więc opuszczamy klinikę ,idąc do parkingu gdzie stał mój samochód żona powiedziała mi Zenek zatrzymajmy się trochę bo mi słabo się robi i ciemno w oczach. Przystanęliśmy chwilę stojąc pod parasolem bo tego dnia padał deszcz. Po chwili ruszyliśmy dalej aż doszliśmy do samochodu. Jadąc w kierunku zamieszkania małżonka cały czas mówiła mi że źle się czuje i chyba zaraz zwymiotuje. Krótko przed miejscem zamieszkania musiałem zatrzymać samochód i zwymiotowała. Po krótkiej chwili dojechaliśmy do miejsca zamieszkania. Małżonka wyszła ze samochodu i pomału wchodziła do mieszkania, ale że pokuj mieliśmy na pierwszym piętrze musiała wchodzić po schodach, a to sprawiało już jej dużo kłopotu, musiałem jej pomagać przy ostatnich schodkach. Wszedł do pokoju i od razu się położyła, bo czuła się bardzo zmęczona. Położyłem się koło niej i trochę rozmawialiśmy co się dzieje że ona robi się coraz to słabsza. Po jakimś czasie mówi mi że musi zejść na dół do toalety. Pomogłem jej zejść ze schodów i powiedziałem żeby spojrzała na kolor moczu. Otworzyła drzwi toalety i powiedziała do mnie Zenek zobacz. Łzy mi z oczu spłynęły aż po ustach, Kolor moczu był ciemnobrązowy, ,zamiast się cieszyć że operacja się udała płakaliśmy razem, razem we dwoje , co to ma znaczyć ten kolor moczu. Zadzwoniłem do naszego lekarza domowego i umówiłem wizytę na drugi dzień z rana. Przyjechaliśmy do lekarki domowej i mówimy że moja kochana małżonka ma bardzo ciemny mocz i boli ją górna część brzucha. Pani doktor kazała zaraz pobrać krew i oddała do laboratorium. Powróciliśmy do naszego miejsca gzie mieszkaliśmy. Weszliśmy do pokoju i znowu ogarnął nas pewien niepokój . Następnego dnia zjawiliśmy się znowu u pani doktor, która powiedziała że żona musi jechać do szpitala bo wyniki są nie dobre . Dała skierowanie do szpitala w Schrobenhausen. Tam się udaliśmy, i małżonka została przyjęta na oddział intensywnej terapii. Tam przeleżałą dwa dni. Dwa dni ciężkiego bólu. Przeszła znowu serię badań i stwierdzono że ma wodę w płucach. Poddała się punkcji wyciągnięcia tej wody. Lekarka dała jej znieczulenie i wbiła jej igłę od tylnej strony aż do płuca. Z stamtąd wyciągnęła półtora litra wody. Wodę oddano zaraz do badania na komórki rakowe. Po wyciągnięci wody przeniesiono Jadzię na normalną salę oddziału wewnętrznego. Ja przebywałem razem z moją kochaną małżonką. Czuliśmy oboje głęboki niepokój, nie mogliśmy powstrzymywać naszych łez. Małżonka cały czas powtarzała mi że się boi, a ja ją pocieszałem- niebój się kochanie na pewno z tego wyjdziemy- wyjdziemy. Nadszedł wieczór i pojechałem do miejsca zamieszkania. Nasze ukochane dzieci widząc całą tą niemiłą drogę do zwycięstwa zdeklarowały się przyjechać żeby jeszcze z kochaną mamusią pobyć ,porozmawiać ,pocieszyć ją jeszcze w tych trudnych chwilach, nie dopuszczając w myślach że mogło by się złego stać. Córki przyjechały z Polski ,wszystkie, trzy córki Małgorzata, Beata , Asia oraz mąż Beaty Damian. Odwiedzili najukochańszą mamusię, podnosząc ją jeszcze na duchu, że to jeszcze wszystko się zmieni i że razem jeszcze będziemy przeżywać miłe chwile. Nasze córki przenocowały w naszym pokoju gdzie razem z kochaną Jadzią mieliśmy swoje tajemnice, tajemnice wielkiej miłości i zaufania do siebie. Przeżyliśmy w tym pokoju ładnych parę lat. Następnego dnia razem z córkami pojechałem na odwiedziny. Małżonka nie czuła się najlepiej ale jeszcze razem z nami udała się na mały spacer po ogrodzie szpitalnym. Co prawda musiała już jechać w wózku, ale były to szczęśliwe chwile, które nie długo trwały bo poczuła się zmęczona i musieliśmy wrócić do Sali na której leżała. Te chwile pozostaną nam jeszcze długo a długo w pamięci, bo tak dobrej mamusi i żony nie wygrywa się w grach .Ona ma serce Anioła, bardzo opiekuńcza, zawsze widziała gdzie kroczy krzywda i wiedziała jak w danej sytuacji wszystko pogodzić. Nigdy nie dawała żeby gdzieś któremuś z naszych dzieci działa się jakaś krzywda. W najgorszych wypadkach przychodziła do mnie i mówiła? Zenek pomrużmy przecież to są nasze dzieci. Nigdy nie potrafiłem odmówić jej, bo wiedziałem że ona ma coś takiego w sobie czego ja nie miałem. Miała wielką miłość, miłość niepojętą. Nie tylko do dzieci ale do każdego człowieka, przepełniona była światłem dobroczynności. Po wizycie dzieci mając dobre nadzieje musiały wracać do swoich obowiązków, które czekały na nie w kraju gdzie mają swoje rodziny. Ja zostałem z moją kochaną żoneczką dalej żeby walczyć z tą niemiłą chorobą. Następnego dnia odwiedzam żoneczkę i widzę że bardzo ciężko jest jej oddychać. Po wizycie lekarskiej w szpitalu rozmawiałem z lekarzem i powiedział mi że małżonka musi znowu mieć ściąganą wodę z płuca bo znowu jest jej zbyt dużo i ma problemy z oddychaniem. Akurat byłem tego dnia razem z moją kochaną, bo służyłem jej jako tłumacz i pomagałem przy ściągnięciu tej wody. Lekarz dał jej znieczulenie a ona siedząc położyła mi swoją główkę na moim brzuchu i ja ją podtrzymywałem żeby nie upadła. Wyciągnięto z jej płuca litr cieczy, ale już nie czystej jak pierwszego razu, ale zmieszanej z krwią. Tego dnia robiono żonie jeszcze raz tomografię komputerową. Ja miałem jeszcze do wybrania biustonosz ortopedyczny, który musiałem odebrać ze sklepu ze sprzętem ortopedycznym który znajdował się w centrum miasta. Po powrocie z biustonoszem przychodzę na salę i nie ma mojej małżonki. Obok leżała też pani i pyta czy coś żona zapomniała. Ja odpowiedziałem że nie, ale gdzie zabrali moją żonę na badania. czy gdzie. Odpowiedziała że dokładnie nie wie ale słyszała że coś mówili o Klinice w Monachium. Zapytałem siostry oddziałowej i odpowiedziała mi że żonę pogotowie odtransportowało do Monachium do kliniki „Recht am der Isar” Nie czekając ani chwili wyleciałem ze szpitala , wsiadłem do samochodu i jazda za moją żoneczką. Myśli moje przecież ona potrzebuje pomocy, kto jej teraz pomoże , przecież potrzebuje tłumacza. Jadąc w stronę kliniki świat mi się wywracał, co takiego się stało że znowu do kliniki. W pewnym momencie mam telefon , telefonuje Jadzia, powiedziała mi na jakim oddziale mam ją szukać.
Po przyjeździe zaparkowałem samochód, chociaż o parkingi w Monachium jest bardzo ciężko. Przybyłem do kliniki i szukam mojego drogocennego serduszka. Po dobrym kwadransie znalazłem moją kochana żoneczkę. Łzy popłynęły mi z oczu, pytam co się stało kochanieńka że cię tu znowu przywieźli. Powiedziała mi Kochany nie wiem ale lekarze coś mówili o wątrobie, i wyraziłam zgodę na biopsję wątroby. Zrobią mi ją już jutro. Głęboki żal opanował moje serce, przeszyło mnie jakieś dziwne niepojęte uczucie co to może znowu być. A że była to już późna pora żona powiedziała do mnie jedź kochany do domu i odpocznij, jutro znowu przyjedziesz. Oczy zalały mi się znowu łzami, kochanieńka co to się znowu dzieje. Odpowiedziała nie wiem kochanie ale jedź już bo jest późno. Zapłakany wracałem do domu. Następnego dnia dostaję telefon ? czy mogę rozmawiać z panią Jadwigą Sagan. Odpowiedziałem a kto to dzwoni? Odpowiedziała mi pani że laboratorium ale chcę rozmawiać z panią Jadzią. Odpowiedziałem że w tej chwili jest to niemożliwe bo żona leży w klinice w Monachium. To ja jestem jej mężem i ja mogę jej przekazać wiadomość. Więc niech pan powie pani Sagan że nie ma już raka. Wyniki nie wykazały już żadnych komórek rakowych. Podziękowałem pięknie i z dobrą wiadomością jadę do mojej żoneczki. Przyjeżdżam wchodzę na salę i widzę że żona leży na boku i nie może się poruszać. Pytam co się stało powiedziała mi że jest już po biopsji i musi cztery godziny leżeć na boku bez poruszania się. OK. kochanieńka , mam dobrą ale to bardzo dobrą wiadomość, kochanie nie ma w tobie już raka. Dzwoniła pani z laboratorium i powiedziała że pani Jadzia nie ma już komórek rakowych. Niby radość , ale w dalszym ciągu jest jakaś niepewność, ta wątroba i ten mocz, ta woda w płucu i teraz ta punkcja wątroby, co jest grane, skoro nigdzie nie ma raka to co jest. Posiedziałem z żoną do popołudnia, porozmawialiśmy o wynikach laboratoryjnych, ale dalej czuliśmy strach. Zona cały czas mi powtarzała Zenek ten brzuch ten mój brzuch to coś jest nie tak. Późno się zrobiło i znowu musiałem wracać, chociaż tak naprawdę to bym został w klinice, Ale małżonka ponaglała jedź ,przyjedziesz jutro. Następnego dnia tak około dziesiątej rano przyszedł lekaż i kazał mi usiąść. Jesteśmy na sali gdzie leży moja kochana żona.. Lekarz mówi że wynik z wątroby jest nie dobry, około trzydzieści pięć procent wątroba jest uszkodzona. Pytam go jakie mamy jeszcze szansę na to żeby moja kochana żona jeszcze żyła. Odpowiedział nam krótko że nasze szanse się zawężają. Chciałem przetłumaczyć mojej kochanej, ale odpowiedziała nie trzeba. Lekaż wyszedł , płakaliśmy oboje, a mówiłam że z moim brzuchem jest coś nie tak.
Zona zrozumiała że to już koniec. Zadzwoniłem do naszych dzieci do siostry Jadwigi i do braci, zadzwoniłem też do mojej mamy bo jeszcze żyje. Wszyscy zapadli w wielki żałobny czas. Dzieci , to znaczy Gosia i Asia oraz Tomek ze swoją żoną postanowili natychmiast przyjechać i przyjechali. Serca nasze są ściśnięte żalem, łzy lecą nam z oczu, gardło czuje się zaciśnięte. Rozmawiamy z naszą najukochańszą mamą i żoną , wszyscy jesteśmy pogrążeni w płaczu, ale nie widzimy żadnego już ratunku. Postanawiamy żeby mamę, żonę przetransportować do Polski do rodzinnego domu do którego tak zawsze chciała wrócić.
Asia mówi ma znajomego w pogotowiu ratunkowym , zadzwoniliśmy do tego znajomego i obiecał że da się to załatwić. Dzwonimy do kolesia a on mówi że teraz jest na urlopie i potrwa to z dwa lun trzy dnia na zorganizowanie transportu. To było chore koleś powiedział dnia poprzedniego że nie ma sprawy wystarczy tylko zadzwonić i od razu wyjeżdża. Jak do tej pory nie mamy transportu. Był to czwartek Małgosia postanowiła powrócić do domu i poszukać transportu u nas to znaczy w Ząbkowicach śl. Ale i tam wynikły problemy ponieważ jest to za mało czasu na wyjazd natychmiastowy. Pozostaliśmy w kropce. Następnego dnia przyjeżdżamy na odwiedziny mojej kochanej żoneczki i z rana trafiliśmy na konsylium lekarzy, którzy naradzali się co w danej sytuacji zrobić i jakie podjąć decyzje.
Siedziałem na Sali razem z moją ukochaną żoneczką kiedy całe konsylium weszło do Sali. Nie wyprosili mnie ,ale próbowali przekonać żeby małżonka została jeszcze do wtorku ,kiedy przyjdą wszystkie wyniki laboratoryjne ,to może postanowimy jeszcze coś zrobić. Jadzia usłyszała całą rozmowę i zapytała co mogą jeszcze zrobić. Jadzia nie umiała mówić za dużo językiem niemieckim ale bardzo dużo rozumiała. Zapytała wprost co możecie jeszcze zrobić? Lekarze odpowiedzieli możemy zastosować jakąś inną chemię .Nie ja już chemii nie chcę. Jeśli nie ma już niczego co by mnie uratowało to pozwólcie mi normalnie umrzeć, umrzeć w moim kochanym kraju. Konsylium lekarskie wyszło na korytarz i po chwili wzywają mnie na rozmowę. Może pan przekona żonę żeby jeszcze poczekała do wtorku jak przyjdą wszystkie wyniki, może da się jeszcze coś zrobić. Zapytałem otwarcie całe konsylium lekarskie i lekarza który prosił o pozostanie żony do wtorku. Czy dajecie mi gwarancję że żona będzie żyłą do wtorku? Nastała krótka cisza. Takiej gwarancji nie możemy Panu dać ponieważ jeżeli żona dostanie zapalenia to może to potrwać bardzo krótko. Więc i ja odpowiedziałem ostatnia wola mojej kochanej małżonki jest umrzeć w kraju w domu gdzie pozostała nasza miłość , gdzie jest nasz dom, gdzie są nasze dzieci i wnuki .
Lekarze nie odpowiedzieli mi nic. Odeszli a ja powróciłem do tej pięknej i kochane żony.
Rozmawialiśmy o przetransportowaniu Jadzi do naszego miłego zakątka gdzie wszystko się zaczęło. Nastała późna pora i musieliśmy wracać do naszego zakwaterowania. Ja z Asią pojechałem do Weilach tam gdzie mieszkałem i pracowałem, a Tomaszek z małżonką do hotelu gdzie wynajmowali pokuj. W sobotę z samego rana przyjechaliśmy znowu na odwiedziny do kochanej mamy i żony. Nie pytaliśmy więcej jak się czuje, bo jak może się czuć ktoś kto wie że czeka na spotkanie ze śmiercią. Tylko żoneczka cały czas mi mówiła mężu „boję się”, ja ją uspokajałem nie bój się kochanie, ty jesteś tak dobrą i czystą w swoich czynach kobietą na pewno Matka Boska weźmie cię pod płaszcz i ochroni od wszelkiego zła.
Przyszła pani doktor i przyniosła nam wypis z kliniki. Powiedziałem do pani doktor żeby jeszcze trochę zaczekała bo jeszcze nie mamy transportu. Zapytała jak długo musi czekać odpowiedziałem że za godzinę damy jej znać, odpowiedziała że dobrze .
Nie mogliśmy znaleźć transportu więc ja postanowiłem przewieść moją kochanieńką moim samochodem. Tomek nie wyrażał zgody, mówił że mama tego nie wytrzyma, potrzebna jest pomoc lekarska w takim transporcie. Powiedziałem Tomek jest sobota jest mały ruch na autostradach. Pościelę mamie na siedzeniu poduszki i rozłożę mamie siedzenie tak żeby miała wygodnie. Pogoda też była w miarę dobra. Więc postanowienie dobiegło końca, sam osobiście przewiozę moją kochaną żoneczkę do domu do rodzinnego domu, gdzie jest nasza sypialnie i są nasze tajemnice. Pędziłem samochodem tak szybko jak tylko było to możliwe, aby dojechać do celu. W tym czasie nasz córka Małgosia zorganizowała wraz z zięciem (mężem Asi) aparat tlenowy żeby mamusia miała lżej do oddychania i materac odleży nowy. Przyjechaliśmy po pięciu godzinach do miejsca docelowego, pomogłem żonie wysiąść z samochodu i pomagałem jej wejść do pokoju na klatce schodowej osłabła więc ją pod dźwignąłem i weszliśmy do naszej sypialni. Żona położyła się na łóżku, na swoim łóżku i podziękowała mi że ją przywiozłem swoim samochodem do domu a nie pogotowiem. Powiedziała że pogotowiem jest źle ponieważ jest przywiązywana pasami i nie może się poruszyć a w samochodzie miała bardzo wygodnie. Przyjechały wszystkie dzieci i wnuki , byliśmy w bardzo smutnym nastoju. Płakaliśmy wszyscy ale co można zrobić kiedy już wszystkie ścieżki były zamknięte. Jadzia porozmawiała jeszcze trochę z dziećmi i powiedziała do córek ,pamiętajcie pomóżcie tatowi, nie zostawcie go samego. łzy nam płynęły z oczu do ust cóż można powiedzieć tak wspaniała żona i matka a zarazem tak bardzo chora martwiła się jeszcze o swojego kochanego męża. Ja powtarzałem jej Jadziu kochanie moje zabierz mnie ze sobą nie zostawiaj mnie samego. Ale tej prośby nie chciała spełnić. Powiedziała Pan Bóg tak chce żebym ja odeszła i zawierzyłam mu że do niego pójdę , a ty mężu będziesz wolny. łzy leciały mi ciurkiem spadały na spodnie, kochanie nie mów tak i nie zostawiaj mnie samego jak już mówiłem przyjdź w nocy zabierz mnie ze sobą. Tego życzenia nie chciała spełnić. Było już późno wieczorem dzieci rozjechały się do domów a my razem we dwoje zawsze razem we dwoje leżeliśmy obok siebie, aż z żalu usnąłem.
Gdzieś o godzinie pierwszej w nocy słyszę że moja kochana ciężko oddycha, powiedziałem do niej Jadziu wezwę pogotowie bo na pewno znowu masz wodę w płucu. Odpowiedziała kochany poczekajmy do rana, odpowiedziałem ok. Ale godzinę później słyszę że żoneczka już mi się dusi o kasłania. Zadzwoniłem do córki Małgosi i powiedziałem że musimy z mamą jechać do szpitala. Gosia przyszła zaraz na górę i zadzwoniliśmy po pogotowie. Karetka przyjechała i zabrała małżonkę do szpitala. Tam wypuścili jej wodę z płuca i płożyli na sali.
Rano przyjechałem z córką Gosią na odwiedziny i zauważyliśmy że żona a zarazem mama ma strasznie pobrudzoną koszulkę pod pachą ,zajrzeliśmy tam podczas zmiany koszulki na świeżą i zauważyliśmy że otwarła się rana pooperacyjna i z niej wycieka woda, która zanieczyszczała ubranko Jadzi. Poprosiliśmy siostrę oddziałową żeby dała nam jakieś okłady, żeby można było powstrzymać wyciek z rany. Wiele to nie pomagało bo woda znalazła sobie ujście i cały czas wypływała. Była to sobota w południe ,akurat rozdawali posiłek obiadowy, Małgosia powiedziała mamusiu może ja cię nakarmię, małżonka powiedziała że tak . Była bardzo głodna ,bo widać było jak zabierała Małgosi miseczkę z zupką pomidorową i przyciągała ją z całej siły do swoich ust, wyglądało jakby apetyt jej wrócił. Po jedzeniu Małgosia razem ze mną Umyliśmy naszą kochaną Małżonkę i mamę , przebraliśmy jej jeszcze koszulkę i położyła się na łóżku aby trochę odpocząć. W międzyczasie przyjechała Asia z mężem i dziećmi, pomału dochodziło do zmierzchu. Byliśmy wszyscy razem w komplecie wszystkie córki z dziećmi i synek Tomek z małżonką.
Jadzia po umyciu była bardzo słabiutka i w zasadzie już tylko spała. Wieczorowa pora nadchodziła szybko więc dzieci pożegnały się z mamą i babcią i odjechały do domów. Tylko ja z Małgosią zostałem jeszcze troszeczkę ale widząc że mama (żona) już tylko śpi, więc zrobiłem mojej kochaniutkiej małżonce znak krzyża na czułku i błogosławiłem jej mając nadzieję że jutro się spotkamy. Pojechaliśmy do domu. Poszedłem spać ale okna w pokoju zostawiłem otwarte, bo wiem z własnego doświadczenia że osoba która odchodzi ,zawsze przychodzi duch jej i daje jakiś znak. Rano w niedzielę gdzieś o godzinie siódmej dzwoni telefon. Wstałem z łóżka i pomyślałem od razu o mojej Jadzi. Nie pomyliłem się Siostra oddziałowa złożyła mi kondolencje i powiedziała że żona odeszła o godzinie drugiej nad ranem. Rozpłakałem się i od razu pomyślałem że dobrze że jej jeszcze złożyłem błogosławieństwo. Błogosławieństwo kochanej małżonce tak jakbym wiedział że ona już jest na ostatniej drodze. Tak jak mi ona powiedziała, kiedy przetransportowałem ją z kliniki z Niemiec do domu rodzinnego. Powiedziała mi „kochany mój mężu to jest moja ostatnia podróż z tobą , już nigdy nie będę z tobą podróżować”. Te słowa utkwiły mi bardzo głęboko w pamięci i nie wiem kiedy zostaną wymazane. Podczas podróży przepraszałem moją kochanieńką za wszelkie krzywdy jakie kiedykolwiek mogłem jej wyrządzić, ale ona mówiła nie przepraszaj mój kochany, nie przepraszaj. To ja przepraszam ciebie że nie mogę ci już pomóc i że muszę cie zostawić samego. Takie wyznania i doznania wzruszają do płaczu. Płakaliśmy oboje. Czas jaki spędziliśmy razem był dla nas pięknym czasem ale za krótkim, nie spełniliśmy jeszcze naszych marzeń i już nie spełnimy. Zadzwoniłem do córki Małgosi i powiedziałem jej że mamusia już odeszła. Małgosia ubrała się i zaraz przyszła do mnie.
W poniedziałek pojechaliśmy do szpitala odebrać wypis aktu zgonu. We wtorek Był pogrzeb naszej ukochane Żony i matki i babci.
Po pogrzebie pojechałem jeszcze z córką Małgosią do Niemiec w celu wymeldowania mojej żonki z urzędów i ubezpieczenia. Po przyjeździe do miejsca gdzie przebywałem z moją kochaną małżonką. Weszliśmy do domu , do kuchni i Gosia powiedziała do mnie tato : popatrz aż gęsią Skurkę dostałam, spojrzyj na zegar. Popatrzyłem na zegar aż nie do wiary ,Żegar cały czas chodząc stał na godzinie pierwsza pięćdziesiąt osiem i pięćdziesiąt trzy sekundy. Powiedziałem do Małgosi że moja kochanieńka nie przyszła do domu ale szukała mnie w Niemczech. Powróciliśmy do kraju (POLSKI) ,nie mogę sobie teraz znaleźć miejsca ,ciągle szukam jej i coś mi brakuje. Nie mogę się z tym pogodzić i na pewno jeszcze długo to będzie trwało. Bo tak wspaniałej kobiety ”Żony”, która za całego swojego życia poświęcała się dla mnie i rodzeństwa nie dostaje się od tak sobie.
Pamiętaj kochana Jadziu „Zawsze razem – Razem we dwoje” na dobre i na złe….
Kocham Cię Jadziu i będę kochał aż po kres moich dni.

Małżonek Zenek.


PS. Pilnujcie się drogie Panie , może to co ja przeżyłem ze swoją małżonką podczas leczenia, będzie dla nie których z was dobrym przykładem na czujność, której nam zabrakło.
Dziękuję.

dziubas (offline)

Post #2

14-09-2018 - 15:41:08

Gdańsk 

Brawo Zenek! bezradny nie dam rady tego przeczytac w całości!załamkabęde czytać w odcinkach! ok a Ty sie szykuj do pisania i wydawania książek, skoro masz takie lekkie pióro! forumowiczjak to zrobiłaeś, ze w trakcie pisania nie pozarło Ci częsci tekstu myśli, myśle , że najpierw napisałes na jakimś arkuszu a potem na forum wkleiłeś... supeeer! the finger smiley

goja66 (offline)

Post #3

14-09-2018 - 17:14:12

Ozorków 

Hmm...przytulam...I myślę ,że Jadzia jest już spokojna , szczęśliwa i nic ją nie boli...




NST Gx po chemioterapii ypT3N3
Er- 30% ,Pr-0 , HER2-0 , Ki67-18-20%

Magdat (offline)

Post #4

14-09-2018 - 21:37:48

Działoszyn 

Panie Zenku aż mi serce się ścisnęło.. taka miłość się nie zdarza a jednak... zdarzyła się chociaż ze smutnym zakończeniem Zycze Panu wszystkiego dobrego

braja (offline)

Post #5

22-12-2018 - 22:30:50

 

Dopiero teraz znalazłam tą historię, serce boli, zwłaszcza, że przecież od początku zgłaszała dolegliwości sad smiley



Koko (offline)

Post #6

09-03-2019 - 14:54:35

 

Witam Cię dziubas. Dziękuję Ci za podnoszenie mnie na duchu.
Przepraszam że nie odpisałem Ci od razu, ale wiesz że walczę z tą samą zmorą, może nie w tym samym miejscu ale złym G3.
Odwiedzam was w tej chwili i dziękuję Tobie dziubas i tym wszystkim kobietkom za miłą atmosferę, jaką tworzycie na tym forum.
Spóźnione ale szczere życzenia z okazji Dnia Kobiet dla Ciebie dziubas i dla naszych Amazonek przesyła Zenek.

Moje myśli zmieniam w słowa
Pragnę wszystkim powinszować
To co serce mi dyktuje
dzisiaj Bardzo wam dziękuję
Jestem zawsze babki z wami
Niecodziennie lecz czasami
Pragnę złożyć Wam życzenia
Szczęści ,zdrowia, powodzenia
Miłość nie wyraża się słowami
Miłość rodzi się czynami…

PS .teraz mam cotygodniowe wlewy ,po których nie najlepiej się czuję, ale nadzieja, ta nadzieja która jest z Wami ,z którą wszystkie Amazonki żyjecie jest także ze mną.
Pozdrawiam jeszcze raz serdecznie i przepraszam że długo nie odpisywałem.

Koko (offline)

Post #7

09-03-2019 - 15:02:04

 

Przepraszam że długo nie odpisywałem, ale też walczę tak samo jak moja kochana małżonka walczyła z tą zmorą XXI wieku.
I wiem kochane kobietki jak trzeba się nacierpieć żeby zwyciężyć.
Życzę wytrwałości podczas leczenia i szybkiego powroty do zdrowia, do rodziny i do tych którzy nas tak bardzo kochająkwiatek

dziubas (offline)

Post #8

09-03-2019 - 15:19:04

Gdańsk 

zenku! serce fajnie, ze sie odezwałeś! nie piszesz konkretnie z jakom rakiem walczysz, nie jest to najwazniejsze, bądź z nami!

Koko (offline)

Post #9

09-03-2019 - 15:19:46

 

Przepraszam że długo czekała Pani na moją odpowiedź.
Ale też walczę z tym paskudnym choróbskiem w postaci RAKA. Jestem już po ósmej operacji i szykuję się do następnej.
Dziękuję za piękne podtrzymywanie mnie na duchu,jet to bardzo miłe że ktoś kogo nie znasz ma nie tylko słowa które napisał, ale ma serce dla wielu nieznanych ludzi.
Pozdrawiam Panią serdecznie i życzę Pani jak najszybszego powrotu do zdrowia. Tam gdzieś jest ktoś ,kto na Panią czeka, jest to Pani rodzina, ona Panią wspiera w tym ciężkim czasie i czekają na swoją ukochaną w swoim gniazdku rodzinnym.Miłość rodziny nie pisze się słowami, miłość rodziny rodzi się czynami.
Pozdrawiam i obiecuję że modląc się za moją kochaną małżonkę wspomnę też o Pani.

Koko (offline)

Post #10

09-03-2019 - 15:25:02

 

Widzę dziubas że jesteś online ,miałem dwa raki : rak nerki i pęcherza. Raka nerki zwyciężyłem ale tym drugim walczę nadal.
Pozdrowieniauśmiech

Koko (offline)

Post #11

09-03-2019 - 15:35:56

 

Witam serdecznie i dziękuję za wsparcie.Jest ono potrzebne, a nawet bardzo potrzebne.Ludzie którzy nie mają serca ,nie potrafią się cieszyć.A mieć serce otwarte dla wszystkich ,to jest rzecz której wielu ludziom brakuje.
Pozdrawiam więc Panią z całego serca i życzę powrotu, rychłego powrotu do zdrowia, do dalszego życia z ukochanymi.
tak

dziubas (offline)

Post #12

09-03-2019 - 15:43:19

Gdańsk 

Zenku! Czy mógłbyś zmienić ustawienia w swoim profilu, chodzi o to, by Twoje swiadectwo o chorobie Twojej zonie nie pojawiało sie po kazdym poście?

Koko (offline)

Post #13

09-03-2019 - 16:04:30

 

Proszę Cię pomóż mi bo bo sam nie dam rady co i gdzie mam wyłączyć.

dziubas (offline)

Post #14

09-03-2019 - 16:53:26

Gdańsk 

juz jest zrobione!!!brawoduży uśmiech

Koko (offline)

Post #15

09-03-2019 - 22:10:02

 

Dzięki za pomoc. posyłam kwiatkiróże
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Użytkownicy online

Gości: 386
Największa liczba użytkowników online: 77 dnia 11-10-2011
Największa liczba gości online: 5263 dnia 07-04-2018